Soc – postmodernizm o. Maciej Zięba



Pobieranie 30.68 Kb.
Data02.05.2016
Rozmiar30.68 Kb.

Soc – postmodernizm

o. Maciej Zięba


Tydzień temu przedstawiliśmy Państwu tekst Bronisława Wildsteina „Wybieranie przyszłości, czyli choroba pamięci': Zainicjowaliśmy tym cykl artykułów, w których chcielibyśmy zastanowić się nad przyczynami kryzysu, w jakim znajduje się polskie społeczeństwo. Kryzysu, którego najjaskrawszym przejawem są choćby sukcesy postkomunistów. Wydaje nam się, że odpowiedzi odwołujące się jedynie do sfery politycznej są niewystarczające. Że trzeba ich szukać również w szeroko rozumianej sferze kultury. Dziś tekst ojca Macieja Zięby, dominikanina, publicysty, filozofa polityki.

Brak dystansu oraz unikalny charakter procesu rozpoczętego w 1989 roku odzyskaniem przez Polskę suweren­ności i raptowną zmianą systemu poli­tycznego i ekonomicznego niezmiernie­ utrudniają analizę stanu społeczeństwa i prognozowania kierunku polskich przemian. Jeszcze trudniejsza jest próba opisu ewolucji społecznej świadomości, a zwłaszcza próba dia­gnozowania i opisu przebiegu zetknięcia z współczesną kulturą zachodnich demokracji. Zarazem jednak życie codzienne wymusza takie diagnozy i dokonywane są one bezustannie zarówno w gazetach jak i poważnej publicystyce, podczas przemówień sejmowych i w trakcie kazań, w ramach opracowywania strategii wybor­czych poprzez podejmowanie decyzji o zaku­pach konkretnego czasopisma, książki, czy biletu na koncert.

Soc-postmodernizm

Z paru względów, jak sądzę, warto naszą dzi­siejszą sytuację zdiagnozować za potracą okre­ślenia „soc - postmodernizm". Rzecz jasna, nie należy tego słowa traktować jako wytrychu, ani jako zaklęcia. Przez użycie tej ironicznej aluzji do socrealizmu pragnę podkreślić, że nasze główne problemy wyrastają ze sfery kultury, i nie odnajdzie się ich w samych strukturach politycz­nych lub ekonomicznych. Po drugie, użycie tego sława pokazuje, że Polska i wszystko, co się w niej dzieje, jest epifenomenem szerszego prą­du kultur twego i analogiczne zjawiska można obserwować w różnych miejscach świata, w Hiszpanii czy Niemczech, Francji czy Stanach Zjednoczonych.

Po trzecie, przedrostek „soc- " podkreśla polską specyfikę owego procesu podkreślając zara­zem, że istotnym elementem dzisiejszej rzeczywi­stości jest nieprzezwyciężenie autorytarnego i wasalnego wobec obcego mocarstwa dziedzictwa. Nie miejsce tu na analizowanie twórczości Rortego, Derridy, Lyotarda, Eco, Baumana, Baudrillarda czy jakiegokolwiek innego eminentnego przedstawiciela myś1i postmodernistycznej. Ich dzieła są powszechnie dyskutowane i łatwo do­stępne na rynku. Nie warto też analizować wpływu­ postmodernizmu na architekturę i ekonomię, filozofię i kulturę masową. W zupełności wystarczy nam stwierdzenie, że postmodernizm jest silnie i na wielu płaszczyznach obecny w ży­ciu dzisiejszych zachodnich społeczeństw .

Opresywna prawda

Jego istotą - patrząc z chrześcijańskiego punktu widzenia - jest fakt radykalnego kwestionowania istnienia prawdy. Nie jest to jednak zwykły sceptycyzm czy relatywizm. To, co jest w nim nową jakością, to uznanie samego pojęcia „prawdy» za kategorię wyłącznie polityczną i to - rzecz jasna-za kategorię opresywną. Jakakol­wiek zatem próba orzekania o prawdzie absolut­nej jest jut genetycznie skażona roszczeniem do posiadania absolutnej władzy. Dlatego każde rozważanie o posiadającym obiektywną wartość dobru i złu staje się nie tylko anachroniczne, ale też ze swej natury niemoralne. W ten sposób unicestwione zostają wszelkie pytania o prawdę, o dobro i zło, o Absolut, sens i transcendencję. To arbitralne rozwiązanie problemów metafizyki generuje też określoną antropologię. ]ej integralną częścią jest - niekiedy subtelna, wyrafinowa­na oraz ironiczna, lecz znacznie częściej bezpo­średnia - pochwala hedonizmu, w której słowa - klucze, takie jak „hiperkonsumpcja„ i „hiperkonformizm" mają podkreślić mowy, nie spotykamy dotąd zakres tego zjawiska.

Novum w takim opis kondycji ludzkiej jest również to, że konsumpcja, permisywizm i kory formizm zostają uznane za cnoty, niemoralna natomiast jest ich krytyka. Radykalizm, komplek­sowość i coraz większa popularność takiego opisu rzeczywistości sprawiają, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem w cywilizacji zachod­niej. Patrząc z tego punktu widzenia na Polskę, . ważna stwierdzić -porównując elementarne wskaźniki, takie jak procent rozwodów, procent uczestniczących w praktykach religijnych, sto­pień aprobaty dla instytucji mał7eństwa, czy roz­miary dezaprobaty dla eutanazji - że świadczą one o wciąż jeszcze istniejącym, zakorzenionym w chrześcijaństwie consensusie obejmującym większość polskiego społeczeństwa. Zarazem jednak proste obserwacje pozwalają wniosko­wać, że tak poprzez wielką część Prasy młodzie­żowej jak i rozgłośnie radiowe, przez największe polskie tygodniki i programy telewizyjne, przez katedry uniwersyteckie i instytucje państwowe kierowane przez rządzącą koalicję consensus ten jest systematycznie kwestionowany.

Polski post-leninizm


To wielopoziomowe zderzenie z postmodernistyczną wersją kultury zachodniej ma swoją polską specyfikę. Spora bowiem część polskich elit, a wśród elit politycznych wyraźna większość, ma za sobą doświadczenie aktywnej służby pod sztandarami realnego socjalizmu. Dla takich osób filozofia postmodernizmu jest wprost wy­marzonym „post-marksizmem i leninizmem". Bę­dąca tworem owej filozofii hiperrzeczywistość (która ma tyle wspólnego z rzeczywistością w „demokracja ludowa" ze zwykłą demokracją), w której można unieważniać i przepisywać na nowo przeszłość, realne wątki łączyć z fikcją i której pod żadnym pozorem nie można moralnie oceniać, jest wymarzoną konstrukcją dla lu­dzi o pobrudzonych w przeszłości rękach i nadal mających nieczyste sumienia. Jeżeli nie tylko nie rozliczono, ale nawet nie oceniano rozmiarów kolaboracji PPR i PZPR z służbami mocarstwa ograniczającego polską suwerenność, jeżeli wciąż nie opisano rozmiaru zbrodni popełnionych precz tę formację na polskim społeczeń­stwie, jeżeli nie oszacowano rozmiaru zniszcze­nia ekonomicznego (które sprawiło, że przez taty okres rządów Gomułki, Gierka i Jaruzelskie­go Hiszpania rozwijała się 3 razy szybciej od Pol­ski), jeżeli nadal absolutna większość obywateli nie zdaje sobie sprawy z niszczycielskich rezultatów „narodowej lobotomii". okaleczania polskiej świadomości przez wszechobecną cenzurę, inwigilację całego społeczeństwa, systematyczną promocję „biernych, miernych, ale wiernych" oraz zmuszanie setek tysięcy uzdolnionych i przedsię­biorczych jednostek do emigracji, to gwałtowne rozpowszechnienie, od pop-kultury po uniwersy­teckie katedry, filozofii ułatwiającej manipulowanie przeszłością i unicestwiającej ocenę moralną wydarzeń jest wręcz opatrznościowym zdarzeniem.

„Proces szesnastu" wciąż nie istnieje w polskiej świadomości narodowej, natomiast wciąż w niej istnieje - jako pozytywna karta - „Manifest PKWN". O tym, co wydarzyło się 17.IX.1939 roku nie wie 70 procent Polaków, znacznie większy procent zna natomiast opo­wieść o frontowym braterstwie Grigorija i Janka oraz o - ucieleśniających przyjazne stosunki radziecko – polskie - psie Szariku. W narodowej sa­moświadomości nie istnieje nie tytko prawda o dramacie armii gen Andersa, czy pacyfika­cjach dokonywanych przez gen Sierowa, marsz. Rokossowskiego i wielu innych im podobnych, ale nie istnieje też prawda o czarnosecinnym Marcu'68, czy też dyletantyzmie i nie cofającym się przed morderstwami cynizmie ekipy Gierka czy Jaruzelskiego.



Narodowa lobotomia

Dzięki temu nadal można dokonywać owej „narodowej lobotomii podkreślając, że

zarówno prawda o AK- wskich lepiankach, jak i o ka­zamatach MBP jest złożona i niejednoznaczna, powtarzając mit o awansie cywilizacyjnym społe­czeństwa w PRL, pozytywnie oceniając, także już po odzyskaniu suwerenności „stan wojenny", czy biesiadowanie polskich polityków z agentami KGB.

Za powyższymi słowami nie kryje się żądanie odwetu, ani też chęć pogrążenia Polski w rozli­czeniach, ale jeżeli prawda o najnowszej historii Polski nie trafi do zbiorowej świadomości Pola­ków, a czyny odpowiedzialnych za Polskę nie zo­staną sprawiedliwie ocenione, to nie z powodu subtelnych rozważań Rorty'ego czy Baudcillarda, a nawet nie przez propagandę konsumizmu, lecz głównie poprzez fałsz oraz skrajny relatywizm zawarty w ocenie przeszłości, postmodernizm stanie się w krótkim czasie filozofią III Rzeczpo­spolitej (ściślej mówiąc będzie to-używając określenia Ortegi y Gasseta - prefilozofia, jako że przyjmuje się ją nieświadomie): Sądzę, że - ze względu na jej nader antyreligijny, w większym jeszcze stopniu antychrześcijański, a jeszcze bar­dziej antykatolicki charakter - jest to niebez­pieczna perspektywa dla Kościoła.

Zarazem jest ona także groźna dla polskiego Państwa, gdyż - jak to lapidarnie ujął podczas kolokwium w Instytucie „Tertio Milletuuo" Krzysztof Piesiewicz- „jeśli nie ma odpowie­dzialności za przeszłość, nie istnieje też odpo­wiedzialność za teraźniejszość"

Taki obrót rzeczy jest możliwy istnieje bowiem silna i wpływowa formacja polityczna, która -konsekwentnie nie dopuszczając do oceny prze­szłości -jest strukturalnie zainteresowana, by do tego doszło. Formacja ta przyjęła za swoją nie tyl­ko metafizykę postmodernizmu, ale i jego antro­pologię. Trudno było bowiem nie dostrzec - i w jakiś sposób nie szanować - ideowości tow. Wiesława, ideową postawę można pewnie było jeszcze dostrzec u gen. Jaruzelskiego i innych przedstawicieli starszej generacji PZPR Ale bez obawy popełnienia pomyłki można stwierdzić, że po Marw'68, a tym bardziej Grudniu'70, do PZPR nie wstępowało się z ideowych pobudek, co potwierdzają publicznie, piastujący najważniej­sze stanowiska w III RP liderzy partii - spadko­bierczyni po PZPR Taki obrót rzeczy jest możliwy istnieje bowiem silna i wpływowa formacja polityczna, która -konsekwentnie nie dopuszczając do oceny prze­szłości -jest strukturalnie zainteresowana, by do tego doszło. Formacja ta przyjęła za swoją nie tyl­ko metafizykę postmodernizmu, ale i jego antro­pologię. Trudno było bowiem nie dostrzec - i w jakiś sposób nie szanować - ideowości tow. Wiesława, ideową postawę można pewnie było jeszcze dostrzec u gen. Jaruzelskiego i innych przedstawicieli starszej generacji PZPR Ale bez obawy popełnienia pomyłki można stwierdzić, że po Marcu'68, a tym bardziej Grudniu'70, do PZLPR nie wstępowało się z ideowych pobudek, co potwierdzają publicznie, piastujący najważniej­sze stanowiska w III RP liderzy partii - spadko­bierczyni po PZPR



Azymut nowej generacji

Konformizm i konsumpcjonizm jako naczelne wartości stały się więc azymutem dla całej genera­cji młodych działaczy partyjnych lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dziś, należąc do opi­niotwórczych elit, w wielkim stopniu kształtują społeczny system wartości i promują wzorce za­chowań.

Komentując znaczenie owego „soc-", a więc mówiąc o specyfice naszego postmodernizmu trzeba też dodać, że ów prąd kulturowy, który na wielu płaszczyznach przenika dziś Polskę dociera do społeczeństwa fatalnie niewykształconego. Cztero- czy pięciokrotnie mniejsza niż w społecznościach zachodnich liczba osób z wyższym wy­kształceniem, bez porównania mniejsza ilość ab­solwentów szkól średnich, i to kształconych wedle uczących biernej percepcji programów sprawia, że 80 procent Polaków nie rozumie gazetowych tekstów Znakomicie zwiększa to skuteczność so­cjotechniki oraz promowanie prostacko-hedoni­stycznej wizji życia. Co więcej bardzo nikły jest - co nieuchronne- poziom edukacji obywatel­skiej w naszym kraju: zafałszowana wizja historii konsekwentnie utrudnia dyskusję o nowoczesnym patriotyzmie, w świadomości trzech generacji obywateli nie wykształcił się, bo też i nie mógł, etos demokratyczny, rugowanie przez półwiecze panowania realnego socjalizmu poczucia samorządności, odpowiedzialności i przedsiębiorczości I ogromnie utrudnia budowanie III Rzeczpospoli­tej. Wszystkie te zjawiska, powiększając poczucie I bezradności i frustracji ułatwiają mitologizację przeszłości, wzmacniają wiarę w cudowne przed­wyborcze recepty oraz konserwują relację „dyspo­nent-klient" między rządzącymi i społeczeństwem.

Prowincjonalni klerkowie

Do całości obrazu należy dodać prowincjonal­ność znaczącej części polskich klerków wyznają­cych historyczny determinizm i uznających, że jest rzeczą nieuniknioną (a zarazem dobrą), by Polska biernie imitowała zachodnią drogę do dzisiejszej liberalnej demokracji. Wyznawcy takiego poglądu (propagowanego przez wiele akademickich auto­rytetów oraz renomowanych publicystów i dosyć popularnego zwłaszcza pośród owych 7 procent Polaków, którzy skończyli wyższe studia) nie pró­bują ani przeanalizować polskiej specyfiki (bala­stu realnego socjalizmu, żywotności Kościoła, czy też siły i specyfiki narodowej tożsamości) ani też dostrzec, że Europa końca lat 40. zasadniczo róż­ni się od tejże Europy końca lat 90. i zwykłe po­wtórzenie liberalnej filogenezy po prostu nie jest możliwe.

Rekapitulując powyższe: od nieśmiałych po­czątków w latach osiemdziesiątych poprzez raptowne przyspieszenie po roku 1989, a od roku 1993 usytuowanie się w centrum życia społeczne­go, rozwija się w Polsce tak na poziomie kultury jak polityki i ekonomii nowa forma cywilizacji wiodącej ku erozji chrześcijańskiego etosu i istnie­jącego wokół niego consensusu, osłabieniu natu­ralnych wspólnot (rodzina, Kościół, naród), a po­przez destrukcję języka (gdyż każda grupa ma swój język i swoją prawdę) oraz dewaluację słów (np. słowa agent, patriota i zdrajca, podobnie jak złodziejstwu, oszustwo, przyzwoitość i honor są używane zamiennie przez najwyższe autorytety do opisu tych samych sytuacji) uniemożliwieniu debaty etycznej na publicznym forum. Sądzę też, że dla Kościoła, ale także i dla narodu jest to jed­no z podstawowych wyzwań.

Co jest możliwe?

Czy możliwe jest, pomimo tych nader gorz­kich polskich realiów, sprostanie powyższym wy­zwaniom? Wbrew wielu niewesołym symptomom sądzę, że wciąż jeszcze nie jest to niemożliwe. Ze - bez idealizacji siebie samych - potencjał ujawniony w naszym społeczeństwie w latach 80. wciąż jeszcze nie został wyzwolony w nowych wa­runkach. Że przy tak radykalnej zmianie systemu trzeba było zapłacić za to cenę i że błędy oraz spo­łeczna dezorientacja były nieuniknione. Zatrzy­manie erozji społecznego consensusu i -co wię­cej - budowanie go w całkowicie zmienionym kontekście w suwerennej III Rzeczpospolitej wymagałoby jednak przede wszystkim przezwycięże­nia licznych urazów i wzajemnych poranień wciąż widocznych po postsolidarnościowej stronie, a także (grupy te pokrywają się w wielkim stop­niu) wśród polskich katolików oraz na skoncen­trowaniu się - nie jak dotąd: na oskarżaniu sąsia­dów bądź też samousprawiedliwianiu - na wspólnym wypracowaniu diagnozy dzisiejszej pol­skiej sytuacji, a potem wyartykułowaniu celów i środków do nich wiodących.

Możliwe jest to jednak jedynie w szerokiej, ogólnonarodowej i ponad-politycznej (!) debacie. Nie wiem czy do niej dojdzie, ale pewne jest, że jeżeli nic się nie zmieni, to historia wystawi nam wszystkim bardzo surowy rachunek.

Patrząc szerzej, poza polskie uwarunkowania, tym co również może dawać racjonalne przesłanki nadziei na zmianę sytuacji, to przemiany w kra­jobrazie cywilizacji zachodniej. Co prawda mogło­by się wydawać, że postmodernistyczna część kultury zachodniej odnosi nieustanne sukcesy, po­siada coraz silniejszą reprezentację poetyczną, dominuje w światowych mediach, szeroko wkro­czyła pomiędzy ekonomiczny establishment. Jej projekt życia propagowany jest przez uniwersyteckie katedry, uliczne reklamy i koncerty rockowe. Jest ona dynamiczna i beztroska, ofensywna oraz nowoczesna. Z drugiej strony, można mówić

o marginalnym udziale Kościoła w życiu społecz­nym, pustych seminariach, narastającym przeko­naniu o coraz większym rozdźwięku między na­uczaniem Magisterium a mentalnością

dzisiejszego człowieka. Taki opis współczesnej sy­tuacji przyjmuje dziś ogromna część społeczności Zachodu i - choć jest on bez wątpienia - po­wierzchowny, to trzeba przyznać, że tkwią w nim spore elementy prawdy.


Rysy na postmodernizmie

Ale nawet w tym czarno-białym obrazie do­strzec można dwie świeże rysy. Pierwsza jest efek­tem tego, że postmodernizm może być-w jakiejś mierze - filozofią adekwatną w stosunku do rze­czywistości jedynie w społeczeństwach bezpiecz­nych i sytych. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, że-co jest zmianą jakościową sytuacji - w najbliższych latach dojdzie do ekono­micznej konfrontacji dwóch wtedy już równorzęd­nych partnerów: Dalekiego Wschodu i Zachodu. Będzie to również konfrontacja całkowicie od­miennych filozofii człowieka społeczeństwa oraz wolności i prawa.

Do tego dochodzi coraz poważniejsze wyzwa­nie ze strony fundamentalistycznej odmiany isla­mu. A wobec pytań: o źródło i znaczenie ludzkiej godności, o równość mężczyzny i kobiety, o sens promowania praw człowieka, o sens ograniczania swojej wolności, jeszcze bardziej wobec pytań: wobec czego należy bronić ludzkiej godności

i wolności, a jeszcze bardziej wobec pytań o cenę: jaką cenę można zapłacić za obronę wolności i godności bliźnich i mojej - wobec takich pytań postmodernizm, filozofia społeczeństw sytych i bezpiecznych, jest całkowicie bezradna. A pyta­nia te wkrótce zostaną postawione.



Rysa druga na owym pogodnym pejzażu post­modernistycznej cywilizacji bierze się stąd, że postmodernizm jest w znacznej mierze efektem obumarcia konstytuującej od dwóch stuleci cywili­zację Zachodu wiary w postęp. Jest też końco­wym etapem społecznej emancypacji, obalania ko­lejnych tabu, sukcesywnego wyzwalania się „od" i „z". Prawie nikt już dzisiaj nie wierzy, że postęp nauki i ekonoma zamieni nasz ziemski padół w nowy Eden, z wolna nie ma też z czego i od cze­go już się wyzwalać. Postmodernizm nie posiada twórczej propozycji na przyszłość. Następnym po­koleniom może zaoferować ironię, sporo znakomitej socjotechniki oraz rażą gamę, od bardzo subtelnych po skrajnie wulgarne, wersji hedoni­zmu. Nie można tego lekceważyć. Jest to jednak straszliwie mało w zestawieniu ze znacznie trud­niejszą, ale bardziej realistyczną i bez porównania piękniejszą wizją życia, którą oferuje człowiekowi Ewangelia.







Pobieranie 30.68 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna