W sytuacjach ekstremalnych



Pobieranie 20.63 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar20.63 Kb.
Agnieszka Romaszewska-Guzy

PRACA CZY PASJA? DZIENNIKARZE

W SYTUACJACH EKSTREMALNYCH


Co? Znowu się wybierasz na wojnę? Uważaj, żebyś nie wpadła w nałóg” - kwaśno skomentował moje plany zawodowe przyjaciel, też dziennikarz, korespondent na wschodzie. Mój przyjaciel relacjonował wojnę w Czeczenii i sam dobrze zna zarówno atrakcyjność, jak i zagrożenia, jakie pociąga za sobą ten rodzaj pracy. ,,Ależ skąd, to mi nie grozi" - obruszyłam się na taką uwagę, ale przyznam, że dała mi ona do myślenia.

Rzeczywiście, praca dziennikarza, a już w szczególności telewizyjnego - podczas wojen, zbroj­nych konfliktów, katastrof, w krajach, gdzie cywilizacja niekiedy jeszcze nie dotarła, albo z których już się wycofa­ła, warta jest szczególnej refleksji. Re­fleksji, na którą zazwyczaj brak czasu, a często i ochoty. W końcu my - korespondenci - jesteśmy od opisywania wydarzeń, a nie od filozoficznych dy­wagacji.

Relacjonując wielkie wydarzenia masowe (takie, jak ostatnia pielgrzymka papieska) trzeba dobrze orientować się w skomplikowanej logi­styce telewizyjnych wozów transmisyjnych, łączeń na żywo, wiązanych z wcześniej przygotowanymi materiała­mi, całej ogromnej telewizyjnej ma­szynerii, która zostaje do tego celu uruchomiona.

Każdy rodzaj „reporterki", traktowa­ny poważnie, stwarza ogromne wy­zwania i stawia przed dziennikarzem wiele trudności. Korespondent zagra­niczny opowiadający o wojnach i kon­fliktach, o biedzie, terrorze i niespra­wiedliwości, nie jest tu wyjątkiem.

Tak jak wszyscy jego koledzy, jest uwięziony wewnątrz telewizyjnej ku­chni. W polskich warunkach, jego pra­ca, jeżeli jest dobrze wykonana, w po­łowie składa się z logistyki. O której wyjechać, jeśli jeszcze trzeba wyko­nać ileś telefonów, a komórki nie dzia­łają? Ile czasu na powrót, jeśli drogi właściwie nie ma, ile zajmą zdjęcia, jak zdążyć z przygotowaniem tekstu, jeśli jeszcze chcemy nagrać wypo­wiedź kogoś, kto jest dostępny tylko o 16.30, a montaż rozpoczynamy o 17?

Jak nie zmarnować najlepszych zdjęć, kiedy nie ma już czasu na przejrzenie materiału i trzeba monto­wać „jak leci". Tu trzeba zaznaczyć, że reporter redakcji informacyjnych w Telewizji Polskiej to prawdziwy ,,robot wieloczynnościowy". W TYP prakty­cznie nie istnieje (w każdym razie w programach informacyjnych) funkcja producenta - czyli dziennikarza odpo­wiedzialnego za organizacyjną i logi­styczną stronę pracy i współpracują­cego z reporterem także w części merytorycznej. Nasze realia wyglądają tak, że w całkowicie obcym miejscu reporter sam sobie wszystko organi­zuje, sam się wszystkiego dowiaduje, sam wszędzie dzwoni, sam się umawia, sam znajduje kontakty, a wresz­cie pisze tekst i przygotowuje relację. To, że korespondencje nie odbiegają następnie zbyt drastycznie od euro­pejskich standardów (a na przykład w przypadku relacji z początków wojny w Kosowie nie odbiegały) naprawdę graniczy z cudem.

Taka praca to potężna, codzienna dawka adrenaliny. Bez tego wewnęt­rznego narkotyku „cud" by się nie zdarzył. Dodajmy do tego, że pracuje się często w trudnych warunkach by­towych (nocuje w przypadkowych miejscach, nie zawsze wiadomo, gdzie i co będzie można jeść i czy na pewno będzie woda, żeby się umyć). W tej sytuacji ewentualne niebezpie­czeństwo, na jakie naraża się dzienni­karz, czy często w większym stopniu jego ekipa zdjęciowa, o które tak chęt­nie pyta się w prasowych wywiadach, schodzi na dalszy plan. Jeśli dzienni­karz nie ma wariackiej skłonności do ryzyka (a są i tacy - ludzka ambicja to potężny motor) więcej adrenaliny pro­dukują najrozmaitsze trudności obiek­tywne niż niebezpieczeństwo, choć i tego w wielu sytuacjach nie wolno lek­ceważyć. To właśnie niebezpieczeń­stwo stwarza wokół całego przed­sięwzięcia aurę wyjątkowości.

Te wszystkie elementy decydują o tym, że choć niektórzy dziennikarze za żadne skarby świata nie pojechaliby w niebezpieczne okolice, dla in­nych staje się to niemal sposobem na życie. Naprawdę nie wolno zapomi­nać, że adrenalina to wewnętrzny nar­kotyk, bez którego niektórym ludziom życie wydaje się szare.

Kolejną przynętą, która powoduje, że praca korespondenta telewizyjnego na wojnie czy w zapomnianych przez Boga zakątkach świata, może stać się ulubionym hobby, jest po­czucie koleżeństwa, wspólnoty, jakie daje funkcjonowanie w trudnych wa­runkach w dobrze zgranej grupie. To wtajemniczenie dostępne jest oczy­wiście tylko tym, którzy lubią i umieją współpracować z innymi ludźmi. Re­porter telewizyjny pokazuje to, o czym opowiada, jest więc całkowicie uzależniony od swojej ekipy, od tego, jak pracują wszyscy jej członkowie zależy ostateczny wynik pracy. Tylko sensowne decyzje szefa takiego przedsięwzięcia, czyli reportera - w połączeniu z talentem, bystrością i szybką orientacją operatora - dają naprawdę dobre efekty. Dobra współpraca z ekipą to połowa sukcesu. Druga połowa składa się z pracowitości samego reportera, jego wie­dzy, umiejętności nawiązywania kon­taktów i siły przebicia. O telewizji mó­wi się nie bez racji, że to miejsce przepojone rywalizacją, zawiścią i innymi złymi uczuciami, które jak szczury śmigają po telewizyjnych korytarzach. To prawda, ale jeśli jest ja­sny wspólny cel, który realizuje się z dużym poświęceniem, to może to być także miejsce wspaniałej współpracy. Tak właśnie bywa „na woj­nie". Wreszcie współpraca zamiast rywalizacji.

l jeszcze przynęta ostatnia, dla wielu chyba najbardziej atrakcyjna -potężna i smakowita: ,,mołojecka sława". Dotrzeć tam, gdzie nie było nikogo innego, pokazać, że ja tam byłem. Bardzo to niebezpieczne i tak po prostu - dla zdrowia i życia, i tak bardziej ulotnie - dla sensowności przekazywanej opowieści, której głó­wnym bohaterem niekoniecznie po­winien być sam dziennikarz. Z tym, że pragnienie sławy, przerost ambicji to nie są problemy, które dotyczą wyłącznie korespondentów z trudnych rejonów świata. To raczej choroba całej telewizji i to nie tylko polskiej. O korespondentach można tu powie­dzieć tyle, że na swoją „mołojecką sławę" muszą się przynajmniej bar­dzo ciężko napracować.

Jak każdy medal, także i ten ma je­dnak odwrotną stronę. Wszystkie przynęty korespondenckiej pracy mogą się więc zamienić w zagroże­nia. Gdy zbyt wiele jest emocji zwią­zanych z samą organizacją pracy, zbyt wiele trudności i zbyt wiele am­bicji, niezmiernie łatwo jest zapom­nieć o meritum. Zapytajcie dowolne­go dziennikarza wracającego z takiej pracy o jego wrażenia. Jeśli opo­wieść pół na pół, będzie dotyczyła je­go przygód i kraju, w którym był - to znakomicie. Znaczy, że facet jest na­prawdę dobrym dziennikarzem i przytomnym człowiekiem. Bardzo często jednak o wiele więcej powie wam o tym, jak jechał, gdzie go za­trzymywali, jacy tam byli inni dzienni­karze, z kim pił i jakich to dokonywał cudów i wysiłków, żeby zdobyć i przesłać materiał, l właściwie trudno się mu dziwić. Człowiek pamięta o tym, co go najbardziej pochłania. Więc jeśli sama techniczna strona je­go pracy jest tak bardzo trudna (a jest), to niewiele miejsca zostaje w jego głowie i sercu na problemy miejsca, w którym przebywał. Wystarczy, że powiedział o nich w materiale.

Pewien cynizm i zblazowanie to choroba zawodowa ludzi, którzy wi­dzieli zbyt dużo i zbyt powierzcho­wnie. Polscy korespondenci nie są tu wyjątkiem, l - co gorsza - są pewne cechy tej pracy, których się nie prze­skoczy. Nie jestem (tak mi się przy­najmniej wydaje) człowiekiem twar­dego serca, ale pamiętam, jak pa­trząc na siedzących w błocie, jak kupki nieszczęścia uchodźców prze­transportowanych do kolejnego obo­zu w Albanii, zastanawiałam się tyl­ko, czy operator, który już pobiegł dalej, zrobił zbliżenie tych ubłoco­nych nóg i czy zauważył usmarkane, płaczące dziecko. Myślałam o tym, że kończy się światło i o tym, czy zdążę jeszcze złapać na chwilę tego malowniczego staruszka, czy też na­si NATO-wscy opiekunowie popędzą nas w drogę powrotną, no i gdzie zdołamy coś zjeść, bo od rana nie mieliśmy nic w ustach...

Niekiedy jednak cynizm bywa mo­dą i szpanem. To już dużo gorzej. To trochę taki styl bycia, jaki znamy z uczniowskich opowieści: „Co ja? Li­czyłem się? Skąd! Całą noc przebaIowałem. Sam nie wiem, jak mi się udało tak przyzwoicie zdać ten egzamin..." Dziecinada i głupota. A prze­cież w tym wszystkim bardzo ważne jest, by zachować normalną ludzką wrażliwość i ludzkie odruchy. Bardzo wiele szacunku wzbudził we mnie operator, który opowiadał mi o kosz­marnej sytuacji uchodźców. Facet przez kilka tygodni oglądał i filmował dantejskie sceny nędzy, rozpaczy i poniżania ludzi, którzy ,,przez ucho igielne" usiłowali przedostać się do bezpiecznej Macedonii, l wciąż po tych tygodniach naprawdę przejmo­wał się tym, co widział.

Wiele stacji telewizyjnych na świe­cie (choćby wzorcowe BBC) korzysta z umiejętności i pracy swoich repor­terów, by pokazać także pogłębiony obraz wydarzeń i sytuacji zapełniają­cych newsy. Wiadomo, że ludzi naj­bardziej interesują inni ludzie i ich ży­cie z bliska. Poprzez telewizję można tak naprawdę poznać sąsiadów z globalnej wioski. O tragedii można poinformować nawet w 50 sekund. Ale nie sposób o niej w tym czasie o-powiedzieć. Jedną z największych moich satysfakcji zawodowych było to, że gdy został wyemitowany mój reportaż o dramacie Gruzji i Abchaz­ji, zadzwonili do mnie znajomi Białorusini prosząc, żeby zrobić podobny reportaż o Białorusi - taki przyjazny i o zwykłych ludziach... Nie o wielkiej polityce, ale o tym, co polityka zrobi­ła ludziom i o tym, że ci ludzie są przecież bardzo podobni do Polaków - bowiem też są ludźmi.

- Wiesz, tak naprawdę to marzę o tym, żeby móc z tego, co widziałem robić reportaże - powiedział mi osta­tnio kolega, jeden z najlepszych „wojennych korespondentów" TYP.

- Czasem je robię, ale to zawsze jest takie trochę na boku, nadprogramo­we... Zresztą, czy komukolwiek na tym zależy?... - No tak, na przykład mnie - szybko wtrąciłam swoje trzy grosze. - Wierzę, że tobie też zależy, ale to, niestety za mało...

Gdy piszę o pułapkach i zagroże­niach zawodu korespondenta sytua­cji ekstremalnych, powinnam na ko­niec dodać jeszcze jedno. Rzeczywi­stym antidotum na te pułapki i zagro­żenia jest ludzka uczciwość i rzetelny profesjonalizm dziennikarza. Nigdy nie jest się tak po prostu niewolni­kiem sytuacji. Jednak im większa wiedza o problemie, im większa moż­liwość wgłębienia się w to, o czym się opowiada, im lepsza organizacja pracy, tym mniejszy cynizm, samochwalstwo i „tumiwisizm". Po prostu zagrożeń robi się mniej. Bo choć nie powinniśmy być niewolnikami tele­wizji, jesteśmy jej bardzo zapracowa­nymi sługami i zrobić możemy tylko tyle, na ile pozwoli nam czas i narzę­dzia. Narzędzia też kształtują nasze podejście do rzeczywistości: inaczej patrzy na swoje pole ktoś, kto obra­bia je kombajnem, a inaczej ten, któ­ry brodzi w wodzie po ryżowym polu. Ten drugi może nawet od tej pracy dostać na całe życie reumatyzmu.

Warto więc pomarzyć o czasach, kiedy to tylko od nas, dziennikarzy, bę­dzie zależeć, jak spiszemy się w na­szym zawodzie jako profesjonaliści i ja­ko ludzie. O czasach, kiedy naprawdę będzie warto dowiedzieć się jak naj­więcej, wiele z tego będzie można w ciekawej i atrakcyjnej formie opowie­dzieć widzom. Na razie jest jednak ra­czej tak:

- Cześć XXX, (wstawić odpowiednie imię) napisaliśmy już startówkę, zaraz ci przeczytam, tylko powiedz jeszcze:

ile te znalezione trupy będą miały?

- Słuchaj, wydawca mówi, że nie ma miejsca na dwie i pół minuty, po­staraj się zmieścić w minutę czter­dzieści.... Dzisiaj mamy Sejm, dwa strajki i upadek rządu, no i wiesz, bę­dą jeszcze jakieś ,,michałki", coś ta­kiego dla ludzi...

- Ja wiem, rozumiem, spróbuję utargować ze dwadzieścia sekund.

c.d.n. (Opisywana sytuacja jest fik­cyjna, aczkolwiek podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest ce­lowe i zamierzone).

Tak czy inaczej, telewizyjne życie toczy się dalej, a ja drodzy koledzy, z przyjemnością opowiem wam po po­wrocie, przy kawie, o wszystkich przygodach, jakich doświadczyłam jadąc przez pół Europy, żeby zrelacjonować co nasi, polscy, NATO-wscy chłopcy będą robili w Kosowie. Ży­czcie mi powodzenia. •

[Forum dziennikarzy nr 6, 1999]








©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna