Tales of the Crusaders



Pobieranie 0.58 Mb.
Strona1/13
Data08.05.2016
Rozmiar0.58 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13


Tales of the Crusaders
Force Crusaders © 1997-2002

Nakład: stosowna liczba unikalnych egzemplarzy

Copyright: Force Crusaders 1997-2002

Opracowanie: Viger, Pio, Qba oraz autorzy

Liczba mądrych słów: 50675

Liczba stron:


Notka: Przy opracowaniu Tales… nie zostały wykorzystane żadne maszyny

Imperialne. Nie ucierpiał żaden robot. Nie wliczamy w to strat

w składzie FC (te kilka zgonów)

Wstęp

Tak zapewne nazywałby się nasz zbiór opowiadań gdyby kiedykolwiek został wydany drogą oficjalną. Praktycznie od początku Zakonu jego członkowie nie ograniczali się tylko do gry. Realizując różne projekty budowali tą niesamowitą atmosferę jaka powstała wirtualnych Force Crusaders. Opowiadania przedstawione w tym zbiorze są chyba najdoskonalszym przekaźnikiem tej atmosfery. Ich Autorzy łącząc umiejętności pisarskie wraz z doświadczeniem kolejnych wirtualnych potyczek snują historie rycerzy Jedi, członków FC i innych postaci na tle uniwersum Gwiezdnych Wojen. Przez ich opowiadania realizują się marzenia chyba każdego z nas. Marzenia by choć przez chwile poczuć w rękach klingę buczącego miecza świetlnego. By spoglądając w niebo zobaczyć dwa słońca czy przelatującą formacje myśliwców. Zapraszam na prawdziwą ucztę dla wyobraźni i choć chwile spełnienia marzeń. Przed wami Tales of the Crusaders.




Spis treści




Spis treści 2

Odrodzeni 3

Prolog 3

Rozdział 1 4

Rozdział 2 6

Rozdział 3 7

Epilog 9

Historia FC 10

Dante 10

Jezus 10


Lobo 11

Pio 11


Magus 12

Neevor 12

Qba 12

Viger 12


Dobrzy źli ludzie 14

1. 14


2 18

3 20


4 25

4 30


5 32

6 37


Viger's Odyssey 43

Przedmowa 43

Lepszy przetrwa 59

Wyzwanie 59

Walka 59

Battleground Jedi 60

Prolog 60

Ciemni Jedi 61

Epilog 64

Star Mors 65

Ciemność 66

I. Tattooine, Mos Eiseley, ulica targowa 66

II. Tattooine, Plantacje przyprawy 67

III. Tattooine, Kantyna w Mos Eiseley 68

IV. Tattooine, dachy Mos Eiseley 68

V. Tattooine, Wschód słońca 69

VI. Tattoine, Wielki Kanion 70



Odrodzeni


Aleksander „Karrde” Gajek

Prolog

Miałem dzisiaj wyraźnego pecha. Nie dość, że musiałem latać po całym Nar Shadda w poszukiwaniu jakiegoś Hutta, to jeszcze przez ostatnie pół godziny goni mnie Brygada Pokoju. No cóż, nigdy nie lubiłem tego miejsca, a po dzisiejszym dniu na pewno zweryfikuję tą ocenę – nienawidzę go jeszcze bardziej. Jednak trzeba się zabrać do roboty. Dwóch żołnierzy Brygady wciąż podążało moim śladem, ale trzech pozostałych gdzieś znikło. Nie wróżyło to najlepiej – na pewno lepiej ode mnie znali to parszywe miejsce. Parę kroków później okazało się, że miałem rację. Skręciłem w boczną odnogę „głównej” ulicy Księżyca Przemytników, udając się jak najszybciej do prywatnego hangaru, wynajętego przez Karrde’a, w którym spoczywał mój bilet podróży „jak najdalej stąd”. Niestety, tuż za rogiem stało dwóch „zgubionych” żołnierzy Brygady. Obaj trzymali standardowe lekkie karabiny E-11, i, na moje nieszczęście, zdawali się wiedzieć, dokąd idę. Jednak najwyraźniej nie spodziewali się mnie tak szybko, bo stali pogrążeni w rozmowie i byliby mnie pewnie nie zauważyli, gdyby nie to, że pierwszy z nich padł na chodnik z dymiącą dziurą w czole. Drugi nie wiedząc czy najpierw strzelić do mnie, czy poszukać tajemniczego napastnika, zrobił rzecz najrozsądniejszą, jaką mógł – skoczył szybko w boczne zagłębienie ściany. Jako, że Granowie, zręcznością i szybkością – w przeciwieństwie do siły – nie grzeszą, padł z dziurą w plecach, wypaloną moim strzałem. Żołnierze, którzy mnie śledzili pojawili się chwilę później, ale o parę sekund za późno. Zastali jedynie dwa ciała swoich kompanów i niespodziankę. Niespodzianka eksplodowała jak tylko wyszli zza rogu, pozostawiając na miejscu zdarzenia już nie dwa, a cztery ciała.


-No, to by było na tyle, jeżeli o nich chodzi. – odezwała się po chwili marszu Ren E’storill

-Nie do końca, było ich pięciu nim się rozdzielili. – coś mi tu nie pasowało, czułem dziwne buczenie w głowie.

-Pięciu? – zdziwiła się ex Mistryl – Może ostatni uciekł? Niedobrze, może nam ściągnąć na głowę kłopoty.

-Możliwe, dlatego musimy się pospieszyć – wyciągając komunikator dodałem – Ale wypadałoby ostrzec resztę.

-Dowódca Ghostów do Trójki, jesteś tam Ket?

Przez chwilę było słychać szumy, poczym wyraźnie usłyszałem strzał, krzyk i coś, co przypominało dźwięk miecza świetlnego.

-Wiesz co, Ren? Lepiej się jeszcze bardziej pośpieszmy – rzuciłem i wyłączyłem komunikator. Nie podobał mi się ten krzyk – był to krzyk zdziwienia i przerażenia. I na pewno wydała go Ketra.
Szliśmy jak najszybciej się da, ale Pionowe Miasto jest ogromne, a my dosyć oddaliliśmy się od statku. Po dziesięciu minutach zobaczyliśmy grodzie hangaru. Zamknięte na głucho.

-I co teraz? Wysadzamy? – zapytałem po kilkakrotnym sprawdzeniu zamków.

-Nie trzeba – usłyszałem głos Ren – Chodź no tu Mart, powinno gdzieś tu być drugie, sekretne, wejście.

Wejście i owszem, było, ale nie tak sekretne, ponieważ przed otwartymi na oścież drzwiami, stała grupka obcych wszelkiego rodzaju. Zauważyli nas od razu, ale zamiast rozpocząć kanonadę, z szeregu wychylił się Rodianin (przy czym można to było poznać jedynie po tapirowatym pysku, jako że był dosyć „obszerny” co się raczej Rodianom nie zdarzało) i zagadał coś w swoim języku.

-Przydałby się tłumacz. – stwierdziła E’storill

-Nie trzeba. – odpowiedziałem – On powiedział „Wejść może tylko Jedi. Reszta zostaje.”

-Pułapka?

-Na pewno. Bądź ostrożna, a najlepiej poszukaj innego wejścia.

-Ok., uważaj na siebie. – odpowiedziała i znikła za rogiem.

-Hej, ty, Jedi, dokąd ona iść? – wybełkotał Rodianin jak tylko Ren się odwróciła.

-Podobno wejść mogę tylko ja, więc po co wam ona?

-Dobra, idziemy. – odwrócił się i rzucił do swoich podkomendnych – pilnować wejścia, zostawić Mistryl w spokoju.

Idąc za Rodianinem pomyślałem, że popełnił ostatni błąd swojego życia.
Do środka prowadził krótki tunel, który przeszliśmy dosyć szybko i otworzyła się przed nami główna część hangaru. Po środku stał lekki koreliański frachtowiec typu YT-2000. „Pector” wydawał się nieuszkodzony. Jednak mój wzrok powędrował na dwie osoby siedzące pod ścianą i stojącą nad nimi postacią. Postać owa była ubrana w brązowy płaszcz i czerwony kaptur, a w ręce trzymała miecz świetlny. Na mój widok tylko mocniej ścisnęła dłoń na mieczu i szeroko się uśmiechnęła. Na środku stało dwóch podobnych osobników, tyle, że w niebieskim i zielonym kapturze. Oboje też mieli miecze. Jedi? Razem z Brygadą Pokoju? Już chyba nic mnie w tym życiu nie zaskoczy.

-Witaj, Jedi. – odezwał się Zielony i zwrócił się do Rodianina – Możesz odejść Shax, dobrze się spisałeś.

-A co do ciebie Jedi, to nie będziemy się wdawać w niepotrzebne dyskusje. Jak widzisz, mamy dwie niepodważalne karty przetargowe.

-Super. – uśmiechnąłem się, chociaż sytuacja nie była wesoła – A teraz powiedz czego chcesz, żebym mógł ci się zaśmiać w twarz.

-Możesz spróbować, ale jak tylko sięgniesz po swój miecz, mój kolega skróci o głowę twoich podkomendnych. – odwrócił się i wskazał na statek – A teraz pozwolisz, że zajmiemy twój statek. Jeżeli wykonasz wszystkie polecenia, ta dwójka być może przeżyje.

-A powiedzmy, że nie pozwolę?

-No cóż, nie pozostawiasz mi wyboru... – wskazał na Czerwonego i wykonał jakiś gest.

Ale ja już nie patrzyłem na niego, tylko na dziwny błysk za plecami strażnika. Błyskawicznie rzuciłem się na ziemię i odturlałem w stronę Czerwonego. Ten widząc to, włączył miecz i zamierzył się na więźniów, ale błyskawicznie odwrócił, odbijając strzał z mojego blastera. W momencie gdy odbijał drugi strzał, za jego plecami wyleciała kratka systemu wentylacji i poleciały stamtąd strzały. Nawet Jedi nie jest w stanie odbijać strzałów z dwóch przeciwnych kierunków. Czerwony dostał w rękę i nogę. Zawył okropnie i puścił miecz. Już miał go wziąć z powrotem, ale w tym samym momencie stęknął i padł martwy na ziemie z dziurą między oczami. Szybko podbiegłem do Ketry i Gran’a, a goniły mnie wrzaski wracających podkomendnych Shax’a i złowrogie słowa Zielonego:

-Nie wyjdziesz z tego żywy, Jedi. – krzyczał – Sam sobie wybrałeś.

We czwórkę schowaliśmy się za wielką skrzynię w którą rytmicznie trzaskały bolty wystrzeliwane przez Shax’a i zgraję.

-Gran, Ren, zajmijcie się bandą tego głupiego Rodianina. – rozkazałem – My zaopiekujemy się Jedi.

Niebieski i Zielony właśnie okrążali skrzynię.

-Weź pomocnika. – zwróciłem się do Ketry – ja się zainteresuje szefem.

Otworzyłem się na przepływ Mocy i zobaczyłem wyraźnie ruchy mojego przeciwnika. Właśnie zamierzał skoczyć i przepołowić mnie z góry na dół. Jednak dzięki wyostrzonym zmysłom poruszał się dla mnie jak mucha w smole. Bez problemu usunąłem się z drogi ostrza i z pól obrotu ciąłem przez głowę. Jednak Zielony był szybki. Błyskawicznie podniósł klingę i zablokował mój atak, po czym sam przeszedł do ataku. Zadał dwa szybkie ciosy, po czym wyprowadził potężny poziome cięcie. Odskoczyłem saltem do tyłu, ale jeszcze w locie pchnąłem go Mocą. Tego się nie spodziewał. Runął do tyłu i zatrzymał się na skrzyni, któras akurat się napatoczyła. Szybko doskoczyłem i ciąłem z obrotu przez lewe ramię. Białe ostrze trafiło na ciało i przecięło je bez problemu. Zielony drgnął i padł na ziemię w dwóch kawałkach. Odetchnąłem z ulgą i popatrzyłem na pole walki. Okazało się, że Ren i Gran już się uporali z Shax’em, który teraz przypominał przypaloną grzankę, i jego bandą. Ket też skończyła z Niebieskim, który leżał bez dłoni i głowy kawałek dalej.

-Dobra, zwijamy się zanim ktoś zauważy, że Shax nie wrócił. Trzeba o tym również powiadomić Luke’a i Karrde’a.

Po tym zdarzeniu, znów musiałem zweryfikować moją ocenę Nar Shadda – od tej pory moja noga, z własnej woli, tu nie postanie. To miejsce przynosi mi pecha.


Rozdział 1


Po wejściu w nadprzestrzeń, Gran i Ketra opowiedzieli nam bardzo ciekawe rzeczy o trzech tajemniczych Jedi. Otóż nazywają siebie Odrodzonymi i – cóż za niespodzianka – stworzyli ich Yuuzhanie, z pomocą Jedi, który zszedł na ścieżkę Ciemnej Strony. Desann, owy Jedi, pomógł mistrzom przemian Yuuzhan Vong w wyhodowaniu żywych kryształów, które wszczepione w człowieka, dają mu zdolności Jedi.

-Czyli Yuuzhanie wysyłają swoich Odrodzonych, żeby wybić wszystkich Jedi i szcześliwie panować w galaktyce. – podsumowałem – Nie wiecie może gdzie oni hodują te kryształy?

-Niestety, tego nam nie powiedzieli. Pewnie dlatego żebyśmy tam nie polecieli i nie zniszczyli tej „hodowli”, nie sądzisz? – odparowała Ketra

-A wiesz, co? – przyszedł mi do głowy szalony pomysł – To jest genialne. Dobra, robimy tak. U Talona, ja z Ren przesiadamy się na „Igłę” i wracamy do Nar Shadda trochę powęszyć. Ty Delveccio weźmiesz Ketrę i polecicie do Luke’a zdać mu relację. Może przy okazji też coś znajdziecie. Spotkamy się za standardowy tydzień u Karrde’a.

Wszyscy przytaknęli.
Karrde, wysłuchawszy raportu, wyglądał zdecydowanie inaczej, niż to miał w zwyczaju – był zdziwiony.

-Odrodzeni? Ciemni jedi? – zapytał – Jakby ta galaktyka potrzebowała jeszcze więcej zmartwień.

-Niestety. – przytaknąłem – Nie wiesz czy Booster już dotarł do Zaćmienia?

-Właśnie chciałem ci o tym powiedzieć – Talon przybrał pozę jak przy mowie pożegnalnej zmarłego krewnego – Nie możemy skontaktować się z nim od pięciu dni.

-A wiecie chociaż, gdzie jest?! – tego jeszcze brakowało! – Co z pluskwą?

-Niestety, nadajnik przestał nadawać i mamy tylko ślad z przed dwóch dni.

-Dobra, prześlij go na „Pectora” i „Igłę” – cóż innego mogłem zrobić – Poszukamy Terrika.

Dlaczego zawsze ja?....


W dwa dni później byliśmy na miejscu, w którym przed czteroma dniami przebywał „Błędny Rycerz”

-Chyba go tu nie ma. – usłyszałem w komunikatorze głos Delveccia

-Dziękujemy, że tu jesteś, żeby nam to powiedzieć. – odparowała Ren

Upewniło mnie to, że przynajmniej nie straciła humoru. Dwudniowy lot ciasnym myśliwcem nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. A już na pewno nie należy, jeżeli ma się w perspektywie kolejny tydzień w kabinie. Woleliśmy się jednak zabrać dwoma statkami na wypadek walki. „Pector”, chociaż solidnie opancerzony i uzbrojony, nie mógł się równać z czterema podwójnymi, sprzężonymi działkami ciężkiego myśliwca szturmowego. Do tego „Igła” była wyposażona w mała wieżyczkę, idealną do walki ze skoczkami koralowymi, obsługiwaną przez strzelca pokładowego. Niestety, taka siła ognia miała pewne minusy – nie można było za długo strzelać, bo nie starczyło energii, a gdyby zamontować lepszy (czyt. cięższy) reaktor, to pudło już na pewno by się nie ruszyło. I tak miało z tym problemy.

-No i co robimy? Sprawdzamy okolice? – spytała Ketra

-Nie. Spróbujmy pomyśleć gdzie się udał. Na pewno leciał w kierunku Zaćmienia, ale nie po linii prostej...

-Eee...Marty...odbieram sygnał z nadajnika „Błędnego Rycerza”.– usłyszałem głos Ren – Ktoś go przed chwilą włączył i dodał – „Pomocy”.

-Masz wektory? – potwierdzenie – Dobra, obliczać jak najkrótszy, prosty skok i lecimy!

-To może być pułapka! – głos Gran’a odbił się echem po kabinie

-A mamy jakieś wyjście?

Jak zwykle...
Lot w nadprzestrzeni był dosyć krótki. Trwał niecałe dziewięć godzin i zawiódł nas na obrzeża gromady gwiezdnej Ssi-Ruuków. Jak na mój gust, trochę za blisko. W czasie lotu zdążyłem chyba z dziesięć razy sprawdzić wszystkie systemy „Igły”, czym doprowadziłem Ren do stanu wrzenia.

-Nie masz nic lepszego do roboty? – spytała w pewnym momencie.

-Wolisz być nieprzygotowana do walki?

-Przygotowana – tak, ale nie robię tego kosztem spalenia komputera pokładowego.

-A od czego, ma się niby spalić? – spytałem zdziwiony.

-A od tego, – odparła – że wymyślasz coraz to nowsze i bardziej skomplikowane procedury testowe.

-Od tego jeszcze nikt nie umarł. Wolę się solidnie przygotować, nie wiadomo, co nas tam czeka...ale nieważne. – dodałem szybko wyczuwając budzący się wulkan za moimi plecami – Jak znam życie i tak dowiedziesz swojej racji.

Wulkan już prawie wybuchał, gdy odezwał się brzęczyk poprzedzający wyjście z nadprzestrzeni.

-Przygotuj się. – rzuciłem do tyłu – Wychodzimy za pięć...cztery...trzy...dwa...jeden...zero – i pociągnąłem za dźwignię.

Kiedy linie gwiazd zmieniły się w pojedyncze punkciki, zawołałem do komunikatora.

-„Pector” , meldować. - a odwracając się do Ren – Pełne skanowanie. Wyświetl ogólną sytuację.

Gran i Ket zameldowali wszystkie systemy sprawne, a ja nawet nie musiałem patrzeć na ekran taktyczny, żeby zobaczyć, co się dzieje. Niszczyciel Terrica był otoczony rojem yuuzhanskich koralowych skoczków, a w pewnej odległości unosił się ich statek, z wielkości i uzbrojenia fregata szturmowa, i zdecydowanie mniejszy, bliżej niezidentyfikowany, statek Brygady Pokoju. Jako, że próba zaatakowania i zniszczenia tego przez dwa statki, nawet tak potężne jak na swoją klasę, było tylko skomplikowaną formą samobójstwa, trzeba było wymyślić plan awaryjny. Jako, że myślałem nad nim całą drogę (bo nie wyobrażałem sobie żeby zaatakowali mniejszymi siłami), wprowadziłem go od razu w życie.

-„Pector” – zawołałem do komunikatora – markujecie atak na fregatę i jak zwróci na was uwagę odciągacie ją jak najdalej. My zajmiemy się skoczkami.

Wszyscy potwierdzili i zaczęła się zabawa.

Piloci wrogich myśliwców, zajęci łatwą zdobyczą (jako, że statek Boostera był zawsze w stanie pośrednim – między ruiną, a kompletnym wrakiem), zwrócili na nas uwagę, kiedy dwaj ich koledzy w efektowny sposób zakończyli życie. Od razu połowa (na oko, ze dwadzieścia) skoczków pomknęła w naszą stronę plując kulami plazmy. Pierwsze trzy z szeregu wyparowały trafione na przemian moimi strzałami i morderczą wieżyczką Ren. Reszta na chwilę straciła nas z oczu przez potrójny wybuch, który, naturalnie przypadkiem, osłonił nasz przelot przez wrażą formację. Zagapienie się obcych pilotów kosztowało Yuuzhan kolejne dwa skoczki, po tym jak zawróciliśmy i ostrzelali ogłupiałych wrogów. Parę skoczków okazało się rozsądniejszych niż inne i, zamiast próbować bezsensownych strzałów, kilkoma prostymi manewrami próbowali usadzić się na ogonie „ Igły”. Jednak zbyt prostymi jak na mnie – poszedłem pętlą do góry tak, że w pewnym momencie yuuzhanie znaleźli się w punkcie „zero” – idealnym miejscu do ostrzału z wieżyczki. Jako, że strzelca też miałem doświadczonego, dwóch przepłaciło to życiem. Trzeci zrezygnował i zawrócił. Przez następne pięć minut, wieżyczka Ren pracowała nieustannie, pracując na swoje utrzymanie. Moje działka też nie próżnowały. Zmietliśmy chyba z dziesięć myśliwców, kiedy z komunikatora doleciał głos Ketry.

-Marty, fregata leci za nami. Odciągniemy ją jeszcze trochę i wynosimy się stąd.

-Ok., wracajcie do Talona i ściągnijcie coś na nią. My zamierzamy się przenieść na pokład niszczyciela.

-Powodzenia. – zwołała i przerwała połączenie.

-Dobra – zwróciłem się do Ren – Strzelaj dalej, ale raczej na postrach. Ja posadzę gdzieś to bydlę.

Powiedzieć łatwiej niż zrobić. Wylądować w głównym hangarze nie było najmądrzejszą rzeczą. Przelałem całą moc z działek i osłon, zostawiając tylko trochę dla wieżyczki, do silnika i ospały do tej pory statek ruszył z zadziwiającą, zważywszy na masę, prędkością. Koralowe skoczki zostały daleko z tyłu kiedy dotarłem do „Błędnego Rycerza” .Przeleciałem jak burza przez główny hangar, zmiatając przy okazji jakiś wysięgnik (który nota bene narobił więcej hałasu i szkód niż to można było sądzić z wyglądu). Po pulpicie przeskoczyły iskry, a statek niemiłosiernie jęknął. Zastanawiając się, co też mogło na moim statku wydać taki potworny dźwięk, zignorowałem złośliwą uwagę Ren, dotyczącą moich umiejętności i wleciałem od tunelu, łączącego hangar ze stacją naprawczą i wewnętrznym parkingiem. Jako, że Booster od dawna nie przyjmował „gości” ta sekcja świeciła pustkami. Wylądowałem na środku, otworzyłem owiewkę i stając w kokpicie oceniłem szkody. Było źle ale nie najgorzej. Wysięgnik z hangaru przeorał lewy silnik i usadowił się w jego wylocie.

-Mistrz pilotażu się znalazł – usłyszałem z tyłu głos Ren – I gdzie teraz polecisz z takim sztylem wbitym w rdzeń silnika? Nawet nie wiadomo kiedy to wybuchnie!

Zeskoczyliśmy na ziemię.

-To ty chciałaś, żeby zrobić taki myśliwiec. Nic nie poradzę, że to bydlę prawie nie skręca.

-Za to ty chciałeś tu wlecieć. Jak nie umiesz latać po ciasnych tunelach to się nie pakuj na fotel pilota!

-Oczywiście ty zrobiłabyś to lepiej!?

-Żebyś wiedział!

Kłótnia mogła trwać zdecydowanie dłużej, bo temperatura była już wysoka, gdy usłyszałem jadącą w dół windę, a po chwili rozsunęły się drzwi za nami i usłyszałem syk zapalającego się miecza świetlnego...

Rozdział 2


-Zostań tu. – syknąłem – I przygotuj broń.

Od drzwi dzieliła mnie ogromna skrzynia, toteż na razie jedynie słyszałem, coraz bliższe, kroki i buczenie miecza. Stanąłem tuż przy rogu skrzyni, z gotowym mieczem, nie aktywując go jednak. Zobaczyłem jak Ren wyciąga ze schowka w myśliwcu karabin szturmowy i celuje z niego w stronę nieznajomego. Kroki zatrzymały się, i poczułem, że ktoś sonduje mój umysł. W pewnym momencie wychwyciłem myśli sondującego mnie i odetchnąłem z ulgą. Dałem znak Ren i zawołałem:

-Możesz wyjść, tu są sami swoi.

Nieznajomy chwilę przeżuwał moje słowa, po czym rozpoznawszy głos wyszedł. Był to Jedi, Piotao Umdu, szef ochrony „Błędnego Rycerza” na czas przewozu młodych Jedi.

-Brix! – zawołał z ulgą – A już myślałem, ze to kolejni Ciemni Jedi.

-Odrodzeni są tutaj? Na pokładzie „Rycerza”?

-Odrodzeni? – zdziwił się Pio

-Później ci wyjaśnię. Pokonaliście ich?

-Nie wszystkich. – chwilę się zastanawiał, po czym dodał – Ze statku który wylądował wyszło z dziesięciu. Zabiliśmy trzech. Na resztę polują moi pomocnicy.

-A gdzie jest reszta?

-Ukryliśmy wszystkich w jednym z magazynów, jednak Booster uparł się, że zostanie na mostku i pokieruje obroną.

-Jakby miał czym. – prychnąłem – Dobra, ty się zajmij ochroną tego magazynu. Ja i Ren idziemy na mostek.

-Podłącz się do częstotliwości mojego komlinka – rzucił na odchodnym – Jakby co to się odezwę.

-Myślisz, że sobie poradzą – usłyszałem z tyłu głos Ren

-Na pewno, Pio to jeden z najlepszych szermierzy. Żaden Odrodzony nie może się z nim równać.

-Jak uważasz.

Odwróciłem się i zobaczyłem, że Ren jest już gotowa do drogi. Ubrana w lekką kamizelkę blasteroodporną, trzymała karabin szturmowy Merr-Sonn robiony na zamówienie specjalnie dla nas. Sam szybko się ubrałem, przypiąłem do paska miecz i wziąłem podaną przez E’storill broń.

-Znasz rozkład tego niszczyciela? – zapytałem, chciaż odpowiedź nie mogła być inna.

-Tak jest, panie pułkowniku. – odparła oficjalnie.

-No to prowadź – i dodałem – Tylko nie nazywaj mnie „pułkownikiem”.

Opuściliśmy hangar drugą windą i przejechaliśmy na poziom techniczny. Ren prowadziła bezbłędnie w stronę mostka. Jednak przy następnej windzie zastaliśmy niespodziankę. Tuż za rogiem, przy drzwiach windy, ustawił swój posterunek mały oddział Brygady Pokoju. Ocaliło nas zaskoczenie. Kiedy pierwszy żołnierz dostrzegł Ren, t już się przetaczała po pokładzie w głąb tunelu. Wszystkie lufy podążyły za nią, dając mi wyśmienitą okazję do strzału. Karabin wypluwał z siebie pociski w zabójczym (dosłownie) tempie. Trzech żołnierzy padło, rażonych strzałami, a reszta popełniła drugi (i ostatni w swoim życiu), taki sam błąd. Wszyscy obrócili się w moją stronę, dając Ren wystarczająco dużo czasu na wyeliminowanie ich.

-Pio nie powiedział nic o żołnierzach. – stwierdziłem, kiedy już wszyscy leżeli zwęgleni.

Ren wzruszyła ramionami.

-Bo nie pytałeś.

-Może i tak. Trzeba bardziej uważać. Idziemy.

Od tej pory ostrożnie badaliśmy każdy korytarz. Kolejna winda zaniosła nas na poziom kabin oficerskich. Stąd można było wjechać windą prosto na mostek. Pilnujący jej żołnierze Brygady Pokoju padli, nim zdążyli zobaczyć z czyjej ręki ponieśli śmierć. Już podczas jazdy windą dosłyszeliśmy kanonadę strzałów i urywane rozkazy.

-Szturmują mostek. – domyśliła się Ren

-Że też się jeszcze nie rozsypał. – mruknąłem pod nosem.

Wyszliśmy z windy prosto w wir walki. Obrońcy ustawili dwie wieżyczki przy drzwiach i ostrzeliwali się przez otwartą gródź. Napastnicy, rozmieścili się w przeróżnych załomach i bocznych korytarzach. Na głośną komendę dowódcy skupili uwagę na wieżyczce, która, przeciązona, po chwili eksplodowała. Za to ja zainteresowałem się dowódcą. Był nim Odrodzony. W momencie, kiedy odwracał się w stronę nowych gości, przyciągnąłem go z całej siły Mocą, nabijając na włączający się miecz. Ostrze wbiło się w jego brzuch, po czym przecięło z góry na dół. Nieludzki krzyk jaki wydał z siebie, zwrócił uwagę napastników, którzy od razu przenieśli swój ogień na mnie, jednak miecz świetlny nie zawodził. Kreśląc skomplikowany wzór w powietrzu odbijał wszystkie strzały. W tym momencie z widny wyskoczyła Ren i korzystając z ochrony dawanej przez miecz, rozpoczęła kanonadę. Napastnicy rzucili się do ucieczki, jednak po sekundzie uświadomili sobie, ze trafili między młot (obrońców mostka), a kowadło (nas...). Po chwili wszyscy nie żyli, cześć rażona przez obrońców i Ren, a część przez rykoszety własnych strzałów. Przez drzwi wyleciał Booster.

-Jedi! – zawołał – I co ja przez was mam?! Atakują mój statek jakbym był jakimś handlarzem niewolników!

-Żadnej wdzięczności za uratowanie życia?

-Życie, życie... Co mi po życiu jak stracę statek!

Cały Booster...

-Spokojnie – odezwała się Ren – Zaraz pojawi się tu Karrde z odsieczą.

Przywołanie nazwiska Talona nie było najmądrzejszym pomysłem. Oczy Terrika zapłonęły.

-Karrde! – zawołał Booster – To on mnie w to wszystko wciągnął, i jeszcze mi za to zapłaci.

-Ale przynajmniej możesz bezpośrednio dbać o bezpieczeństwo twoich wnuków – starałem się go uspokoić, żeby znów zaczął racjonalnie myśleć.

O ile to możliwe...

W tym momencie z mostka dobiegł głos:

-Szefie! Mamy towarzystwo.

Wszyscy rzucili się do ekranów taktycznych. Z nadprzestrzeni wyłoniła się dziwaczna zbieranina statków i jeszcze dziwniejsza myśliwców, a przewodził im statek o łatwo rozpoznawalnym wyglądzie. Z głośników dobiegł głos:

-Tu „Szalony Karrde”, potrzebujesz pomocy Booster?

Terrik rzucił się jak dziki do mikrofonu, ale nie słyszałem tej, zapewne bardzo interesującej, rozmowy, bo do życia obudził się mój komlink.

-Brix. – rzuciłem do mikrofonu.

-Marty – usłyszałem głos Pio – przyjdź tu do nas szybko, potrzebujemy pomocy. Magazyn ND-40 w dziobowej części.

-Dobra, zaraz będę.

Podszedłem do konsoli łączności i, ignorując dzikie wrzaski Boostera, połączyłem się z „Pectorem”, który właśnie przeleciał przed iluminatorami mostka plując strzałami w stronę koralowych skoczków.

-Dobra robota Toren – powiedziałem – A teraz kolejne zadanie. Przylatujcie szybko na niszczyciel. Zaparkujcie w głównym hangarze, tam się spotakmy.

W odpowiedzi usłyszałem potwierdzające podwójne kliknięcie.

Przeszedłem przez mostek i rzuciłem do stojącej przy drzwiach Ren:

-Idziemy. To jeszcze nie koniec.

Rozdział 3


Eliminując niedobitki Brygady Pokoju, doszliśmy do głównego hangaru, gdzie czekał już na nas „Pector”, ale z niespodzianką. Niespodzianka, w osobie Karrde’a, nawet nie zauważyła naszego przyjścia. Zauważyła za to Shada.

-Witam, pułk... – widząc moją reakcję szybko zmieniła – Marty.

-Karrde, miło cię widzieć. – po czym dodałem ściszonym tonem – Jednak między nami mówiąc, nie polecałbym ci wycieczki na mostek.

-Ta-a, Booster potrafi być czasami niemożliwy. Jednak jak tylko wyciągniemy stąd „Błędnego Rycerza” humor mu wróci. Zobaczysz.

-To w takim razie jak nam idzie bitwa? – zapytałem

-Jak tu przylatywałem było nieźle. Straciliśmy... – Talon zamyślił się – chyba pięć lekkich frachtowców i parę myśliwców. Za to Yuuzhanie już ich prawie nie mają, a ich fregata wygląda jak szwajcarski ser.

-Mogę sobie wyobrazić. – uśmiechnąłem się pod nosem.

Rozmowę przerwał brzęczyk komlinka.

-Karrde.

-Szefie, mam problem. Do układu wskoczył nowy statek Vongów. Kolejna fregata. Bez myśliwców.

-Przelej dane na mój notes. – odpowiedział Talon

Czerwone światełko przesyłania danych zaświeciło i zgasło, kiedy komputerek był gotowy do wyświetlenia sytuacji taktycznej. Co prawda nie można było tu liczyć na szczegóły, ale i tak w lot wszystko zrozumiałem.

-Popatrz. – wskazałem punkt na wyświetlaczu – Dają tylko ogień zaporowy i lecą pełną szybkością do niszczyciela. Przylecieli po coś.

I wreszcie zidentyfikowałem cos co nie dawało mi spokoju.

-Desann. – powiedzieliśmy równocześnie.

Do głowy przyszedł mi pewnie pomysł.

-Delveccio! – zawołałem i wtajemniczyłem go w szczegóły.

Gotal tylko skinął głową, zawołał Ketrę i razem pobiegli do „Pectora”

-Co im powiedziałeś? – zainteresował się Karrde.

-Zobaczysz. Powiedz swoim statkom, żeby trochę po przeszkadzali tej fregacie w dotarciu w pobliże niszczyciela. A na rozkaz, mają się jak najdalej odsunąć.

Karrde, choć zdziwiony, wydał szybko rozkazy. Jak zobaczył, objuczonych ciężkimi workami, wychodzących ze statku Ket i Gran’a, podniósł tylko brew.

-Zaufaj mi. – odpowiedziałem na jego nieme pytanie.

-Jak zawsze. – po czym dodał – Zresztą ja nic nie mówiłem.

-Chodź. Musimy pomóc Pio.

-Racja. – przeciągle gwizdnął i całe towarzystwo ruszyło do sekcji dziobowej.
Kiedy dojechaliśmy do poziomu na którym mieścił się magazyn ND-40, usłyszeliśmy głośne odgłosy toczącej się bitwy. Pędem ruszyliśmy przed siebie i wpadliśmy prosto w wir walki. Ludzie Karrde’a szybko poszukali schronienia i zorientowawszy się w sytuacji, otworzyli ogień. Żołnierze Brygady, wzięci w krzyżowy ogień, zaczęli padać jak muchy. Inaczej sprawa się miała z czterema Odrodzonymi. Ci, korzystając z mieczy parowali strzały i kierowali je z powrotem do nadawcy. Zobaczyłem jak przez taki rykoszet pada jeden z obrońców Pio i paru pomocników Talona. Jednak kiedy zabrakło żołnierzy, z magazynu wysypało się kilkunastu Jedi, którzy momentalnie rzucili się na Odrodzonych. Jednak nie interesowałem się ich (Odrodzonych) losem (przesądzonym), tylko skierowałem moją uwagę na przemykającą między filarami postać. Podbiegłem bliżej i jak tylko rozpoznałem sylwetkę, rzuciłem miecz. Desann miał doskonały refleks. Rzucił się na ziemię i przeturlał, unikając wirującego ostrza. Natychmiast przeszedł do ataku. W ostatniej chwili złapałem z powrotem broń i zablokowałem jego cios. Paradą odbiłem go do góry i zadałem szybkie proste cięcie. Desann odskoczył w bok i wyprowadził bezbłędne cięcie, które pozbawiło mnie miecza, a o mało co ręki. Chwycił mnie Mocą za gardło i zaczął powoli dusić, śmiejąc się przy tym paskudnie.

-I co, Jedi? I co teraz zrobi ta twoja Jasna Strona Mocy?

„Jeszcze zobaczysz co potrafię zrobić bez Mocy” pomyślałem. Jak przez mgłę usłyszałem nadbiegającego Pio, a po chwili także to, że lecę. Lot trwałby chwilę, gdyby nie to, że złapała mnie w swoje, dosyć twarde, objęcia, pobliska ściana. Poczułem jak moje plecy i głowa złączyły się w jedno z twardą durastalą i ktoś zgasił światło.
Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą zatroskanego Piotao. Usłyszałem ledwo dobiegające do mnie słowa.

-Nic ci nie jest?

-Gdzie Desann? – zapytałem szybko

-Uciekł mi ścierwo. Teraz jest już na swoim statku. Na pewno nic ci się nie stało?

-Na pewno. – czując przypływ sił wstałem, ale zatoczywszy się, zrezygnowałem z tego pomysłu. – Wszyscy bezpieczni?

-Mamy parę ofiar, ale raczej wszyscy są w porządku.

-Ok., powiedz Karrde’owi, żeby wydał rozkaz.

Reakcja na niego nie trwała długo. Odezwał się interkom.

-Zaraz mnie cholera trafi. – usłyszeliśmy głos Boostera – Karrde! Co ty sobie wyobrażasz?! Dlaczego oni się wycofują?!

-Terrik, wytrzymaj jeszcze chwilę bez zawału. – odpowiedziałem – Zaraz będziemy na mostku.

-No ja mam nadzieję. – burknął na pożegnanie.

-Nadzieja matką głupich – odburknąłem i zwróciłem się do Pio – Pomóż mi. Zaraz będą fajerwerki.


Z jednej strony podtrzymywany przez Pio, z drugiej przez Karrde’a dowlekłem się do mostka. Booster przywitał nas słowami, których lepiej nie powtarzać publicznie, po czym skrzyżował ręce na piersi i spytał.

-No i co teraz? Nie zapomnijcie, o potężni Jedi, o tej fregacie.

Zamiast odpowiedzieć, wyciągnąłem z kieszeni mały podłużny przedmiot z czerwonym guzikiem i dziesięcioma lampkami, palącymi się w tej chwili na czerwono.

-Zdalny aktywator? – zdziwił się Terik

Karrde, który już zrozumiał, roześmiał się głośno.

-Co cię tak bawi? – wybuchnął Booster – Przecież ta fregata zaraz zamieni nas w kupę nikomu nie potrzebnych szczątków, a on chce coś uruchamiać?! Czyżby pan Brix miał ukrytą superbroń?

W tym momęcie statek Desann’a wleciał do hangaru fregaty Yuuzhan.

-Może nie superbroń...ale gwarantuję że ci się spodoba.

Gran i Ketra, którzy właśnie pojawili się na mostku kiwnęli głowami.

Nacisnąłem przycisk. Po kolei czerwone światełka zmieniały kolor na żółty, po czym na zielony. Kiedy ostatnie zapaliło się zielenią, w hangarze Yuuzhan wykwitła eksplozja. Pierwsza rozsadziła hangar i wprawiła całą fregatę w ruch wirowy. Po drugiej, ze statku Vongów zostały tylko pływające tu i ówdzie, wspomnienia. Booster krzyknął ze zdumienia.

Wszystkim zdziwionym oznajmiłem.

-Mam coś jeszcze lepszego. Koordynaty pewnej planety...


Epilog


Owa planeta nazywała się Irrun i była całkowicie niezamieszkała. Leżała w układzie o nazwie L001KT2. Również niezamieszkanym. Jednak w tym momencie panował nad nią spory ruch. Na orbicie wisiały dwa republikańskie niszczyciele z odpowiednią osłoną myśliwców. Przed chwilą pękł na pół ostatni statek Vongów broniący tej, jakby się mogło wydawać, nic nie znaczącej planety. Jednakl te statki nie przyleciały tu aby zmniejszyć liczebność floty Yuuzhan.

-Gotowi do ostrzału planety. – usłyszałem w komunikatorze – Prosimy o koordynaty, pułkowniku Brix.

-Przesyłam.

-Miałeś świetny pomysł, Marty. – usłyszałem głos Ket.

-Za to wy dobrze go wykonaliście. – opowiedziałem – A szczególnie przydały się zabawki Delveccia.

-Które? – zaciekawiła się Ren - Te wybuchające czy odczytujące zakodowany rejestr pokładowy?

-Obie.

W tym momencie, na fragment Irruna posypały się jak burza gradowa, strzały z ciężkich turbolaserów. Któryś strzał musiał trafić w generator mocy, bo na powierzchni wykwitła potężna eksplozja, zjadająca wszystko na swojej drodze. A drogę miała długą...



-No to po Odrodzonych. – ucieszył się Delveccio.

Przytaknąłem.

-Odebraliśmy Vongom kolejną broń. Mam nadzieję że ta wojna nie potrwa już długo.

Pośród tej radości nikt z nas nie zobaczył małego statku, który wzbijał się z powierzchni po ciemniej stronie Irruna...

THE END





  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   13


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna