Takie były początki



Pobieranie 51.38 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar51.38 Kb.

[w:] Z dziejów językoznawstwa polonistycznego w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku i na Uniwersytecie Gdańskim (1947–2005), pod red. J. Maćkiewicz, E. Rogowskiej-Cybulskiej i J. Tredera, Gdańsk 2006, s. 377–388.




Takie były początki...


Rozmowa Ewy Rogowskiej-Cybulskiej z Profesor Reginą Pawłowską

– Pani Profesor rozpoczęła studia na gdańskiej WSP w 1953 r.?

– Tak. I muszę powiedzieć, że przyszłam na studia w najgorszym czasie. Zamierzałam studiować w Warszawie, ale na wiosnę były dni otwarte WSP w Gdańsku. Przyszliśmy z naszej szkoły do uczelni i tak mi się spodobało, że postanowiłam zostać w Gdańsku. Po bibliotece i pracowniach oprowadzała nas pani Maternicka, poznałam też innych profesorów polonistyki... Ale jak już we wrześniu rozpoczęłam studia, to okazało się, że wszystkie poznane wcześniej osoby zwolniono. Był to najgorszy czas stalinowski, chociaż Stalin zmarł w marcu tego roku. Odeszli i pani Wińska, i pani Maternicka, i profesor Pollak, i profesor Mężyński, tak że językoznawstwa w zasadzie uczył tylko pan Wierzbowski. Pełnił wszystkie role: i kierownika, i wykładowcy, i prowadzącego seminaria.

– A kto przedtem uczył językoznawstwa?

– Trochę uczył na pewno pan Mężyński, bo później, kiedy wrócił, to też uczył językoznawstwa, miał scs i opisówkę, a ja pod jego kierunkiem prowadziłam pierwsze zajęcia na studiach zaocznych.

– Jak długo trwały wówczas studia?

– Nasz rok był pierwszym rokiem studiów czteroletnich, bo przedtem były w Gdańsku tylko studia trzyletnie. Studenci, którzy je kończyli, na studia magisterskie wyjeżdżali albo do Torunia, albo do Poznania. Ale jak już zaczął studiować nasz rocznik, to wiele osób ze studiów trzyletnich po przerwach wróciło do nas na trzeci lub na czwarty rok.

– A jak wyglądała siedziba WSP?

– WSP mieściło się na Sobieskiego, w gmachu, w którym przed wojną była prawdopodobnie jakaś szkoła nauczycielska. Zresztą całe życie instytucjonalne zniszczonego Gdańska organizowało się we Wrzeszczu, wszystkie urzędy miejskie urządziły się przy Morskiej (dziś Do Studzienki), w ocalałych budynkach. Dojazdu do naszej uczelni żadnego nie było, chodziło się na Sobieskiego od tramwaju na Grunwaldzkiej. Moje najbardziej przykre wrażenia ze studiów to straszliwe zimno: nie byłam dobrze ubrana, toteż zanim doszłam do uczelni, nogi do kolan miałam zupełnie bez czucia. Przy końcu Morskiej WSP miała akademik widoczny z naszych okien na Sobieskiego. Trzy pozostałe akademiki należały do Politechniki Gdańskiej. W akademiku nr 2 znajdowała się nasza stołówka, tam biegaliśmy ciągle alejkami na obiady. W stołówce było widać, że w tamtym czasie studiowało u nas na WSP wielu Koreańczyków i Wietnamczyków, także Greków.

Budynek WSP to był duży gmach. Nasza aula na drugim piętrze została ponoć przerobiona z dawnej kaplicy. Na parterze była szkoła ćwiczeń: liceum dziewiątka. Najwięcej pomieszczeń zajmowali chemicy i fizycy, bo musieli mieć laboratoria. Myśmy – cała filologia polska – byli wciśnięci na poddasze. Były też, oczywiście, sale wykładowe na pierwszym i drugim piętrze, z których korzystaliśmy, ale większość naszych zajęć odbywała się na górze i większość naszych profesorów miała tam swoje pokoiki, każda katedra po jednym pokoiku, a Katedra Języka Polskiego miała jeszcze drugi, właśnie do ćwiczeń. Wszystkie pokoje na poddaszu, ze ściętymi dachami, bardzo ciasne... Już nie mówiąc o jakichś wygodach higienicznych: były jakieś wielkie wspólne ubikacje na drugim piętrze, z zimną wodą oczywiście.

Muszę dodać, że pan Wierzbowski, ponieważ pochodził z Torunia, nie miał w Gdańsku mieszkania, więc w zasadzie mieszkał w tym pokoju, który należał do katedry. Tu robiliśmy także wszystkie nasze prace zaliczeniowe czy ćwiczenia pisemne. Profesor zadawał nam dużo, przede wszystkim z gramatyki historycznej (na przykład rozwój spółgłosek albo pochodzenie e i innych samogłosek na podstawie tekstów staropolskich), ale i z gramatyki opisowej. Za każdym razem, gdy się przerobiło jakiś dział, kazał nam pisać prace. I w tym pokoiku myśmy te zadania wykonywali.

– To było w ramach ćwiczeń?

– Nie, to była praca domowa, ale ponieważ myśmy ciągle siedzieli na uczelni – bo mieliśmy po dwanaście, po trzynaście godzin wykładów dziennie – poza tym w domu nie mieliśmy przecież ani słowników, ani podręczników, a i w bibliotece było z tym marnie, to wykorzystywaliśmy przerwy między wykładami i robiliśmy te ćwiczenia w katedrze. Przy okazji profesor Wierzbowski zauważył, że ja wszystkim moim kolegom pomagałam robić te ćwiczenia. Ja miałam odwagę pytać, a potem tłumaczyłam kolegom. Profesor się specjalnie nie włączał w naszą pracę, ale pilnie śledził, co i jak robimy. Swoją pracę robiłam byle jak, na końcu, bo już nie miałam czasu. Pamiętam, że dostałam niską ocenę za gramatykę historyczną, ale to nie przeszkadzało profesorowi wiedzieć, co ja rzeczywiście umiem.

Bardzo nas ciekawił tryb życia profesora. Spał na tapczaniku-fotelu, który się rozkładał. Gdy nie było profesora, rozkładaliśmy ten fotel i wyciągaliśmy jego piżamę. Profesor pożywiał się surową marchewką i suchą bułką. To było całe jego jedzenie, więc naprawdę wyglądał bardzo marnie. Potem dostał jakiś pokoik na uczelni, bo zachodnie skrzydło gmachu na Sobieskiego zajmowały mieszkania prywatne. Mieszkał tam między innymi rektor, ale też pierwszy sekretarz partii, który u nas prowadził marksizm-leninizm, pan Natanek (potem się okazało, że nawet matury nie miał, a był profesorem), początkowo mieszkał tam też Górnowicz. I tam zamieszkał również Wierzbowski, dopiero później dostali z żoną mieszkanie przy Rajskiej. Ale wówczas już takiego kontaktu z profesorem nie mieliśmy.

– Wspomniała Pani Profesor, że biblioteka wyposażona była raczej marnie...

Stopniowo dorabiała się księgozbioru, ale w pierwszej chwili... No, były główne słowniki: Lindego, warszawski, były encyklopedie, były także podstawowe podręczniki.

Ale Lindego mieliśmy też na górze, bo na poddaszu filologii polskiej powstała również biblioteka polonistyczna. O tej bibliotece muszę wam powiedzieć, bo to ciekawe. Kiedy wiosną 1953 roku odbywały się dni otwarte uczelni, filologia polska była jeszcze na parterze, w bocznym wschodnim skrzydle. A jak przyszliśmy pierwszego września na zajęcia, takie wystrojone w białe bluzeczki, to pan Rabowicz, który później miał z nami nauki pomocnicze, zapędził nas do przenoszenia biblioteki z parteru na poddasze. I później przez wiele dni siedzieliśmy po wiele godzin przy porządkowaniu biblioteki. Między innymi ujmowaliśmy stare czasopisma w okładki z tasiemkami wymyślone przez Rabowicza, żeby to się jakoś trzymało. Nasza praca trwała ze dwa, trzy miesiące.

Z Rabowiczem już w pierwszych dniach studiów miałam awanturę. Wykonałam to, co mi polecił – już pracowaliśmy w bibliotece chyba z piętnaście godzin od rana do wieczora – i powiedziałam, że zrobiłam swoją robotę i wychodzę. Tym bardziej, że mieszkałam w Oruni, i musiałam dojeżdżać do domu z przesiadką dwoma tramwajami. A pan asystent zaczął na mnie krzyczeć, że ja dezorganizuję pracę, że wprowadzam anarchię, że jak ja wyjdę, to wszyscy zechcą wyjść... A ja zaczęłam płakać i krzyczeć na niego: „Nikt na mnie nigdy nie krzyczał i pan też nie będzie”. Byłam bardzo niezależna i nie pozwalałam się obrażać. Ale przykrych konsekwencji mojego „buntu” nie było.

W naszej polonistycznej bibliotece było kilka tysięcy książek, więc to wcale nie było tak mało. A później nawet zatrudniono specjalnie Jadwigę Rybakównę, która była po studiach trzyletnich i robiła u nas magisterium, ale już jako pracownica biblioteki.

W głównej bibliotece na dole też się udzielałam. Mieszkałam daleko, w Oruni, zatem podczas okienek nie mogłam wrócić do domu, toteż bardzo często pełniłam na ochotnika dyżury w bibliotece. Miałam bardzo dobre stosunki z panią dyrektor Józefiną Szelińską (narzeczoną Brunona Schulza) oraz z innymi paniami tam pracującymi.

– Jakie przedmioty językoznawcze wówczas na WSP studiowano?

– Jeśli chodzi o językoznawstwo, to profesor Wierzbowski miał z nami opisówkę, scs, potem gramatykę historyczną i historię języka, poza tym mieliśmy jeszcze trochę leksykologii, ale raczej niewiele. Gramatyka opisowa była chyba przez dwa lata, a równolegle był scs.

Kto inny uczył języków obcych. Grekę dla językoznawców miał profesor Moroń, gdy przyszedł na WSP w 1955 r. Przez cały ciąg studiów mieliśmy lektorat z łaciny, z nieżyjącym już panem Wójtewiczem. Oprócz łaciny obowiązkowy był język rosyjski i jeden z języków zachodnich. W sumie razem z scs-em mieliśmy dobrą szkołę gramatyki porównawczej. Bardzo sympatyczny był pan mgr Stefan Wygonowski prowadzący język rosyjski. Lektorat z angielskiego miała pani mgr Maria Mężyńska. Anglistami, romanistami, wykładowcami klasycznej łaciny byli przede wszystkim nauczyciele gdańskich i gdyńskich szkół, pracujący w liceach gdyńskich jeszcze przed wojną. Większość z nich była magistrami, chyba tylko profesor Moroń, jak przyszedł do WSP, to miał doktorat, i to przedwojenny.

– Jak radził sobie w tych warunkach profesor Wierzbowski?

Był bardzo mądry, zawsze świetnie przygotowany, choć pracował w naprawdę trudnych warunkach. Nie było jeszcze wówczas podręczników, na przykład „Historia języka polskiego” Klemensiewicza ukazała się dopiero po naszych studiach, nie mieliśmy też dla wszystkich studentów kompletu przedwojennego podręcznika do scs-u. W tej sytuacji źródłem naszej wiedzy były przede wszystkim wykłady Wierzbowskiego. Te wykłady były bardzo dobrze ustawione, choć mówione monotonnym, flegmatycznym głosem. Ale jak teraz przeglądam z nich notatki, to okazuje się, że były naprawdę bardzo rzeczowo i bardzo logicznie uporządkowane. Była w nich głęboka wiedza, i to własna wiedza profesora, bo on się do tych wykładów przygotowywał z różnych materiałów. Gramatyka opisowa była oparta przede wszystkim na gramatyce Szobera, później w przeróbce Doroszewskiego, w składni autorytetem był oczywiście Klemensiewicz, ale profesor Wierzbowski korzystał również z Misza – miał dużo szacunku do Misza jako wybitnego składniowca, może miał z nim w Toruniu zajęcia – więc składnię prowadził bardzo ciekawie.

Muszę jeszcze powiedzieć, że dzięki panu Wierzbowskiemu spotkało mnie wielkie wyróżnienie. Na czwartym roku uczelnia otrzymała dwa stypendia naukowe, na wszystkie wydziały. I jedno dostałam ja, a drugie jakiś chemik, już nie pamiętam nazwiska. To stypendium otrzymałam dzięki panu Wierzbowskiemu, i to było moje pierwsze stypendium, ponieważ byłam miejscowa, a obowiązywała zasada, że stypendia dostają przede wszystkim studenci zamiejscowi, chociaż stali oni czasem o wiele lepiej materialnie niż ci miejscowi. To stypendium było stosunkowo wysokie, bo o ile pamiętam, wynosiło osiemset złotych.

Kiedy chcąc robić doktorat, pojechałam do UJ i rozmawiałam z profesorem Taszyckim, zapytał mnie: „Kto panią uczył?”. Ja mówię, że robiłam magisterium u pana Ludwika Wierzbowskiego. „A kto to jest Wierzbowski? My nic nie wiemy”. I ja Taszyckiego wtenczas zastrzeliłam, mówiąc, że profesor Wierzbowski zajmuje się nazewnictwem książąt pomorskich.

– Proszę coś opowiedzieć o innych swoich ówczesnych nauczycielach z WSP.

– Jeszcze na pierwszym roku prowadziła ćwiczenia z opisówki pani Poterałowicz, ale już nawet nie pamiętam, jak miała na imię. To była jakaś koleżanka Wierzbowskiego, językoznawczyni, i chyba odeszła do pracy w bibliotece PAN-owskiej. Ja z nią nie miałam zajęć, ale wiem, że ona też prowadziła opisówkę. Drugi po Wierzbowskim przyszedł do nas Górnowicz, później dopiero profesor Moroń.

Górnowicz przyszedł do nas na drugim roku. Był dużo starszy, także od Wierzbowskiego, ale ponieważ podczas wojny był na Zachodzie i wracał gdzieś tam przez Anglię, to późno rozpoczął studia, w Toruniu. Miał wielkie ambicje naukowe i zaczął je realizować już w Toruniu. Prowadzili nawet z panią Dwilewicz badania terenowe, chyba pod kierunkiem Turskiej. Ale Górnowicz pokłócił się z profesor Turską czy ona z nim, więc przyjechał do Gdańska i tu robił magisterium u Wierzbowskiego. Przyjechał chyba po trzecim toruńskim roku, został asystentem i jednocześnie robił magisterium. Tak, że cała jego kariera naukowa zaczęła się w Gdańsku. Górnowicz miał z nami zajęcia, trochę dialektologii, ale tylko przez jeden semestr, bo przyszedł tak jakoś w środku roku.

Profesor Moroń przyszedł, jak myśmy byli na trzecim roku, czyli dwa lata później, w pięćdziesiątym piątym chyba. Z Torunia. Miał doktorat, więc był starszy stopniem od Wierzbowskiego, ale nie wiem, który z nich został wtedy kierownikiem katedry. Profesor Moroń miał z nami metodykę języka polskiego, bo był przed wojną nauczycielem szkół średnich w Drohobyczu. Uczył w jednej szkole z Brunonem Schulzem. A narzeczona Brunona Schulza to pani doktor Józefina Szelińska, która była dyrektorem naszej biblioteki centralnej na WSP.

Dziekanem był mgr Adam Zaczek, z literatury byli dr Andrzej Bukowski i mgr Zbigniew Rynduch. Pamiętam, że o panu Rynduchu ktoś napisał na skośnym parapecie – na naszym strychu były okna mansardowe, takie półokna – „W imię Ojca, Syna, Ducha, idę zdawać do Rynducha”.

Historię Słowiańszczyzny miał z nami prof. Wacław Odyniec. Lubił wygłaszać różne złośliwości na temat kobiet, a ja nie mogłam darować żadnego takiego dowcipu, zaraz krzyczałam: „Panie profesorze, to wcale nie jest dowcipne”. Ale profesor Odyniec mnie lubił.

– Czy zechce Pani Profesor opisać, jak się wówczas studiowało językoznawstwo?

– Byliśmy bardzo zmęczeni, bo czasem wypadało nam nawet po dwanaście, trzynaście godzin zajęć, a wszystkie były obowiązkowe. I oczywiście soboty też były dniami pracy. Obliczyliśmy kiedyś, że mieliśmy do czytania ze wszystkich przedmiotów studiów około sześćset stron dziennie. Każdy przerobiony dział kończył się pracą zaliczeniową.

Pamiętam moją jedną pracę zaliczeniową u Górnowicza. Miał z nami leksykologię, a w ramach leksykologii było też nazewnictwo. Pamiętam, że na zajęciach był wywodzony między innymi Gdańsk, i to od praindoeuropejszczyzny. A w pracy zaliczeniowej miałam omówić pochodzenie nazwy Tczew. Jeden z artykułów, które mi Górnowicz dał do przeczytania, był autorstwa Mikołaja Rudnickiego, a drugi był po niemiecku. Bardzo ciekawe, ale wymagało to szperania i rozumienia tych tekstów. Ten niemiecki tekst to mi tłumaczyła jakaś gdańszczanka, która znała niemiecki, ale pracowała w księgowości. I ja później już sama musiałam się domyślać, o co w tym artykule chodzi – r sonanse czy l sonanse to dla niej było jakieś tam r czy l drżące.

Bardzo dużo mieliśmy też egzaminów, w każdym semestrze po sześć, nawet po siedem. Po semestrze było wymagane albo kolokwium, albo egzamin, ale te kolokwia się niewiele różniły merytorycznie od egzaminów. Z fonetyki to był bardzo porządny sprawdzian, bo najpierw musieliśmy się popisać pisownią fonetyczną, i to w dosyć dużych fragmentach tekstów, a potem oczywiście opisywało się najrozmaitsze procesy fonetyczne, jakie zachodziły w tych tekstach. Również z fleksji i ze składni jeszcze przed egzaminem pisaliśmy prace, i te prace przygotowywały porządnie do egzaminu. To były bardzo ciężkie lata, bardzo byliśmy obciążeni.

– Ale studenci prowadzili też chyba jakieś życie towarzyskie?

– WSP, jak sama nazwa wskazuje, kształciła nauczycieli, więc wszyscy mieliśmy obowiązkowe zajęcia kulturalne, z tym, że do wyboru, albo chór, albo teatr, albo taniec. Był duży chór, czterogłosowy i prowadził go najpierw Marian Obst, dyrygent z opery, a że to było jeszcze w czasach sowieckich, to śpiewaliśmy mnóstwo pieśni rosyjskich, sowieckich, o Stalinie i tak dalej. Ale były też pieśni polskie, nawet współczesnych kompozytorów, dość trudne. Później prowadził chór prof. Tadeusz Tylewski, znakomity dyrygent także chóru Akademii Medycznej w Gdańsku, znanego na całym świecie. W każdym razie te nasze próby i występy były doskonałym i szkoleniem, i życiem towarzyskim.

Z tańcem nie miałam specjalnie kontaktów, ale zespół taneczny również występował publicznie. Tańczono przede wszystkim tańce ludowe, ale nie wiem dokładnie. Zespół taneczny był nieliczny, najwięcej było nas w chórze.

Zespół teatralny prowadzili doskonali reżyserzy z Teatru Wybrzeże. Pamiętam, że w jednej z komedii Moliera grałam im na pianinie jakiegoś menueta. Były też wspólne występy i chóru, i teatru, w różnych dzielnicach Gdańska. Ten występ, na którym grałam menueta, był w domu kultury w Nowym Porcie, a próby odbywały się w naszej auli.

W-f też był. Na dole w lewym skrzydle była bardzo ładna sala gimnastyczna, a pani magister Zofia Łozińska bardzo dobrze prowadziła z nami gimnastykę i rytmikę przy muzyce. To nie były wyczyny sportowe, tylko takie zajęcia dla wszystkich, dla zachowania zdrowia. Były też jeszcze zbiorowe pokazy gimnastyczne przygotowywane na stadionie Lechii przy ulicy Traugutta.

Poza tym mieliśmy uczelniane bale, między innymi co roku, tak gdzieś w połowie karnawału, odbywał się bal polonistyczny. Organizował to chyba trzeci rok, ale bal był dla wszystkich polonistów, nie tylko dla studentów, ale również dla pracowników, nie było takich barier towarzyskich między studentami a wykładowcami. Bale odbywały się w akademiku, w naszej stołówce. Oczywiście, nie było mowy o wielkich przyjęciach, stoły były bardzo ubogie. Ale takie uroczystości prowadziły do zintegrowania życia uczelnianego. I nasze życie studenckie było o wiele bujniejsze niż dzisiaj.

– A zajęcia polityczne?

Z takich przedmiotów jak marksizm-leninizm było mnóstwo godzin: sześć godzin tygodniowo. Był wykład i cztery godziny ćwiczeń, i to tak przez dwa lata. Na trzecim roku była też ekonomia polityczna.

Wielu naszych kolegów należało do partii (PZPR), byli głęboko zaangażowani, zwłaszcza historycy, z historykami mieliśmy wszystkie wykłady wspólne. Na historii byli w większości mężczyźni (także moja sympatia była historykiem, bardzo przystojnym i miłym Zbyszkiem, też, oczywiście, partyjnym), a u nas była większość kobiet, choć na początku było też kilkunastu panów. Nasz rocznik miał trzydzieści parę osób, jednak po drugim roku bardzo wielu naszych kolegów przeniosło się do jakiejś szkoły politycznej do Warszawy, a z nami zostało tylko pięciu panów.

Wszyscy należeliśmy do ZMS, zapisali nas i koniec, ale nic z tego nie wynikało. Ja się naraziłam bardzo zaraz na pierwszym zebraniu. Przyszedł do nas, jak dziś pamiętam, taki właśnie historyk, mocno zaangażowany, pan Zając się nazywał, i chciał u nas zorganizować grupę i powołać zarząd tej grupy. A ja dałam się już poznać z zabierania głosu na wszystkich ćwiczeniach, zaś rok akademicki dla pierwszego rocznika zaczął się pierwszego września, czyli my byliśmy już w uczelni cały miesiąc, kiedy w październiku przyszły następne roczniki. Pan Zając chciał, żebym ja należała do władz tej jakiejś komórki. A ja odpowiedziałam, że nie ma mowy, bo jestem zbyt zmęczona, żebym się tutaj jeszcze udzielała społecznie. Kończyłam w 1953 r. dwie szkoły, ogólnokształcącą i muzyczną, byłam w mojej szkole przez wiele lat przewodniczącą samorządu szkolnego i przygotowywałam do matury pięcioro moich kolegów z klasy, codziennie przez parę godzin, zwłaszcza z matematyki. Gdy to oświadczyłam, wszyscy wytrzeszczyli oczy, a pan Zając powiedział bardzo poważnie: „Koledzy (czy towarzysze, już nie wiem, jak on się do nas zwracał), musimy się zastanowić nad postawą koleżanki, to jest absolutnie postawa aspołeczna”.

No i byłam od tego czasu na oku wszystkich partyjnych. Bez przerwy mi zadawali podchwytliwe pytania, na przykład dlaczego nie przyszłam na bal organizowany przez nich w Wielkim Poście. Trwał wówczas proces biskupa Kaczmarka, to się mnie pytali, czy uważam, że to jest nieprawdziwe. A ja udawałam wielkiego psychologa: „Nie mogę nic powiedzieć, czy to jest prawdziwe, czy nieprawdziwe, ale z punktu widzenia psychologicznego to jest niemożliwe”. Niemożliwe, żeby człowiek takiej miary, który tyle w czasie wojny zdziałał, teraz się przyznawał wszem i wobec do najrozmaitszych zbrodni, których nawet nie mógł, prawdę powiedziawszy, popełnić. Ja miałam doświadczenia wschodnie, bo moja rodzina mieszkała w Związku radzieckim, więc na to się nie nabierałam. Po 1956 r. jeden z moich kolegów powiedział mi, że byłam pierwsza na liście do wyrzucenia z uczelni. Nie wyrzucili mnie chyba dlatego, że wszystkim chętnie pomagałam wykonywać różne prace zaliczeniowe, a i w rozprawach magisterskich dużo było moich korekt redakcyjnych.

Poznawało się wówczas ludzi po tym, czy chodzili na rekolekcje studenckie, czy chodzili do kościoła. W kościele poznawaliśmy, kto jest kto, i potem już mieliśmy więcej śmiałości. Ale do kościoła każdy się przemykał, żeby to nie było zbyt widoczne. A tak nikt nikomu nie ufał. Koleżance opowiedziałam, jak Sowieci zamordowali w 1938 r. mojego dziadka, za polskość i za katolicyzm, to ona przestała ze mną w ogóle rozmawiać, bo się bała, że to prowokacja.

– Kończyła Pani Profesor studia w 1957 r.?

To był niezwykły rok, wielki zryw wolnościowy w różnych aspektach. Przede wszystkim w marcu 1956 r. odbyły się zebrania partyjne, na których członkowie PZPR zaczęli się rozliczać ze sobą i wtedy właśnie odszedł z WSP i ten rektor, który więcej dbał o siebie niż o uczelnię, i ten profesor ekonomii. A ci moi zaangażowani partyjnie koledzy byli tak rozczarowani wszystkim, co się ujawniło ze zbrodni stalinowskich (po referacie Chruszczowa), że się kompletnie załamali. Na pierwszego maja to ja ich musiałam mobilizować, żeby jednak poszli na pochód. Pochody 1-majowe stały się od tamtego czasu spotkaniami towarzyskimi. A przedtem to był nakaz, bardzo surowo zresztą egzekwowany, nie było mowy, żeby ktoś nie przyszedł. I stało się godzinami ze szturmówkami gdzieś w bocznej ulicy, nim przyszedł czas naszego przemarszu przed trybuną.

W 1956 r. wrócili na uczelnię wszyscy wyrzuceni profesorowie, którzy mieszkali w Trójmieście. Ale to był, niestety, mój czwarty, ostatni rok studiów. Wróciła pani Wińska i miała z nami jeszcze troszeczkę metodyki języka, wróciła pani Maternicka, która była przede wszystkim w Katedrze Literatury. I zaraz potem została zatrudniona na polonistyce prof. Maria Janion. Wykształcili się też już nasi studenci, na przykład pan Michno, który był później przez wiele lat naszym dyrektorem.

Językoznawcą był też profesor Mężyński, który miał składnię, przede wszystkim opisową, na zaocznych. Studia zaoczne też pojawiły się dopiero właśnie w tym pięćdziesiątym szóstym roku, na pięćdziesiąty siódmy.

Pięćdziesiąty szósty przeżyliśmy w wielkiej euforii, ponieważ bez przerwy były na politechnice wiece i zebrania, aż wszyscy zachrypli. I były piękne pochody z akademików na Morskiej. Szliśmy z takimi dużymi kośćmi na patyku i napisem: „Kostek do domu” (chodziło o Konstantego Rokossowskiego, żeby wyjechał z Polski). A milicja uśmiechała się do nas, i to był w moim życiu pierwszy dzień rzeczywistej wolności. A taka starsza babcia na Morskiej zaczęła płakać: „Dzieci, dzieci, co wy robicie?”, tak była przerażona. Na tych właśnie wiecach, na tych pochodach, mogliśmy wreszcie wykrzyczeć wszystko, zwłaszcza w październiku. Bo w marcu to były zebrania partyjnych, którzy się na nich dowiadywali, co się dzieje w rzeczywistości w partii i w Związku Radzieckim. A październik, kiedy Gomułka przyszedł do władzy i trzeba było go popierać, to już należał do wszystkich. Taka była radość. Kończyliśmy studia w euforii wolnościowej.

1956/57 to był także dla nas rok wytężonej pracy: seminarium magisterskie i egzamin magisterski... W moim roczniku były tylko dwa seminaria magisterskie: Bukowskiego z literatury, bardzo szeroko pojętej, i Wierzbowskiego – językoznawcze. Na następnych rocznikach Zaczek miał jeszcze seminarium z literatury młodzieżowej. U Wierzbowskiego było nas pięcioro, czworo zajęło się Volckmarem, którego profesor wcześniej wynalazł w bibliotece, a jedna z koleżanek, Basia Czarnocka, zresztą krewna prof. Brezy, pisała pracę dialektologiczną. Koledzy pracowali nad Viertzig Dialogi (rozmówkami) Volckmara: ktoś opracowywał składnię, ktoś fleksję, ktoś fonetykę... A ja dostałam gramatykę Volckmara z 1594 r. i tę gramatykę zestawiałam z pierwszą gramatyką języka polskiego Piotra Stojeńskiego z 1568 r. Nie mieliśmy na seminarium żadnej metodologii badań językoznawczych, bo profesor, jak to profesor, dawał nam całkowicie wolną rękę. Tak, że ja za swoją pracę magisterską bardzo się wstydzę. Owszem, cały materiał językowy był tam wypisany, ale zabrakło i poważniejszych opisów czy wniosków, i jakiegoś sensownego porządku. I to się tak napisało w kilka dni, mimo że problem się analizowało długo. Wszystkie stare gramatyki były przecież pisane po łacinie albo po niemiecku (paradygmaty były polskie, wyrazy i przykłady były polskie, ale tekst był łaciński lub niemiecki), więc najpierw tę gramatykę trzeba było przetłumaczyć, a dopiero później można było ją opracowywać.

Egzamin magisterski był bardzo poważny, przed komisją. Pamiętam jak dziś, że trzeba było odpowiadać na wszystkie możliwe pytania, wcale niezwiązane z rozprawą. Profesor Moroń zapytał mnie o rozwój nosówek w językach słowiańskich, bo on jeszcze miał z nami na czwartym roku gramatykę porównawczą języków słowiańskich. Był to jeden z najtrudniejszych tematów, bo nosówki się rozwijały wszędzie inaczej. Pytania na egzaminie nie były tylko pro forma, ale to był rzeczywiście egzamin z naszej wiedzy o języku.

– Proszę przypomnieć nam swoje początki pracy w WSP.

– Profesor Wierzbowski od razu mnie zaangażował, w 1957 r., tak że na trzeci dzień po egzaminie magisterskim (27 czerwca) rozpoczęłam zajęcia ze składni i z scs-u na studium zaocznym (1 lipca 1957 r.). Pracowałam w Katedrze Języka Polskiego, ale wkrótce pani Wińska zaangażowała mnie dodatkowo do Katedry Metodyki. I przez długie lata, jeszcze jak przyszliśmy tutaj na uniwersytet, byłam pracownikiem Katedry Języka Polskiego i Katedry Metodyki, raz tu, raz tam.

Na początku prof. Urszula Wińska wszystkie zajęcia, które były mi przypisane, odbywała sama, a ja miałam we wszystkich jej zajęciach uczestniczyć. I nie pozwoliła mi samodzielnie prowadzić na przykład zajęć z dydaktyki. To była jeszcze szkoła przedwojenna, tak byli kiedyś kształceni asystenci. Po pierwsze wszyscy przedwojenni profesorowie byli też profesorami szkolnymi, więc mieli doskonałe wyczucie tego, co student może, co jest na jego poziomie. Po drugie później, już na wyższej uczelni, asystenci pracowali pod ich ścisłym kierunkiem, tak że nie tylko pisali prace naukowe, ale także kształcili się dydaktycznie: byli zobowiązani do uczestnictwa we wszystkich zajęciach profesora, do przygotowywania materiałów, a potem do rozmowy o tych zajęciach. I taką szkołę też przeszłam u pani Wińskiej.

Natomiast jeśli chodzi o zajęcia językoznawcze ze studentami, zaczęłam je prowadzić zajęcia na studiach zaocznych zaraz po magisterium. Byłam przerażona i jednocześnie odpowiedzialna. Dopiero wówczas nauczyłam się porządnie i scs-u, i składni, bo to były pierwsze przedmioty, które prowadziłam, a potem kolejno historii języka i gramatyki historycznej. Mimo że wszystkie te przedmioty zdawałam jako studentka, to później, kiedy trzeba było prowadzić zajęcia, musiałam przeryć się przez wszystkie podręczniki, wszystkiego się jeszcze raz nauczyć, stworzyć sobie własny system wiedzy.

Ale paliłam się też do innych zajęć. Zaraz po moich studiach przyszła na WSP mgr Natalia Gołębska, reżyser teatralny do prowadzenia kultury żywego słowa na polonistyce i na pedagogice. Stworzyła też zespół studyjny rapsodyczny i występowaliśmy z wieloma przedstawieniami. Ja też uczestniczyłam w dwóch pierwszych przedstawieniach, w „Balladynie” miałam nawet dwie role. Pamiętam też, że gdy już byłam asystentką, a Ewa Nawrocka była jeszcze studentką – to musiał być 1958 rok – to na balu polonistów wystawialiśmy skecze satyryczne. Występował w nich między innymi mąż pani Kęsikowej, w charakterze pomnika studenta. Natomiast ja z kolegą Kazimierzem Piłatem, późniejszym przewodniczącym Związku Nauczycielstwa Polskiego, mówiłam dialog Rodocia „Wiesz co, kochana żona”. Ewa narysowała karykatury różnych profesorów, moją też tam wystawiła, do dzisiejszego dnia ją pamiętam, bo wyglądałam na tym satyrycznym portrecie bardzo brzydko. Potem jednak prof. Wińska mnie od tego wszystkiego odciągnęła, argumentując, że takie rozrywki są tylko dla studentów, a już jestem asystentką i powinnam zajmować się nauką, zwłaszcza doktoratem.

Pamiętam, że rzeczywiście miałam dużo pracy (mieliśmy po trzysta godzin rocznie). Pan Zaczek jako dziekan nie miał w sobie nic z biurokraty, zajęcia mogły się odbywać swobodnie, nie liczył ciągle, ile godzin potrzeba do etatu. Zresztą mieliśmy też masę godzin nadliczbowych, to odrabialiśmy je jeden za drugiego. Nigdzie też nie składaliśmy żadnych sprawozdań. Każdy wiedział, co kto robi. Poza tym przez trzynaście lat przygotowywałam plany dla całego wydziału, dla historii i filologii polskiej. A kiedy przechodziliśmy na Wita Stwosza, ja robiłam przydział pokojów dla wszystkich katedr.

– Czy pamięta Pani Profesor, którzy gdańscy językoznawcy podjęli pracę jeszcze w WSP?

– Po moim zatrudnieniu był u nas krótko pan Wacław Cimochowski. Został kierownikiem katedry, bo był profesorem, a wszyscy panowie gdańscy – Wierzbowski, Moroń, Górnowicz – nie mieli jeszcze takiego stopnia. Profesor był bardzo sympatyczny, rozmawiał z nami chętnie w tych klitkach na górze. Prowadził językoznawstwo porównawcze, bo był specjalistą od języka albańskiego – prof. Moroń miał gramatykę porównawczą języków słowiańskich, a on tę wiedzę o językach poszerzał. Zajęć miał niewiele, i ja już z nim zajęć kursowych nie miałam, bo przyszedł, kiedy ja już pracowałam. Spotykaliśmy się w zakładzie raczej jako koledzy, chociaż nie mogę powiedzieć, że byłam jego koleżanką. Ale tak nas traktował.

Później, chyba gdzieś w 60 roku czy w 61, przyszła Henia Dwilewicz – wówczas nazywała się Klechówna. Przyszła z Olsztyna, była tam w Studium Nauczycielskim. Rok po mnie robiła magisterium u Górnowicza Halszka Bugalska – nazywała się wówczas Pukówna – i Górnowicz ją zatrudnił. Kiedy odszedł Cimochowski, to przyszedł do nas Kreja, już z doktoratem. Po Cimochowskim kierownikiem katedry został profesor Moroń, a jak już powstał uniwersytet, to Kreja. I jeszcze były Bożena Szczepińska z domu Pietrewicz (kończyła Uniwersytet Jagielloński, a magisterium pisała u M. Karasia) i Urszula Kęsikowa – nasza absolwentka. Następnymi asystentami zostali Bronisław Rocławski i Jerzy Treder, z jednego rocznika. Z Rocławskim miałam ćwiczenia z fonetyki.

– Do legendy przeszedł egzamin doktorski Pani Profesor, pierwszy egzamin z językoznawstwa w gdańskiej WSP. Ponoć odbył się w dość niezwykłych okolicznościach.



– W moim życiu dosyć często zdarzały się różne wyjątkowe sytuacje i do takich właśnie należała obrona doktoratu. Odbyła się ona w zimie, 18 stycznia 1968 r., a promotorem i recenzentami byli wyłącznie profesorowie spoza uczelni. Żeby więc nie musieli przyjeżdżać dodatkowo, kierunkowy egzamin doktorski wyznaczono tuż przed obroną, która wówczas miała miejsce przed całą radą wydziału, tak że byli tam i pedagodzy, i psychologowie, i historycy. Egzamin był zaplanowany na dziesiątą, a obrona na dwunastą, według zwyczajów panujących w Krakowie. Na obronę mieli przyjechać Klemensiewicz (był moim promotorem) i Jodłowski, a drugi recenzent, profesor Brajerski, przysłał tylko recenzję. Klemensiewicz i Jodłowski, jeden z Katowic, drugi z Krakowa, jakoś się umówili i jechali tym samym pociągiem, nocnym pociągiem z Katowic, w wagonie sypialnym. Poszłam rano o ósmej na dworzec, żeby przywitać profesorów i przywieźć ich do uczelni, na Sobieskiego. Był ze mną jeszcze ktoś z naszego zakładu, chyba Halszka Bugalska. Na dworcu zapowiedziano, że pociąg się spóźni o trzydzieści minut, więc czekałyśmy. Pamiętam, że opóźnienie podawano nie w godzinach, tylko w minutach. Później z trzydziestu minut zrobiło się sześćdziesiąt, a jeszcze później sto dwadzieścia. Jak zapowiedzieli, że pociąg się spóźni o trzysta sześćdziesiąt minut, to ja już wróciłam, ze złamanym sercem, do uczelni, na Sobieskiego. A cała rada wydziału czekała, bo wszystko zostało zawieszone do czasu przyjazdu profesorów. Nic się nie mogło odbyć bez nich, ale też nikt niczego nie odwoływał, bo byli przecież w drodze. Co chwila ktoś z uczelni dzwonił do dyrekcji kolei, kiedy przyjedzie pociąg z Katowic. Potem się okazało, że ten pociąg stanął gdzieś tam na środku trasy, nie wiem już, z jakich powodów. Skończyło się na tym, że miał pięćset czterdzieści minut spóźnienia, czyli dziewięć godzin. Profesorowie planowali przyjechać o ósmej rano, a przyjechali o siedemnastej. To już nie ja ich witałam na dworcu o tej późnej porze, lecz ktoś inny. A goście i cała rada wydziału cierpliwie czekali. Profesorowie przyjechali do Gdańska bardzo głodni, bo w tym wagonie sypialnym był tylko bufet, z którego wkrótce wszystko zostało wyjedzone. Tymczasem na uczelni już wcześniej zostało zaplanowane, że poczęstunek odbędzie się u nas w zakładzie, bo nie było jeszcze zwyczaju chodzenia do restauracji. To nie miał być obiad, tylko takie przyjęcie przy kawie, herbacie i ciastach, które upiekły pani profesor Wińska i pani Maternicka. Ale profesorowie i tak nie mieli czasu niczego zjeść, tylko od razu po przyjeździe na uczelnię przystąpili do wypełniania swoich obowiązków. Najpierw odbył się egzamin kierunkowy, w bardzo szacownym miejscu, bo w rektoracie. Nie zadawali mi zbyt skomplikowanych pytań, pytali raczej o rzeczy wymagające pamięci niż myślenia, bo widzieli, że byłam roztrzęsiona tym całodniowym czekaniem. Po egzaminie rozpoczęła się obrona doktoratu, mimo późnej pory z wszystkimi szykanami: moim autoreferatem, odczytaniem recenzji, moją odpowiedzią na recenzje i dyskusją. Profesor Jodłowski zarzucił mi, że praca jest stanowczo za długa: „Żebyście państwo widzieli – pokazywał – jakie tu są tabele, jakie tu są tablice”, ale w sumie recenzja była pozytywna. Dyskutantów o tej porze było niewielu, ale ktoś z sali zadał jakieś pytanie, na które odpowiedziałam. Zaraz po obronie profesor Moroń pojechał z panią Wińską i profesorami, którzy mieli wieczorem pociąg powrotny, na dworzec i zaprosili ich do „Monopolu” (naprzeciw dworca) na obiad, w czym ja już nie uczestniczyłam. Natomiast pozostali goście zostali w naszym zakładzie, w tych baraczkach na Sobieskiego, i odbyła się tam jakaś herbatka z ciastem. Nawet było dosyć wesoło.

Pobieranie 51.38 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna