Terry Pratchett pomniejsze bóstwa



Pobieranie 1.58 Mb.
Strona1/20
Data04.05.2016
Rozmiar1.58 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20
Terry Pratchett

POMNIEJSZE BÓSTWA

Rozważmy żółwia i orla. Żółw jest stworzeniem żrącym na ziemi. Właściwie nie jest moż­liwe życie bliżej gruntu, jeśli nie przebywa się pod nim. Hory­zont żółwia sięga na kilka cali. Żółw porusza się z taką prędkością, ja­ka wystarcza do polowania na sałatę. Przeżył, gdy cała reszta ewolucji przemknęła obok, ponieważ - ogólnie rzecz biorąc - dla nikogo nie stanowił zagrożenia, a zjadanie go sprawiało zbyt wiele kłopotu.

A teraz weźmy orła. To istota, której światem jest powietrze i wy­sokie szczyty, której horyzont sięga aż po krańce ziemi. Orzeł ma wzrok tak ostry, że potrafi dostrzec maleńkie, piskliwe stworzonko przemykające o pół mili od niego. Czysta siła, czysta władza... Błyska­wiczna skrzydlata śmierć. Szpony i dziób takie, że przerobią na po­siłek cokolwiek mniejszego od orła, a zapewnią mu przynajmniej szybką przekąskę z czegokolwiek większego.

Mimo to orzeł potrafi godzinami siedzieć na urwisku i obser­wować królestwa tej ziemi, dopóki w dali nie zauważy ruchu. Wtedy skupia spojrzenie, skupia, skupia na maleńkiej skorupie koły­szącej się wśród suchych krzaków na pustyni. I zrywa się...

W chwilę później żółw odkrywa, że świat oddala się od niego. I widzi ten świat po raz pierwszy - już nie z wysokości jednego cala nad gruntem, ale z pięciuset stóp. I myśli: Jakimż wspaniałym przy­jacielem jest orzeł.

I wtedy orzeł go puszcza.

Prawie zawsze żółw spada i ginie. Wszyscy wiedzą, dlaczego tak się dzieje: grawitacja to nałóg, z którym trudno zerwać. Nikt nie wie, dlaczego orzeł to robi. Owszem, żółwiem można sobie dobrze podjeść, ale biorąc pod uwagę włożony w to wysiłek, praktycznie wszystkim innym można lepiej. Po prostu orły uwielbiają dręczyć żółwie.

Oczywiście, orły nie zdają sobie sprawy z faktu, że uczestniczą w bardzo prymitywnej formie doboru naturalnego.

Pewnego dnia żółw nauczy się latać.
***

Ta historia rozgrywa się w pustynnej krainie, w odcieniach pomarańczu i ochry. Kiedy się zaczyna i kończy, to kwe­stie bardziej problematyczne, ale przynajmniej jeden z jej początków miał miejsce powyżej linii wiecznych śniegów, o tysiące mil od pustyni, w górach wokół Osi1.

Jeden z często rozważanych problemów filozoficznych brzmi: Czy drzewo padające w lesie powoduje hałas, jeśli w pobliżu nie ma nikogo, kto by go usłyszał?

Problem ten wiele mówi o naturze filozofów, ponieważ w lesie zawsze ktoś jest. Może to być tylko borsuk, zastanawiający się, co to za trzask, albo wiewiórka, zdziwiona, że cała okolica nagle przesu­wa się w górę... Ale jest ktoś. W najgorszym przypadku, jeśli drzewo pada w głębi lasu, słyszą je miliony pomniejszych bóstw.

Rzeczy zdarzają się po prostu, jedna po drugiej. Nie przejmu­ją się, czy ktoś o nich wie. Ale historia... Nie, historia to coś innego. Historię należy obserwować. Inaczej nie jest historią, tylko... no... rzeczami zdarzającymi się jedna po drugiej.

I oczywiście należy ją kontrolować. W przeciwnym razie mo­głaby zmienić się w cokolwiek innego. Ponieważ historia, wbrew powszechnym przekonaniom, to rzeczywiście królowie, daty i bi­twy. A te rzeczy muszą się zdarzać w odpowiednim czasie. To trud­ne. W chaotycznym wszechświecie zbyt wiele spraw może się niewła­ściwie potoczyć. Koń generała aż nazbyt łatwo może zgubić podkowę w nieodpowiedniej chwili albo ktoś źle zrozumie rozkaz, albo goniec z ważną wieścią zostanie zatrzymany przez ludzi z kija­mi i problemem płynności finansowej. Są też dzikie opowieści, pa­sożytnicze naroślą na drzewie historii, które próbują nagiąć je w swoją stronę.

Dlatego historia ma swoich opiekunów.

Żyją... Cóż, z samej natury rzeczy żyją tam, gdzie zostaną po­słani, ale ich duchowym domem jest ukryta dolina w wysokich Ram-topach na świecie Dysku, gdzie przechowuje się książki historyczne.

Nie są to książki, w których przeszłe wydarzenia przypięte są do kartek jak motyle w gablocie. To książki, z których historia się wy­wodzi. Jest ich ponad dwadzieścia tysięcy; każda wysoka na dziesięć stóp, oprawna w ołów, zapisana literami tak małymi, że trzeba je czytać przez lupę.

Kiedy ludzie mówią, że coś „zostało zapisane", zostało zapisane tutaj.

Istnieje o wiele mniej metafor, niż się powszechnie sądzi.

Każdego miesiąca opat i dwóch starszych mnichów wyrusza do groty, gdzie znajdują się księgi. Kiedyś był to obowiązek wyłącznie opata, ale dwaj inni godni zaufania mnisi zostali dołączeni do gru­py po nieszczęśliwej historii pięćdziesiątego dziewiątego opata, któ­ry zarobił milion dolarów na drobnych zakładach, zanim przyłapa­li go inni zakonnicy.

Poza tym samotne wejście do groty nie jest bezpieczne. Przy­tłoczyć może choćby sama koncentracja Historii przeciekającej bez­głośnie do świata. Czas płynie. Zbyt wiele Czasu może człowieka utopić.

Czterysta dziewięćdziesiąty trzeci opat złożył pomarszczone dłonie i zwrócił się do Lu-Tze, jednego ze swych najstarszych mni­chów. Czyste powietrze i spokojne życie w ukrytej dolinie sprawia, że wszyscy mnisi są starsi. Poza tym, kiedy się pracuje z Czasem, tro­chę go wciera się w człowieka.

- Miejscem tym jest Omnia - rzeki opat. - Na klatchiańskim wybrzeżu.

- Pamiętam - odparł Lu-Tze. - Ten młody człowiek imieniem Ossory, zgadza się?

- Sprawy powinny być... uważnie obserwowane - przypomniał opat. - Istnieją naciski. Wolna wola, przeznaczenie... potęga symbo­li... punkt zwrotny... znasz to wszystko.

- Nie byłem w Omni już chyba, no, będzie jakieś siedemset lat - stwierdził Lu-Tze. - Sucha okolica. Pewnie w całym kraju nie zbie­rze się razem tona porządnej gleby.

- Ruszaj zatem.

- Wezmę swoje góry. Klimat będzie dla nich odpowiedni.

Lu-Tze zabrał także swoją miotłę i matę do spania. Mnisi histo­rii nie dbają o majątek. Przekonali się, że większość przedmiotów zużywa się już po stuleciu czy dwóch.

Podróż do Omni zajęła mu cztery lata. Po drodze musiał zo­baczyć kilka bitew i jedno skrytobójstwo - inaczej byłyby tylko przy­padkowymi zdarzeniami.


***

Był to Rok Hipotetycznego Węża albo dwusetny po Obja­wieniu Proroka Abbysa.

Co oznaczało, że zbliża się czas Ósmego Proroka. W Kościele Wielkiego Boga Oma można było polegać na pro­rokach: zjawiali się bardzo punktualnie. Dałoby się według nich re­gulować kalendarz, gdyby tylko ktoś miał kalendarz odpowiednio duży.

I jak zwykle w porze, kiedy oczekiwany jest nowy prorok, Kościół zdwoił wysiłki zmierzające ku świątobliwości. Było to całkiem podob­ne do krzątaniny, jaka następuje w biurach dowolnego wielkiego koncernu, kiedy spodziewani są audytorzy. Jednak tutaj często po­legało na wyszukiwaniu ludzi podejrzewanych o bycie nie dość świą­tobliwymi i zadawaniu im śmierci na wiele pomysłowych sposobów. Jest to uznawane za godny zaufania barometr stanu pobożności w większości popularnych religii. Pojawia się skłonność do deklara­cji, że następuje upadek obyczajów większy niż przy solidnym trzęsie­niu ziemi, że trzeba wyrwać herezję z korzeniami, a nawet z ręką,

nogą i okiem, że przyszedł czas, żeby oczyścić się moralnie. Krew jest zwykle uważana za środek niezwykle skuteczny do tego celu.
***

I stało się w owym czasie, że Wielki Bóg Om przemówił do Bruthy, którego wybrał: - Psst!

Brutha znieruchomiał w połowie zamachu motyką i rozejrzał się po świątynnym ogrodzie.

- Słucham? — powiedział.

Był piękny dzień mniejszej wiosny. Młynki modlitewne kręciły się wesoło na wietrze od gór. Pszczoły leniuchowały w kwiatach fa­soli, ale brzęczały głośno, by sprawiać wrażenie ciężko zapracowa­nych. Wysoko pod niebem krążył samotny orzeł.

Brutha wzruszył ramionami i wrócił do swoich melonów.

A Wielki Bóg Om znowu przemówił do Bruthy, którego wybrał:

- Psst!


Brutha zawahał się. Ktoś wyraźnie mówił coś do niego z pustki. Może to demon? Przewodnik nowicjuszy, brat Nhumrod, bardzo dokładnie omawiał temat demonów. Demonów i nieczystych myśli, gdyż jedno prowadziło do drugiego. Brutha był niepokojąco świadomy, że prawdopodobnie już dawno należy mu się demon.

Najlepszym wyjściem była stanowczość i recytacja Dziesięciu Fundamentalnych Aforyzmów.

I raz jeszcze Wielki Bóg Om przemówił do Bruthy, którego wybrał:

- Głuchy jesteś, chłopcze?

Motyka stuknęła o wyschniętą ziemię. Brutha odwrócił się gwał­townie. Widział pszczoły, orła, a na drugim końcu ogrodu starego brata Lu-Tze, sennie przerzucającego widłami stos nawozu. Młyn­ki modlitewne wirowały pocieszająco wzdłuż murów.

Wykonał ręką znak, którym prorok Ishkible odpędził złe moce.

- Ustąp mi z drogi, demonie - wymamrotał.

- Przecież stoję za tobą.

Brutha odwrócił się jeszcze raz, bardzo powoli. Ogród nadal był pusty.

Brutha rzucił się do ucieczki.

Wiele opowieści zaczyna się na długo przed swym począt­kiem, a historia Bruthy sięga tysiące lat przed jego naro­dziny.

Na świecie istnieją miliardy bóstw. Roją się gęsto jak ławica śle­dzi. Większość jest zbyt mała, by je zauważyć, i nigdy nikt ich nie czci, w każdym razie nikt większy od bakterii, które się nie modlą i nie mają wielkich wymagań w zakresie cudów.

To są właśnie pomniejsze bóstwa - duchy miejsc, gdzie krzyżu­ją się ścieżki mrówek, bogowie mikrolimatów pomiędzy korzeniami traw. I większość z nich taka już pozostaje.

Ponieważ brakuje im wiary.

Garstka jednak trafia w wyższe regiony. Powodem może być co­kolwiek. Pasterz szukający zbłąkanej owcy znajduje ją w krzakach i poświęca minutę czy dwie, żeby wznieść niewielki kamienny ołta­rzyk w ogólnej podzięce wszelkim duchom, jakie mogą przebywać w okolicy. Albo jakieś niezwykle ukształtowane drzewo zostanie sko­jarzone z lekiem na chorobę. Albo ktoś wyryje spiralę na samotnym głazie. Albowiem bogowie potrzebują wiary, a ludzie pragną bogów.

Często na tym się kończy. Ale czasami wydarzenia rozwijają się dalej. Dodawane są następne kamienie, układane kolejne głazy; w miejscu, gdzie kiedyś rosło drzewo, staje świątynia. Bóg wtedy na­biera mocy, wiara wyznawców niesie go w górę jak tysiąc ton paliwa rakietowego. Nieliczni sięgają aż do nieba.

A czasem nawet dalej.

Brat Nhumrod w odosobnieniu swej surowej celi walczył z nieczystymi myślami, kiedy usłyszał rozgorączkowany głos z sypialni nowicjuszy. Młody Brutha leżał plackiem przed posągiem Oma w Jego ma­nifestacji jako gromu, dygotał cały i mamrotał fragmenty modlitw. W tym chłopcu jest coś, co przyprawia o dreszcze, pomyślał Nhumrod. To sposób, w jaki patrzy, kiedy się do niego mówi. Cał­kiem jakby słuchał.

Podszedł bliżej i szturchnął nowicjusza końcem laski. — Wstawaj, chłopcze! Co właściwie robisz w sypialni w środku dnia, co?

Brutha zdołał jakoś odwrócić się, wciąż leżąc plackiem na pod­łodze, i chwycił kapłana za kostki.

- Głos! Głos! Mówił do mnie! - zajęczał. Nhumrod odetchnął. No tak... Znalazł się na znajomym tere­nie. Na głosach znał się doskonale. Słyszał je przez cały czas.

- Wstań, chłopcze - powiedział nieco łagodniejszym tonem.

Brutha podniósł się z podłogi.

Był - na co Nhumrod już wcześniej narzekał - trochę za duży do nowicjatu. Miał jakieś dziesięć lat za dużo. Dajcie mi chłopaka w wieku do siedmiu lat, mawiał zawsze brat Nhumrod.

Ale Brutha pewnie umrze jako nowicjusz. Kiedy ustalali zasady, nie przewidzieli kogoś takiego jak Brutha.

Szeroka, szczera, rumiana twarz skierowała się ku przewodni­kowi.

- Usiądź na swoim łóżku, Brutho — polecił Nhumrod.

Brutha natychmiast wykonał polecenie. Nie znał znaczenia sło­wa „nieposłuszeństwo". Było to jedno z bardzo wielu słów, których znaczenia nie znał.

Nhumrod usiadł obok niego.

- Słuchaj mnie uważnie, Brutho - rzekł. - Wiesz, co spotyka ludzi, którzy głoszą kłamstwa, prawda?

Brutha zaczerwienił się i kiwnął głową.

- Doskonale. A teraz opowiedz mi o tych głosach. Brutha zmiął w palcach brzeg szaty.

- To był raczej jeden głos, mistrzu - wyznał.

- ...raczej jeden głos - powtórzył Nhumrod. - A co ten głos mówił? Hm?

Brutha zawahał się. Właściwie, kiedy się zastanowić, to głos w ogóle niewiele powiedział. Po prostu mówił. Ale rozmowa z bra­tem Nhumrodem nigdy nie była łatwa. Miał on irytujący zwyczaj zerkania z ukosa na usta mówiącego i powtarzania ostatnich słów praktycznie w chwili, kiedy zostały wypowiedziane. I przez cały czas dotykał różnych rzeczy: ścian, mebli, ludzi... Jakby się bał, że cały wszechświat zniknie, jeśli nie będzie na niego uważał. A jego nerwo­we tiki były tak liczne, że musiały ustawiać się w kolejce. Brat Nhum­rod był całkiem normalny jak na kogoś, kto przeżył pięćdziesiąt lat w Cytadeli.

- No więc... - zaczął Brutha.

Brat Nhumrod uniósł szczupłą dłoń. Brutha widział błękitne żyłki pod jego skórą.

- Z pewnością wiesz, że istnieją dwa rodzaje głosów, które moż­na usłyszeć duchowo. - Brew przewodnika nowicjuszy zadrgała gwał­townie.

- Tak - zapewnił pokornie Brutha. - Brat Murduck nam mówił.

- ...nam mówił. Tak. Gdy czasem w swej nieskończonej mądro­ści uzna to za stosowne, Bóg sam przemawia do wybrańca, który zostaje potem wielkim prorokiem. Jestem pewien, że nie uważasz się za takiego. Hm?

- Nie, mistrzu.

- ...mistrzu. Ale są też inne. - W głosie brata Nhumroda poja­wiło się lekkie drżenie. — Mamiące, kuszące, przekonujące. Tak? Głosy, które tylko czekają, by nas zaskoczyć. Zgadza się?

Brutha odetchnął cicho. Wiedział już, na czym stoi.

Wszyscy nowicjusze znali tego rodzaju głosy. Tyle że zwykle mó­wiły one o rzeczach prostych, takich jak przyjemności nocnych ma­nipulacji albo ogólna potrzeba dziewcząt. Co dowodziło tylko, że wśród głosów są to prawdziwi nowicjusze. Brat Nhumrod słyszał gło­sy, które wobec tamtych były niczym pełne oratorium. Niektórzy co bardziej zuchwali nowicjusze często próbowali nakłonić brata Nhumroda do wykładu o głosach. Jego wykłady były naprawdę kształcące, twierdzili. Zwłaszcza wtedy, kiedy białe kropelki śliny po­jawiały mu się w kącikach ust.

Brutha słuchał.
***

Brat Nhumrod był przewodnikiem nowicjuszy, ale nie wszystkich - tylko tej grupy, do której należał Brutha. By­li też inni. Może ktoś w Cytadeli wiedział, ilu ich jest. Istniał gdzieś ktoś taki, czyim zadaniem było wiedzieć wszystko.

Cytadela zajmowała całe centrum miasta Kom, leżącego po­między pustyniami Klatchu a równinami i dżunglami Howondalandu. Rozciągała się na całe mile; jej świątynie, kościoły, szkoły, sypial­nie, ogrody i wieże wyrastały z siebie nawzajem i dookoła siebie w sposób, który przywodził na myśl milion termitów próbujących równocześnie budować swoje kopce.

Kiedy wschodziło sionce, jego odbicie we wrotach głównej świą­tyni płonęło niczym ogień. Wrota były z brązu i miały sto stóp wyso­kości. Na nich, złotymi literami osadzonymi w ołowiu, wypisano Przykazania. Do tej pory było ich sto dwanaście, a następny prorok bez wątpienia dopisze kolejne.

Odbity blask słońca świecił na dziesiątki tysięcy wytrwałych w wierze, którzy trudzili się niżej na większą chwałę Wielkiego Bo­ga Oma.

Najprawdopodobniej nikt naprawdę nie wiedział, ilu ich jest - niektóre zjawiska potrafią przejść w stan krytyczny. Oczywiście, był tylko jeden cenobiarcha, najwyższy iam. To pewne. I sześciu ar­cybiskupów. I trzydziestu niższych iamów. I setki biskupów, diako­nów, subdiakonów i kapłanów. Od nowicjuszy roiło się jak od szczu­rów w magazynie ziarna. A jeszcze rzemieślnicy, hodowcy byków, oprawcy, święte dziewice...

Nieważne, jakie kto miał zdolności. Na pewno było dla niego miejsce w Cytadeli.

A jeśli zdolności te polegały na zadawaniu nieodpowiednich pytań albo przegrywaniu słusznych wojen, tym miejscem mogły się okazać paleniska oczyszczenia albo lochy sprawiedliwości Kwizycji.

Miejsce dla każdego. I każdy na swoim miejscu.

Żar słońca lał się na ogródek świątyni. Wielki Bóg Om starał się pozostawać w cieniu pnącza me­lona. Prawdopodobnie był tu bezpieczny - wewnątrz mu­rów, z modlitewnymi wieżami dookoła... Ale ostrożności nigdy do­syć. Raz dopisało mu szczęście, ale oczekiwałby nazbyt wiele, gdyby liczył na nie po raz drugi.

Kiedy się jest bogiem, kłopot polega na tym, że nie ma się do kogo modlić.

Popełzł stanowczym krokiem w stronę starca przerzucającego na­wóz. Wreszcie, strudzony, uznał, że znalazł się w zasięgu jego słuchu. Przemówił zatem: -Hej, ty!

Nie było odpowiedzi. Nie pojawiła się nawet najlżejsza suge­stia, że cokolwiek zostało usłyszane.

Om stracił cierpliwość i zmienił Lu-Tze w nędznego robaka z najgłębszej otchłani piekła, po czym rozgniewał się jeszcze bar­dziej, bo starzec wciąż spokojnie machał łopatą.

- Demony nieskończoności napełnią twoje żywe kości siarką! -wrzasnął Om.

Nie nastąpiła żadna zmiana.

- Przygłuchy staruch - mruknął Wielki Bóg.
***

A może jednak był ktoś, kto wiedział o Cytadeli wszystko, co tylko możliwe. Zawsze istnieje ktoś taki, kto kolekcjo­nuje wiedzę, ale na tej samej zasadzie, jak sroka błyskotki, a chruściki - kawałki gałązek i kamyki. Zawsze też jest ktoś, kto ro­bi wszystko to, co zrobić trzeba, a czym inni woleliby się raczej nie zajmować ani nawet przyznawać, że istnieje.

Trzecią cechą, jaką ludzie dostrzegali u Vorbisa, był jego wzrost. Vorbis miał ponad sześć stóp, ale był chudy jak patyk, ni­czym ktoś o zwykłych proporcjach, wymodelowany z gliny, a potem rozwałkowany.

Drugą cechą, jaką ludzie dostrzegali u Vorbisa, były oczy. Jego przodkowie pochodzili z pewnego plemienia żyjącego w głębi pu­styni, u którego wyewoluowała dziwna skłonność do ciemnych oczu. Nie tylko o ciemnej tęczówce, ale o niemal czarnych całych gał­kach. Trudno było ocenić, w którą stronę patrzy — zupełnie jakby miał pod powiekami słoneczne okulary.

Ale pierwszym, co dostrzegali, była czaszka.

Diakon Vorbis był łysy świadomie. Większość sług Kościoła, gdy tylko przyjęła święcenia, zapuszczała długie włosy i brody, w których można by zgubić kozę. Ale Vorbis golił całą głowę. Aż błyszczał. A ta łysina zdawała się zwiększać jego władzę. Nie strofował. Nigdy nie groził. Po prostu wzbudzał wrażenie, że jego przestrzeń osobista sięga na kilka sążni od ciała, i że każdy, kto się do niego zbliża, prze­szkadza w czymś ważnym. Zwierzchnicy, starsi od niego o pięćdzie­siąt lat, czuli się winni, przerywając rozmyślania o tym, o czym Vorbis akurat rozmyślał.

Z drugiej strony prawie niemożliwe było odkrycie, o czym wła­ściwie myśli; nikt nigdy o to nie pytał. Najważniejszą tego przyczyną

był fakt, że Vorbis pełnił funkcję przywódcy Kwizycji, a jej zadanie polegało na robieniu tego wszystkiego, co zrobić trzeba, a czym in­ni woleliby się raczej nie zajmować.

Nie należy pytać takich ludzi, o czym myślą; mogliby odwrócić się powoli i odpowiedzieć: „O tobie".

Najwyższym stanowiskiem dostępnym w Kwizycji była funkcja diakona. Regułę tę ustanowiono setki lat temu, aby ta gałąź Kościo­ła nie wyrosła zanadto z butów2. Jednak z takim umysłem, twierdzi­li wszyscy, Vorbis z łatwością mógłby już zostać arcybiskupem, a na­wet iamem.

Vorbis nie dbał o takie drobiazgi. Znał swoje przeznaczenie. Przecież sam Bóg mu je zdradził.
***

- Otóż to - zakończył brat Nhumrod, klepiąc Bruthę po ramieniu. - Jestem pewien, że teraz lepiej wszystko zrozu­miesz. Brutha wyczuł, że powinien udzielić konkretnej odpowiedzi.

- Tak, mistrzu - zapewnił. -Jestem pewien, że tak.

- ...że tak. Twoim świętym obowiązkiem jest opierać się gło­som o każdym czasie - dodał brat Nhumrod, wciąż go klepiąc.

- Tak, mistrzu. Będę się opierał. Zwłaszcza jeśli mi powiedzą, żeby robić którąś z tych rzeczy, o których wspomniałeś.

- ...wspomniałeś. Dobrze. Bardzo dobrze. A gdybyś znów je usłyszał, co wtedy zrobisz? Hm?

- Przyjdę i powiem ci o nich - odparł posłusznie Brutha.

- ...o nich. Dobrze. Bardzo dobrze. To właśnie chciałem usły­szeć — rzeki Nhumrod. - Zawsze wam to powtarzam, chłopcy. Pa­miętajcie, jestem tutaj, żeby rozwiązywać te drobne problemy, któ­re mogą was nękać.

- Tak, mistrzu. Czy mam teraz wrócić do ogródka?

- ...do ogródka. Tak myślę. Tak myślę. I żadnych więcej gło­sów, słyszysz? - Nhumrod pogroził palcem dłoni nie klepiącej ra­mienia Bruthy. Zmarszczył policzek.

- Tak, mistrzu.

- A co robileś w ogrodzie?

- Okopywałem melony, mistrzu.

- Melony? Ach tak, melony - powtórzył wolno Nhumrod. -Melony. Melony. No cóż, to wiele wyjaśnia, naturalnie. Powieka zatrzepotała mu szaleńczo.


***

Nie tylko Wielki Bóg przemawiał do Vorbisa w mrokach jego umysłu. Każdy rozmawiał z ekskwizytorem, wcześniej czy później. To tylko kwestia wytrzymałości.

Ostatnio Vorbis nieczęsto schodzi! na dół, żeby oglądać inkwi­zytorów przy pracy. Ekskwizytorzy nie mają takiej potrzeby. Przesy­łają tylko instrukcje i odbierają raporty. Ale szczególne okoliczno­ści wymagały jego szczególnej uwagi.

Trzeba przyznać, że w lochach Kwizycji niewiele było powo­dów do śmiechu - w każdym razie dla kogoś obdarzonego normal­nym poczuciem humoru. Nie wisiały tu małe kartki z napisami w stylu: „Nie musisz był bezlitosnym sadystą, żeby tu pracować, ale to pomaga!".

Pewne zjawiska sugerowały jednak człowiekowi myślącemu, że Stwórca wszechświata posiada mocno skrzywione poczucie tego, co zabawne; mogły także wzbudzić w Jego sercu gniew zdolny wstrzą­snąć bramami niebios.

Kubki na przykład. Dwa razy dziennie inkwizytorzy przerywali pracę, by wypić kawę. Kubki, które przynieśli z domu, czekały usta­wione wokół czajnika przy głównym palenisku, gdzie przypadkiem podgrzewały się także noże i obcęgi.

Kubki miały różne napisy, na przykład „Pamiątka ze świętej gro­ty Ossory'ego" albo „Dla najlepszego tatusia na świecie". W więk­szości trochę wyszczerbione, żadne dwa nie były takie same.

I widokówki na ścianie. Tradycja nakazywała, by każdy inkwi­zytor przysyłał z urlopu prymitywnie kolorowany drzeworyt przed­stawiający najbliższą okolicę, z odpowiednio zabawnym czy frywolnym liścikiem na odwrocie. Przypięto tam również wzruszający list od inkwizytora pierwszej klasy, Ishmale'a „Popa" Quooma, który dziękował kolegom za to, że zebrali aż siedemdziesiąt osiem oboli na jego prezent pożegnalny, i za piękny bukiet kwiatów dla pani

Quoom; zapewniał też, że nigdy nie zapomni dni spędzonych w lo­chu numer 3 i że gdyby brakowało im ludzi, zawsze chętnie przyj­dzie i pomoże.

Wszystko to oznaczało jedno: trudno znaleźć taki wybryk naj­bardziej nawet obłąkanego psychopaty, żeby nie mógł go z łatwością naśladować człowiek normalny, spokojny ojciec rodziny, który co­dziennie przychodzi do pracy i wykonuje swoje obowiązki.

Vorbis lubił to wiedzieć. Człowiek, który to odkrył, dowiedział się już wszystkiego, co trzeba wiedzieć o ludziach.

W tej chwili Vorbis siedział obok ławy, na której leżało coś, co formalnie rzecz biorąc, nadal było drżącym ciałem brata Sasho, je­go byłego sekretarza.

Zerknął na dyżurnego inkwizytora, który skinął głową. Vorbis pochylił się nad zakutym w łańcuchy sekretarzem.

-Jak się nazywali? - powtórzył.

- ...nie wiem...

- Wiem, że przekazywałeś im kopie mojej korespondencji, Sa­sho. To zdradliwi heretycy, którzy całą wieczność spędzą w piekle. Czy chcesz do nich dołączyć?

- ...nie znam imion...

- Ufałem ci, Sasho. A ty mnie szpiegowałeś. Zdradziłeś Kościół.

- ...żadnych imion...

- Prawda ukoi ból, Sasho. Powiedz.

- ...prawda...

Vorbis westchnął. I wtedy zauważył, że palec Sasho zgina się i prostuje pod kajdanami. Wzywa go.

-Tak?

Pochylił się niżej nad ciałem.



Sasho otworzył jedyne pozostałe mu oko.

- ...prawda...

- Tak?

- ...Żółw Się Rusza...



Vorbis wyprostował się. Jego twarz nawet nie drgnęła. Rzadko zmieniał jej wyraz, chyba że tego chciał. Inkwizytor patrzył na nie­go ze zgrozą.

- Rozumiem - rzekł Vorbis. Wstał i skinął na dyżurnego. -Jak długo on tu jest?

- Dwa dni, panie.

- I możecie utrzymać go przy życiu przez...

- Może jeszcze dwa, panie.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   20


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna