Ryszard Koziołek Uniwersytet Śląski



Pobieranie 82.66 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar82.66 Kb.


Ryszard Koziołek

Uniwersytet Śląski

KRZEPA. O POTRZEBIE HISTORII DLA ŻYCIA NOWOCZESNEGO
W liście z 30 VI 1890 r., Sienkiewicz relacjonował Jadwidze Janczewskiej swoją rozmowę z przyjacielem Karolem Potkańskim:

Wczoraj powiedziałem mu, że jego pesymizm płynie z tego, że nie ma konkretnych obowiązków i konkretnego życia, zatem, nie będąc egoistą, musi jednak kontemplować siebie samego. - Bardzo to dobry chłopiec, ale myśle­nie jego ma tylko nerwy, a nie ma muskułów.1

Diagnozując umysłowość Potkańskiego, używa Sienkiewicz zaskakującej metafory: „muskuły myślenia", inaczej mówiąc „mózgowa krzepa". Nie wydaje się, aby był to w jego ustach synonim duchowego pokrzepienia, jakie miały nieść czytelnikom tomy Trylogii. Gdyby tak było, to czy nie powinien ich lektury zalecić Potkańskiemu - rozczulającemu się nad sobą spadkobiercy wielkiej szlacheckiej tradycji? Ten zresztą zna je świetnie. Co ma na myśli Sien­kiewicz? Jakiej terapii potrzebuje - jego zdaniem - Potkański? Co właściwie znaczy i jak się dokonuje tajemniczy proces „krzepienia"?

Jedna z najbardziej znanych metafor złączonych z pisarstwem Sienkiewicza nie wydaje mi się oczywista. Literalnie „krzepić" znaczy u niego wzmacniać, posilać to, co chore i słabe: duszę i umysł. Efekty lektury powieści historycznej byłyby zatem wzmocnieniem przeciw spe­cyficznemu osłabieniu. Specyficznemu, bo wynikającemu właśnie z przygnębiającej świado­mości historycznej, jaką posiadał czytelnik współczesny autorowi Krzyżaków. Jemu bowiem najnowsza historia mogła się jawić jako ciemna siła, od wieku niesprawiedliwie rujnująca państwo i naród. Trudno zrozumieć, jak świadomość historyczna pokolenia Sienkiewicza, ukształtowana przez pamięć o wydarzeniach ostatnich stu lat, mogła być źródłem duchowej siły i optymizmu na przyszłość. A jednak - wbrew tej negatywnej historiozofii - powieściowy obraz historii w Trylogii miał nieść pożytek nowoczesnemu czytelnikowi.

Na pewno nie przez wywoływanie tęsknoty do starych dobrych czasów. Pod tym wzglę­dem Sienkiewicz w niczym nie przypomina swoich bohaterów. Nowoczesny i kulturalny pan nie przejawiał tęsknot za szlacheckim światem. Sam mógłby wygłosić anatemę na wiejskiego szlachcica, którą w Rodzinie Połanieckich wypowiada Bukacki, wspierając się miłym Sienkie­wiczowi Słowackim (słowa Ślaza w Lilii Wenedzie):

Czy ja Lechita? Cóż to? Czy mi z oczu

Patrzy gburostwo, pijaństwo, obżarstwo,

Siedem śmiertelnych grzechów, gust do wrzasku,

Do ukwaszonych ogórków, do herbów?

Nic w tym zadziwiającego. Kultura życia codziennego w XIX wieku oferowała coraz większy komfort, który doceniali nawet miłośnicy starożytności. Walter Scott, największy dziewięt­nastowieczny chwalca przeszłości, sam cenił zalety życia współczesnego. Jego Abbotsford było pierwszym w Szkocji budynkiem z oświetleniem gazowym.2 Mimo przywiązania do kom­fortu Sienkiewicz nie jest zarazem apologetą nowoczesności, z jej ekonomicznym, a zwłaszcza politycznym przyspieszeniem. W tym kontekście jego powieści historyczne i współczesne tworzą jeden wspólny projekt, wskazujący sposoby, jak się w nowoczesnym świecie zawczasu ubezpieczyć, wyhamować jego groźny impet, założyć nauce stabilizatory; a to wszystko, aby wyposażyć przeciętną, niefilozofującą jednostkę w rudymenty sensu historii, indywidualnego życia i śmierci. Zaczyna przenikliwie od historii, mając naprzeciw potężnych konkurentów: romantyczny historyzm i negatywny stosunek pozytywistów do pisarstwa historycznego. Zwłaszcza zaś podsycane przez jednych i drugich poczucie winy, wynikające z odpowiedzial­ności za polską katastrofę historyczną. Zgodnie z ideą przeniesienia winy z ojca na syna, nie znika ona nigdy, ale kumuluje w kolejnych pokoleniach, na co wskazuje choćby twórczość Wyspiańskiego i Żeromskiego.

Mimo deklarowanych różnic pozytywistyczny stosunek do historii wynikał w znacznej mierze ze spadku, jaki zostawiła romantyczna historiografia, zarówno rodzima, jak i pisana przez historyków państw zaborczych. Pierwsza miała skłonność do gloryfikacji polskiego cha­rakteru narodowego i heroizacji klęski państwa. „W ten sposób - pisze Andrzej Wierzbicki - charakterologia stawała się jednym z najdonioślejszych narzędzi syntezy dziejów narodowych. Nie obywało się przy tym bez wątków metafizycznych, bez »idei przewodnich« i »duchów narodowych« traktowanych jako swego rodzaju matryce genetyczne, określające »ziemskie« właściwości poszczególnych narodów".3 Sceptycy wątpiący w polskie i słowiańskie dziejowe posłannictwo, nie mówiąc już o bezpośrednich krytykach, narażali się na zarzut, że reprezen­tują tę samą „charakterologię historyczną", tyle że przeciwnie wartościowaną i wykorzysty­waną przez „oficjalną historiografię państw zaborczych, usiłującą zdjąć ze swych rządów roz­bójnicze odium i wykazać, że Polska upadła »sama przez się«. Głupi naród i karykaturalny ustrój miały dowodzić, że zaborcy byli jedynie wykonawcami »wyroku historii«, a właściwie, że ów wyrok wykonał się sam".4 W ten sposób gospodarczy i społeczni patrioci pozytywizmu zastawiają na siebie pułapkę, odnajdując te same przeklęte problemy dziejów, z którymi usi­łował sobie poradzić np. romantyczny mesjanizm. Gorzka racjonalizacja polskiej historii wcale nie chroniła przed metafizycznym horrorem. Modelem tej refleksji było bowiem słynne twier­dzenie Kanta, że „oświeceniem nazywamy wyjście człowieka z niedojrzałości, w którą popadł z własnej winy. Niedojrzałość to niezdolność człowieka do posługiwania się własnym rozu­mem, bez obcego kierownictwa". Helmuth Plessner, pisząc o adaptacji tej definicji przez Kanta dla jego myślenia o historii5, stwierdza lapidarnie, że „w Kantowskim projekcie dzie­jów chodzi o happy end, a nie o antropologiczne uzasadnienie".6 Ma przez to na myśli, że Kant nie troszczy się albo po prostu omija pytanie: jaki jest bezpośredni związek między stopniowym oświecaniem jednostki a postępem politycznym społeczeństw?

Dla polskiego kantysty, jakim był w pewnym sensie Brzozowski, jest to problem funda­mentalny, mianowicie, jak wydobyć się z tej katastrofalnej niedojrzałości? Stąd, jeśli przypom­nimy sobie jego znane zarzuty wobec twórczości Sienkiewicza, łatwo zauważamy ich filozo­ficzny rodowód. I właśnie w tym kontekście sytuowałbym Sienkiewiczowski projekt funkcji pisarstwa historycznego. Ale wówczas twórczość Sienkiewicza nabiera innego znaczenia.

Sienkiewicz szybko zwątpił w skuteczność neooświeceniowej terapii pozytywistycznej, pole­gającej na maksymalnej racjonalizacji dyskursu społecznego. I kiedy pozytywiści szantażują społeczeństwo żywą ciągle pamięcią o katastrofach historycznych XIX wieku, on nie tylko nie przyłącza się do tego chóru, ale ostentacyjnie omija tę kwestię. Historia w powieściach Sienkie­wicza nie służy podtrzymaniu pamięci bliskiej przeszłości. Ta jest przecież ciągle żywa, nie trzeba jej przypominać, a nawet więcej, trzeba o niej zapomnieć albo raczej ją wyprzeć. Wraz z XIX wiekiem historia wchodzi do domu, naznaczając prywatne życie niemal każdego Polaka swym piętnem. Tej historii-upiorowi przeciwstawia Sienkiewicz swoją. Historia w Trylogii, jej agre­sywna uroda, ma być przeciwniczką historii „jeszcze ciepłej", wyprzeć ją, choćby na chwilę lektury, z pola świadomości. Aby przeszłość mogła krzepić, trzeba ją oderwać od pamięci i przenieść w sferę historii opartej na micie. Trzeba o niej zapomnieć, jak pouczał Nietzsche.7

Co nas w takim razie łączy z taką przeszłością? Czy jeszcze jest nam jakoś bliska i ważna dla życia? Sienkiewicz odpowiada w znanym odczycie O powieki historycznej - tylko jej ludz­ki, egzystencjalny wymiar:

Tu można by powtórzyć słowa Shyloka: „Czyliż nie mamy takich samych rąk, zmysłów, członków, namiętno­ści, nie żywimyż się takimi samymi pokarmami, nie ulegamy takimże chorobom, nie leczymy się takimiż lekarstwa­mi? Czy nie płynie w nas krew, gdy nas zakłują? Czy nie mścimy się tak samo, gdy nas kto skrzywdzi?8

Człowiek starożytny, Włoch z czasów Odrodzenia, purytanin angielski, jakobin z czasów rewolucji francu­skiej i człowiek nam współczesny są to istoty wprawdzie różne co do zakresu i jakości pojęć, psychicznie natomiast zbudowane jednakowo i które wskutek tego doskonale wzajemnie odczuć się mogą.9

To antropologiczne podobieństwo historii i teraźniejszości nie prowadzi u Sienkiewicza do jakiejś konkretnej historiozofii, wskazania na jakieś prawa dziejowe, na mocy których znajomość przeszłości daje nam rozumienie swego społecznego losu. A jednak nas krzepi, twierdzi Sienkiewicz. Skąd zatem ten optymizm? Mimo pozorów historia w Trylogii nie re­prezentuje dokładnie tego, co Nietzsche nazywa historią monumentalną, która daje swemu wyznawcy poczucie, że „wielkość, która kiedyś była, była w każdym razie kiedyś możliwa, a zatem kiedyś znowu będzie możliwa".10 U Sienkiewicza ów optymizm nie opiera się jednak na żadnych wiarygodnych przesłankach, ale na dziwnie skarłowaciałej idei „wiecznego po­wrotu". Nie chodzi o pocieszenie piękną przeszłością, ale o przyszłość. Historia krzepi jako obietnica nawrotu koniunktury (karłowaty „wieczny powrót"). Jeśli historia jest aktywna i odwracalna, jak chcieli romantycy, to lepiej niech się odnowi w kształcie sarmackim, pew­nym siebie, witalnym. Zanim to jednak nastąpi, historia, polska historia musi przestać budzić lęk tym, że powróci wyłącznie w swym groźnym kształcie. Sienkiewicz pokazał, że może po­wrócić w korzystnym. Idea „krzepienia serc" jawi się zatem jako zamach na romantyczny historyzm, na produkowane przezeń przygniatające poczucie winy za to, kim jesteśmy, a cze­go świadectwem jest nasza przeszłość.

Jeszcze jaśniejsze światło rzucić może obrachunek z przeszłością, gdzie chodzi o całe społeczeństwo. Czym są w ogóle dzieje ludzkości i poszczególnych jej gałęzi? Historią upadków i odrodzeń. Zbytecznym byłoby mówić, ile z rozwagi nad tym falowaniem życia może wypłynąć otuchy. Do wszelkiego napoju można dodać narkotyku, ale nie idzie za tym, żeby nie było napojów pokrzepiających.11

Niestety, zarówno terapia powieściowa, jak i naukowy spokój historyka nie usuwają rozdźwięku między poznawaniem a doświadczaniem działania historii. Poznawanie historii spra­wia, że - jak ironizuje Nietzsche - „poznający rozpoznał w nim bowiem szaleństwo, niespra­wiedliwość, ślepą namiętność i w ogóle cały jego ziemski horyzont, a tym samym poznał jego dziejową moc. Jako poznający już działaniu tej mocy nie podlega; cóż, może podlega jej jesz­cze jako żyjący".12

Tu tkwi chyba sedno Sienkiewiczowskiej terapii. Lektura powieści historycznej, lektura Trylogii po prostu, oferuje iluzję wymiany doświadczenia historycznego - w miejsce klęski spełnionej czytelnik obcuje z obrazami klęski przezwyciężonej, która także jest „jego własnoś­cią", jak była nią odpowiedzialność za katastrofę państwa. Inaczej niż Wyspiański w Weselu, Sienkiewicz chce i potrafi wyzyskać afirmatywną i popędową siłę polskiej historii jako źródło krzepy dla wyczerpanej własnymi dziejami wyobraźni czytelnika końca XIX wieku Sienkie­wiczowska literatura niesie mu zbawienie z historii własnej, oferując mu jej inny, odleglejszy, a przede wszystkim szczęśliwszy fragment. A nadając mu estetyczny kształt, ład, piękno i szczęś­liwe zakończenie, uwalnia na chwilę czytelnika z brzemienia historii bliskiej. Ale nie jego pozalekturowe istnienie.

Czy to znaczy, że ten projekt jest dziecinny i naiwny, jak twierdzili jego liczni krytycy?

Sienkiewicz nie był historiozofem, ale był znakomitym pisarzem. Rzetelność warsztatu, słuchany uważnie głos źródeł chronił go przed wymodelowaniem powieściowej historii w luk­rowany obrazek. Uważny czytelnik łatwo odkryje choćby wyraźną obecność ironii w narracji Trylogii.13 Najlepszą zaś ilustracją rozdźwięku między poznawaniem historii a jej doświadcza­niem jest postać Zagłoby, szczególnie w scenie, w której u boku Skrzetuskiego oczekuje on na początek bitwy.

Pan Zagłoba trzymając się ciągle przy Skrzetuskim, spoglądał na owo morze ludzkie i mruczał:

- Jezu Chryste, po cóżeś stworzył tyle tego tałałajstwa! To chyba sam Chmielnicki z czernią i wszystkimi wszami! Nie rozpustaże to, powiedz mi waszmość? Czapkami nas pokryją. A tak dobrze przedtem bywało w Ukrai­nie! Walą się i walą! bogdaj was diabli w piekle walili. I wszystko to na naszą skórę. Bogdaj ich nosacizna zżarła!...

- Nie klnij waść. Dziś niedziela.

- A prawda. Dziś niedziela, lepiej by o Bogu pomyśleć... Pater noster qui es in coelis... Żadnego respektu od tych łajdaków spodziewać się nie można... Sanctificetur nomen Tuum... co to się będzie działo na tej grobli!... Adveniat regnum Tuum... Już we mnie dech zaparło... Fiat voluntas Tua... Bodajeście wyzdychali, hamany mężobójcze!... Patrz no waść! Co to?

Oddział złożony z kilkuset ludzi oderwał się od czarnej masy i sunął bezładnie ku grobli.


  • To harcownik - rzecze pan Skrzetuski. - Zaraz nasi ku nim wyjadą.

  • Czy to już koniecznie bitwa się zacznie?

  • Jak Bóg na niebie.

- Niech to diabli porwą! - (Tu zły humor pana Zagłoby nie miał już miary.) - A waść to patrzysz jakby na teatrum w mięsopust! - wykrzyknął z niechęcią do Skrzetuskiego - jakby nie o waści skórę chodziło!14

Przekleństwa Zagłoby słabo ukrywają strach, a przemieszane ze słowami Ojcze nasz suge­rują absurd jakiejkolwiek chrześcijańskiej teleologii historii. Oburzony bezmyślnym czy też po prostu podszytym rutyną spokojem Skrzetuskiego Zagłoba wybucha:


A waść to patrzysz jakby na teatrum w mięsopust! - wykrzyknął z niechęcią do Skrzetuskiego - jakby nie 0 waści skórę chodziło!
Kochanowski w słynnej fraszce: O żywocie ludzkim pisał:
Wierzę, że tam na niebie masz mięsopust prawy,

Patrząc na rozmaite świata tego sprawy.

Pełna dezaprobaty złość Zagłoby wynika ze świadomości, której Kochanowski nie chciał w tej fraszce przyjąć, mianowicie że w rzeczywistości nie ma dla człowieka żadnej pozycji, z której mógłby, niezaangażowany, przyglądać się światu czy pozwolić sobie na pełen dystan­su śmiech mędrca. Właśnie powaga i spokój wydają się Zagłobie dziwaczne, a może i szalone, jak pisał Brzozowski: „gdy czujemy się pełnymi majestatu w sobie, zawsze nasuwa się obawa, że coś poza nami uprawia z nami jakąś cyniczną grę w piłkę".15 Brak tej obawy u Skrzetuskiego irytuje Zagłobę, zaś rozpoznawana poza powieścią jest oznaką nowoczesnego sceptycyzmu w postrzeganiu dziejów.

Intuicja Stanisława Brzozowskiego była słuszna, kiedy nazywał Sienkiewicza pisarzem mieszczańskim.16 Ale kwalifikacja ta była w jego zamierzeniu inwektywą, gdy tymczasem można ją uznać za dogodny punkt wyjścia do analizy fenomenu Zagłoby, który wydaje się „postacią-maską" tak doskonałą, że najbardziej „autentyczną" pośród innych, będących fik­cyjnymi rekonstrukcjami historii. Wraz z nią jednak wprowadził Sienkiewicz do świata po­wieści nowoczesne, inteligentne i mieszczańskie szyderstwo; podejrzliwe wobec heroicznej retoryki, zwłaszcza jeśli płynie ona z ust polityków. Zagłoba wciela jednocześnie ludyczny i intelektualny wymiar humoru. Zatroskany o swój żołądek wyraża „chłopski" pragmatyzm „pieczeniarza"; kpiąc ze Skrzetuskiego, Podbipięty, Wołodyjowskiego, Sapiehy demaskuje w nich nieheroiczne, ludzkie, cielesne „zaplecze". Wzorcowy - zdaniem Brzozowskiego - czytelnik Trylogii wielbi w tej postaci swoje cnoty i przyjemności, zważywszy, że znaczna część mieszczańskiej inteligencji drugiej połowy XIX wieku miała szlacheckie pochodzenie. Nieheroiczny czytelnik powieści znajduje na kartach swoje przedłużenie.17

Komiczne narracje Zagłoby nie mają żadnych zobowiązań wobec historii, nie przynoszą rozumienia ani nawet ukojenia, nie rozjaśniają też „sensu dziejów". Kieruje nimi troska o per­swazyjną skuteczność i efekty komiczne. To tylko ucieszne anegdoty i powiedzonka kroto­chwilnego łgarza, który nie pozostawia czytelnikowi złudzeń, że śmiech to broń słabych - świadomych, że oszukują siłę zasłuchaną na chwilę w szybki bieg mowy, ale gdy ta ścichnie, wówczas przebudzona siła na nowo odzyska pole. Zagłoba symbolizuje mądre błazeństwo literatury, która przynosi wytchnienie słuchającym jej słów realnym istotom, udręczonym swoją historyczną koniecznością i skończonością.

Bez wytchnienia, jaki daje śmiech, umysł „człowieka historycznego" doznaje jedynie ciśnie­nia przeszłości, która pcha go ku niejasnej przyszłości. Ale o niej także nic rozsądnego powie­dzieć nie można, poza tym, że kieruje nas „dokąd poszli tamci do ciemnego kresu". Czytelnik Trylogii, który już się nie śmieje, nie dostaje na pocieszenie równie wzniosłych co Herbertowe słów, a jedynie upiorne (zawsze spełniające się) proroctwo Chmielnickiego: „Trupy ju­trzejsze tu ucztują". Nieśmiejący się Zagłoba, całkowicie fikcyjna, z literatury zrobiona postać rozśmiesza tych, co borykają się z obrazem własnej, przyszłej historyczności, która w najlepszym razie będzie pośmiertną teatralizacją trupa, który przemówi „głosem" jakiegoś historyka.

Na wyższym poziomie Zagłoba potrzebny jest samemu Sienkiewiczowi - autorowi i czło­wiekowi - w jego zmaganiach z historią, która w kolejnych tomach Trylogii coraz bardziej mu się komplikuje i wymyka. A zwłaszcza nigdy nie mówi naszym głosem. Zagłoba daje Sienkie­wiczowi możliwość podważenia i zaprzeczenia - poprzez śmiech - wzniosłości i wyłączności tej historii, ale dzieje się to ze świadomością, że drwina z historii może być tylko wytchnie­niem, nigdy szansą na jej rozumienie. Dlatego Zagłoba poważnieje wraz z kolejnymi tomami cyklu, a nawet więcej, budzi litość ostatnim swoim powieściowym obrazem, kiedy to „stary, zniedołężniały i trzęsący się" stoi obok Basi na symbolicznym pogrzebie Wołodyjowskiego.

Sienkiewicz w swoim prywatnym sporze z romantycznym historyzmem „używa" Trylogii jako broni wobec traumy polskiej historii ostatnich stu lat. Przenosząc czytelnika w XVII wiek, bierze ją w swoisty nawias. Krzepienie zatem dokonuje się tu wobec ciśnienia przeszłoś­ci jeszcze świeżej i ku niej jest skierowane. Nie stanowi natomiast uzbrojenia na przyszłość. Ceną tego zwrotu ku mitowi było uwolnienie swoich współczesnych od brzemienia historii, odpowiedzialności za nią. I o to właśnie, czyli nieuprawnione odciążenie polskiej wyobraźni historycznej, oskarżał go Brzozowski. Wiele lat później na takie niebezpieczne działanie mi­tów wskaże Roland Barthes:

Mit pozbawia przedmiot, o którym mówi, wszelkiej historii. W micie historia wyparowuje; jest to rodzaj idealnej służby domowej: przychodzi, przynosi, rozkłada, przychodzi pan, a służba po cichu znika - pozostaje tylko się cieszyć, nie zastanawiając się nawet, skąd pochodzi ten piękny przedmiot. Albo lepiej: skąd mógłby pochodzić, jak nie z wieczności - od zawsze był stworzony dla człowieka miejskiego [...]. Owo cudowne wyparowanie historii stano­wi inną formę pojęcia wspólnego dla większości mitów mieszczańskich: jest to nieodpowiedzialność człowieka.18

Sienkiewicz nie był ani naiwny, ani cyniczny. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w histo­rii jest równie wiele materiału na krzepienie serc i umysłów, co na ich krzepnięcie - tj. nie­bezpieczeństwo bierności, krzepnięcia w oczekiwaniu, tradycjonalizmu, który przygotowuje się na nadejście nowego, przeciwstawiając mu to, co już znane i swojskie. Krzepa serca i umysłu zmienia się w krzepnięcie, stagnację, odrętwienie, znieruchomienie. „Skrzepnełyby członki Perseuszowi od głowy Meduzy, by nie Pallas" - podaje Linde przykład z Farsalii Lukiana (w tłumaczeniu Bardzińskiego, Oliwa 1691). W myśl tej alegorii, historia może także działać niczym spojrzenie Meduzy. Oto jej podwójne ostrze, jej farmakon.

Sienkiewicz jako autor Trylogii odrzucił emancypacyjne narracje pozytywizmu i wybrał powieść historyczną opartą na eposie i micie. W pełni zrealizowana, nowoczesna powieść realistyczna musiałaby być w Polsce XIX wieku powieścią polityczną, a na taką nikt z poko­lenia Sienkiewicza się nie odważył, wymagałoby to bowiem istnienia „drugiego obiegu" lite­ratury. W kolejnych powieściach historycznych Sienkiewicz jeszcze bardziej oddala się od własnego czasu. Mam jednak wrażenie, że czyni to świadom, że historia, jeśli ma pocieszać, jest bezradna w próbach wyjaśnienia coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości nowego wieku. Inaczej mówiąc, ludziom nowoczesnym trzeba innego, dodatkowego źródła krzepy.

Pisząc trzy powieści o „ludziach nowych", nie dokonał kolejnej wolty w obrębie swego literackiego światopoglądu, ale skierował się ku doświadczeniu teraźniejszości, które nie ma analogii w przeszłości. Jednak nie poprzez powieść historyczną, bowiem Krzyżacy i Quo vadis? nie mają już wyrażonej explicite funkcji terapeutycznej. Bohaterowie współczesnych powieści Sienkiewicza nie czytają też Trylogii ani innych powieści historycznych. Trwa natomiast w tych powieściach działanie historii, m.in. poprzez skutki „charakteru narodowego". Widać to na przykład w scenie Wirów, kiedy Groński rozmyśla o szlacheckim temperamencie Krzyckiego:


Ten nie czytał zapewne Nietzschego, a jednak w jego żyłach płynie razem z krwią jakieś szlacheckie nadczłowieczeństwo. Gdyby mu ktoś uwiódł jego siostrę, strzeliłby mu w łeb jak psu, ale ponieważ chodzi o wiejską dziewczynę, więc ani się zatroska.19

Wróćmy zatem do Karola Potkańskiego i jego braku mózgowej krzepy. Sienkiewicz nie doradza mu ani lektury powieści historycznych, ani studiowania samej historii. Podobnie jak historia nie wzmacnia pozostałych bohaterów: Płoszowskiego, Bukackiego czy Grońskiego, a nawet poczciwego Połanieckiego, któremu - przeciwnie - życie jawi się pełnym Szekspi­rowskich: „wściekłości i wrzasku":


Nic, tylko śmieszna komedia ludzka, w której jedni oszukują drugich, drudzy oszukują samych siebie; nic, tylko oszukani i oszukujący; nic, tylko pomyłki, zaślepienie, błędy, życiowe kłamstwa, ofiary pomyłek, ofiary oszu­stwa, ofiary złudzeń, plątanina bez wyjścia; pocieszna i zarazem rozpaczliwa ironia pokrywająca ludzkie uczucia, namiętności, nadzieje, tak jak śnieg pokrywa zimą pola - i oto życie!20

Im potrzeba nie krzepienia serc, ale „krzepienia mózgów", jak określi to wiele lat później Parnicki. Co ma być jednak tą energią wzmacniającą polskie myślenie nowoczesne? Sienkie­wicz nie ma tu jasnego projektu. O dekadenckim estecie Bukackim powie enigmatycznie, że „brakło mu zmysłu życiowego".21

Pierwsze dekady XX wieku przyniosą dwa najbardziej wpływowe projekty modernizacji polskiego życia umysłowego autorstwa Brzozowskiego i Boya. Pierwszy będzie podkreślał, że jeśli polska myśl ma być nowoczesna, musi się zmierzyć z etycznymi i społecznymi konse­kwencjami darwinizmu i marksizmu, politycznie zaś przemyśleć musi stałą obecność Rosji w przyszłości Polski. W wolnej Polsce to Boy stał się ideologiem „normalnego", nowoczesne­go społeczeństwa. Wszyscy trzej jednak reprezentują możliwości i energię myśli pozytywi­stycznej. Starzejący się Sienkiewicz wydaje się zabłąkany wśród radykalnych nurtów moder­nizmu, próbując bezskutecznie równoważyć nowe i stare. Pragnie kompromisu między trady­cją a gwałtownymi zmianami nowoczesności, ale sam chyba weń nie wierzy, zdając sobie sprawę z nierealności marzeń swego ostatniego literackiego wcielenia - Grońskiego:

Kochał bardzo szczerze Polskę taką, jaką ją chciał mieć, to jest szlachetną, oświeconą, kulturalną, jak najbar­dziej europejską, a jednak nie zatracającą swych lechickich rysów i trzymającą w ręku chorągiew z białym orłem. Ów orzeł wydawał mu się jednym z najszlachetniejszych symbolów na ziemi.22

Zlekceważony przez nowoczesność Sienkiewicz był tym pisarzem, który starał się, aby historia pozostała domem człowieka po tym, jak za sprawą Darwina utraciliśmy naturę.

Nowoczesność dojrzała nie pójdzie jednak tropem jego refleksji, ale otrząśnie się z histo­rii, z jej brzemienia, które mówi, że nie mamy nic własnego, nic, co nie byłoby długiem wobec przeszłości. Wraz nowoczesnymi awangardami historia krzepiąca się skończyła. Zastąpiła ją publicystyka, co już w XIX wieku rejestrował Nietzsche:

Wojna jeszcze się nie skończyła, a już po stokroć zamieniono ją w stosy zadrukowanego papieru, a już podsu­wa się ją znużonemu podniebieniu smakoszy historii jako najnowszy środek pobudzający.23

Triumfuje historia krótkiego dystansu, taka, która bez względu na odległość między te­raźniejszością a opowiadaną przeszłością pozwala się natychmiast rzutować na teraźniejszość, z którą wchodzi w zwarcie. Podaje się przy tym nie za historię, ale za pamięć, żąda wcielenia w żyjących. Jest w głównej mierze destrukcyjna, odczarowuje przeszłość, choć nie ma tam już nic do odczarowania. Modris Eksteins omawiając kulturowe konsekwencje I wojny świato­wej, pisze:

Nasz wiek jest [...] wiekiem antyhistorycznym, częściowo dlatego, że historycy nie dostosowali się do senty­mentów swojego wieku, lecz przede wszystkim dlatego, że ten wiek jest wiekiem raczej dezintegracji niż integracji. W konsekwencji większe wzięcie ma psycholog niż historyk. A artysta cieszy się większym szacunkiem niż oni obaj.24

Nowoczesne społeczeństwo przestanie szukać w historii własnego odbicia, będzie za to szukać nowych idei dla gwałtownego rozwoju technologii i społecznych przemian. Swoista likwidacja historii, właściwa modernizmowi, dokona się w znacznej mierze na skutek konse­kwencji dwóch wojen światowych. Nowoczesność chce uchodzić za całkowicie autonomicz­ną, odcina się zatem nie tylko od wzorów przeszłości, ale od samej siebie, likwidując w ten sposób nie tylko krzepiącą konstruktywność historii, ale nawet samą możliwość reprezenta­cji historii w powieści.



(w: Henryk Sienkiewicz w kulturze polskiej, red. K. Stępnik, T. Bujnicki, Lublin 2007)

1!H. Sienkiewicz, Listy, t. II, część druga (Jadwiga i Edward Janczewscy), oprac., wstępem i przypisami opatrzyła M. Bokszczanin, PIW, Warszawa 1996, s. 298.

2D. Lowenthal, The Past Is A Poreign Country, „Cambridge Univeristy Press", Cambridge 1985, s. 99.

3 A. Wierzbicki, Historiografia polska doby romantyzmu, Wrocław 1999, s. 479.

4 Tamże.

5s I. K a n Pomysły do ujęcia historii powszechnej w aspekcie światowym, tłum. I. Krońska, [w:] T. Kroński, Kant, Warszawa 1966, s. 178-179.

6 H. Plessner, Aspołeczna towarzyskość. Uwagi do pewnego pojęcia u Kanta, przeł. Z. Krasnodębski, Pytanie o conditio humana, Warszawa 1988, s. 287.

7 F. Nietzsche, O pożytkach i szkodliwości historii dla życia, [w:] tegoż: Niewczesne rozważania, przekł. M. Łu­kasiewicz, posłowie K. Michalski, Kraków 1996.

8 H. Sienkiewicz, O powieści historycznej, „Słowo" 30 IV-3 V 1889, nr 98-101. Przedruk [w:] Dzieła. Wydanie zbiorowe, pod red. J. Krzyżanowskiego, t. XLV, Szkice literackie I, Warszawa 1951, s. 117.

9 Tamże, s. 118.

10 F. N i e t z s c h e, O pożytkach i szkodliwości..., s. 98.

11 H. Sienkiewic z, O powieści historycznej..., s. 122-123.

12 F. N i e t z s c h e, O pożytkach i szkodliwości..., s. 94.

13 O funkcji dyskursu ironicznego u Sienkiewicza pisała ostatnio Jolanta Sztachelska w książce Czar izaklęcie Sienkiewicza. Studia i szkice, Białystok 2003, zwłaszcza w rozdziale: Sienkiewicz wobec Słowackiego.

14 H. S i e n k i e w i c z, Ogniem i mieczem, t. II, PIW, Warszawa 1964, s. 343-344.

15 S. Brzozowski, Legenda Młodej Polski, [w:] Eseje i studia o literaturze, t.1-2, oprac. H. Markiewicz, Wrocław 1990, BN I, 258, t. 2, s. 885.

16 T e n ż e, Henryk Sienkiewicz i jego stanowisko w literaturze współczesnej, [w:] t e go ż, Eseje i studia o literatu­rze, t. 1, s. 31.

17 Zwłaszcza że i tu Sienkiewicz skorzystał z pośrednictwa pisarza, którego wielbił (choć nieco inną miłością) równie mocno, jak Homera, Szekspira i Słowackiego czy Dickensa. Chodzie mianowicie o Alfonsa Daudeta, twórcy trylogii o Tartarenie z Taraskonu, prowansalskim, dziewiętnastowiecznym mieszczuchu, którego postura, zamiłowanie do łgarstw i biesiadowania bardzo przypomina bohatera Trylogii i która to postać także nie jest jednorodnym typem, ale cechuje ją podobne Zagłobie pęknięcie: „Mówmy otwarcie: w naszym bohaterze tkwiły dwie natury całkiem odrębne. »Czuję w sobie obecność dwóch ludzi« - powiedział któryś z Ojców Kościoła. Ta wielka prawda mogła się z powodzeniem odnosić do Tartarena. Nasz wielki taraskończyk - jak to czytelnicy już zapewne spostrzegli - nosił w sobie duszę Donkiszota: miał te same rycerskie porywy, bohaterskie ideały i obłęd na punkcie romansowości i wielkości; ale, niestety, nie miał ciała sławnego hidalga, tego ciała chudego i kościstego, które miało tylko pozory ciała i na którym życie materialne odbijało się tak nieznacznie, pozwalając rycerzowi po dwadzieścia nocy spędzać bez zdejmowania zbroi i zaspokajać głód garstką ryżu raz na dwie doby... Natomiast ciało Tartarena było takim sobie poczciwym ciałem - bardzo tłustym, bardzo ociężałym i bardzo zmysłowym, bardzo delikatnym, często postękującym, pełnym mieszczańskich zachcianek i przywykłym do domowych wygód; słowem, brzuchaty krótki korpus na łapach nieśmiertelnego Sanczo Pansy. Donkiszot i Sanczo Pansa w jednym człowieku! Pojmujecie, jak niedobrane stadło musiał stanowić ta dwójka! Jakie stąd wynikały zmagania i rozterki" (A. D a u d e t, Tartaren z Taraskonu, przekł. z języka francuskiego R. Kołoniecki, Warszawa 1954, s. 14-15). Analogii jest więcej.

18 R. Barthes, Mit na prawicy, [w:] tegoż, Mitologie, przekł. A. Dziadek, wstęp K. Kłosiński, Warszawa 2000, s. 287.

19 H. S i e n k i e w i c z, Wiry, Warszawa 1993, s. 55.

20 T e n ż e, Rodzina Połanieckich, Warszawa 1963, s. 647-648.

21 Tamże, s. 383.

22 H. S i e n k i e w i c z, Wiry..., s. 87.

23 F. N i e t z s c h e, O pożytkach i szkodliwości..., s. 116.

24M.Eksteins, Święto wiosny. Wielka Wojna i narodziny nowego wieku, przeł. K. Rabińska, Warszawa 1996, s. 325. I dalej: „Historykom nie udało się znaleźć takiego wytłumaczenia dla wojny, które by korespondowało z koszmarnymi realiami i z prawdziwymi doświadczeniami wojennymi. Bardzo liczne oficjalne i nieoficjalne prace historyczne opublikowane w latach dwudziestych byty w większości ignorowane przez rzesze czytelników. Na Zachodzie bez zmian Remarque'a przeciwnie, dosłownie z dnia na dzień stało się bestsellerem wszechczasów" (s. 325-326).





©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna