Władysław Dowbor



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona2/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Studia

W końcu 1963 r. pojechałem do Izraela. Samolotem portugalskich linii lotniczych, które oferowały zniżkę dla dziennikarzy, doleciałem z 230 dolarami w kieszeni do Lizbony, stamtąd dotarłem autostopem do Neapolu, skąd pływał do Hajfy statek. Był pełen Żydów, którzy jechali do swojej nowej ojczyzny; nocami rozbrzmiewały hebrajskie śpiewy. Po dwóch dodatkowych dniach podróży autostopem byłem z Pauliną w Ejlacie nad zatoką Akaba. Życie to nie powieść. Szukaliśmy się po omacku jak dwoje ślepców, bo oboje dojrzeliśmy - rok w życiu młodego człowieka to wieczność, toteż byliśmy dwiema nowymi osobami, które musiały odbudować swoje wzajemne stosunki. W ciągu roku naszej separacji otwierano moje wszystkie listy do Pauliny, a ojciec kazał zabrać jej paszport, aby nie mogła wyjechać z kraju. Ona nie mogła wyjechać, a ja nie mogłem zostać, ponieważ byłem nieżydowskim turystą z trzymiesięczną wizą wjazdową. Uczyliśmy się twardych realiów; społeczeństwo jest zorganizowane wokół dokumentów, a nie osób. Co to zaś za organizacja społeczeństwa, której podmiotem nie jest człowiek?

Dzięki pomocy przyjaciół z podziemnej siatki solidarności, jaka wówczas istniała, pojechaliśmy do pracy na plantacji nad Morzem Martwym, w Neot-Hakikar. Pracowaliśmy ze znakomitymi agronomami; nauczyłem się uprawiać pomidory, daktyle i inne warzywa i owoce, stosować nawadnianie kroplowe oraz inne raczkujące wówczas technologie. W straszliwym upale, który panował w tym regionie, położonym prawie 400 metrów poniżej poziomu morza, nie pytano o dokumenty i dobrze płacono.

Tam w 1964 r. usłyszeliśmy przez radio, że w Brazylii nastąpił zamach stanu. Ta wiadomość spotęgowała nasze oburzenie i wolę zmian. Podwyżka płacy minimalnej i przydzielenie robotnikom rolnym ziemi, na której mogliby pracować - oto dwie oczywiste i bardzo mało wywrotowe propozycje, które wystarczyły, aby brazylijska klasa panująca dokonała zamachu stanu. Pomost łączący gospodarkę i politykę stał się dla mnie jasny: jeśli godzicie się z nędzą większości i tym samym pokazujecie, że jesteście posłusznym narodem, nie ma problemu z utrzymaniem demokracji. Jeśli jednak powstaje groźba, że użyjecie demokracji do redystrybucji dochodu, sięgamy po dyktaturę. Innymi słowy, aby mieć dostęp do dochodu, lud potrzebuje demokracji, ale aby mieć prawo do demokracji, nie może postulować redystrybucji dochodu. Tak rodzi się ów potwór, w którym dziś żyjemy: jest to system demokratyczny, w którym z życia społeczno-gospodarczego wyklucza się ogromne rzesze ludzi.

Izraelczycy rozmawiali z nami o tragedii, jaką było ustanowienie w Ameryce Łacińskiej jeszcze jednej dyktatury, po czym wracaliśmy do pracy przy zbiorach pomidorów. Poza mną i Pauliną, ludźmi zagubionymi na tym świecie, byli też inni zagubieni – arabscy Beduini, których zatrudniano przy zbiorach, ale którzy nie uczestniczyli w życiu politycznym i społecznym. Izraelczycy współczuli nam z powodu dyktatury w Brazylii. U siebie nie widzieli jednak problemów. Źle dzieje się zawsze u innych, a nie u nas.

Nauczyłem się hebrajskiego i emocjonowało mnie przeżywanie Biblii, gdy chodziłem po pustyni śladem skorpiona czy piłem zimną wodę z Engeddi, a jednocześnie w moich uszach rozbrzmiewały słowa oblubienicy z Pieśni nad Pieśniami: „Mój miły jest mi woreczkiem mirry wśród piersi mych położonym. Gronem henny jest mi umiłowany mój w winnicach Engeddi”2. W biblijnej Berszewie na skraju pustyni Negew chodziliśmy do nędznego baru, który zawsze udzielał schronienia kilku zagubionym osobnikom i czterem pozostałym w okolicy prostytutkom. Nazwa baru była wymowna: The Last Chance.

Nie skarżyliśmy się. Życie wewnątrz systemu i gonitwa za pieniędzmi mogą być interesujące. Życie poza systemem też może być interesujące, a nawet romantyczne. Czy jeszcze bardziej interesujące nie byłoby połączenie jednego z drugim? Czy ma sens konieczność wyboru między jednym a drugim? Trzeba było kilku dziesięcioleci, abym zrozumiał, że nie chodzi o młodzieńcze chimery - połączenie wymogów gospodarki z potrzebami człowieka powinno być zasadniczym wyzwaniem świata, który budujemy. Jeśli efektywność gospodarcza nie służy tworzeniu świata, który zabezpieczałby nasze życie codzienne, to jest ona głupotą. Rodzi kompetentnych, bogatych, samotnych i sfrustrowanych technokratów.

Zawsze lubiłem języki. W domu nauczyłem się polskiego, potem francuskiego. Gdy przenieśliśmy się do Brazylii, przyszła oczywiście kolej na portugalski. W szkole nauczyłem się angielskiego, bo mi się podobał, a później hiszpańskiego, włoskiego i rosyjskiego. Biblijny hebrajski przyswoiłem sobie z powodów absurdalnych. Usiłowaliśmy pobrać się z Pauliną - nie dlatego, że przywiązywaliśmy duże znaczenie do samego ślubu, ale dlatego, aby miała ona prawo do paszportu brazylijskiego (ja miałem już obywatelstwo brazylijskie) i mogła wyjechać. Aby zapobiec niepożądanym mieszankom, Izrael nie zezwala na inne śluby niż religijne - nawet na śluby ludzi wyznających różne religie. W rezultacie ona zaczęła pobierać lekcje katechizmu, a ja - chodzić do rabina w szkole religijnej. Wyobrażaliśmy sobie naiwnie, że weźmiemy ślub żydowski lub katolicki w zależności od tego, którą religię „zaliczymy” jako pierwszą. Braliśmy również pod uwagę możliwość przejścia na islam, ale nie mieliśmy odpowiednich kontaktów.

Jednocześnie nachodziliśmy konsulaty i ambasady, starając się znaleźć kogoś, kto zgodziłby się wbić Paulinie wizę do tymczasowego dokumentu, który uzyskała. W końcu pewna wspaniała pani konsul z Danii, wzruszona położeniem Pauliny, która czuła się w Izraelu jak ptak w klatce, przyznała jej trzymiesięczną wizę na nietypowych warunkach. Dzięki temu uzyskaliśmy wizy do Włoch. Paulina nienawidziła Izraela z powodu permanentnej kontroli, jakiej tam podlegała, i rozpaczliwie chciała wyjechać, czuć się wolnym człowiekiem, panią swojego losu. Zmieniając taksówki jak w najlepszych filmach sensacyjnych, tyle że uciekając przed czymś tak prozaicznym, jak kontrola rodzinna, wsiedliśmy w Hajfie na statek.

To wszystko ma niewątpliwie pewien wymiar powieściowy. Patrząc z pewnego dystansu widać jak na dłoni, jak łatwo można człowieka pozbawić przysługujących mu praw tylko dlatego, że nie ma odpowiednich dokumentów, a także jak łatwo prześladowani mogą stać się nieubłaganymi prześladowcami, jak ofiary rasizmu same mogą praktykować rasizm. Widząc, jak Żydzi europejscy dyskryminują w Izraelu tak samo białych jak oni, ale nazywanych „czarnymi” Żydów pochodzenia afrykańskiego lub jak zaszczepiają swoim dzieciom rasistowskie poglądy odnośnie Arabów, zaczynałem stopniowo rozumieć, jak potężne są czynniki emocjonalne i irracjonalne. Prawa niezorganizowane nie materializują się, nie istnieją, jeśli nawet są to prawa zasadnicze.

W sześć miesięcy później rodzina Pauliny dała za wygraną i przysłała jej paszport, dzięki czemu odzyskała wolność, mogła podróżować, przekraczać granice. Zamieszkaliśmy w Lozannie. Znad Morza Martwego przenieśliśmy się nad Jezioro Lemańskie; były tam wdzięczne łabędzie oraz uniwersytet, na który przyjmowano studentów tak naturalnie, jakby to było ich prawo nabyte - o miejsce na studiach nie trzeba było staczać krwawych bojów. Znana w świecie ekonomicznym Szkoła Lozańska kształciła bankierów zgodnie z najlepszą tradycją Walrasa i Pareta3. Była to dobra szkoła neoklasyczna z wieloma zajęciami z historii, prawa, matematyki, teorii. Nie wiem, co bardziej wzbogaca: kultura, którą człowiek przyswaja sobie w nowym kraju, czy studia. W każdym razie uważam obecnie, że poznanie rozmaitych krajów ma absolutnie zasadnicze znaczenie - dlatego również, że dostarcza konkretnych przeżyć, na których podstawie można rozwijać studia teoretyczne. Przeżycia te są zaś zróżnicowane, zależą od kultur, tradycji. Niewątpliwie, skłonność do stosowania uproszczonych schematów w dziedzinie teorii ekonomicznej jest w dużej mierze związana z niedostateczną znajomością różnorodności życia społecznego. Próba zrozumienia gospodarki bez zrozumienia społeczeństwa nie przynosi dobrych efektów.

Nauczyłem się ogólnego schematu i uzyskałem dyplom w dziedzinie ekonomii politycznej. Zaczynałem rozumieć wiele rzeczy, a im więcej rozumiałem, tym bardziej byłem zirytowany. To proste. W takim np. Traktacie Wersalskim podzielono po pierwszej wojnie światowej Bliski Wschód na narody zdolne politycznie do samodzielnego bytowania i narody wymagające kurateli Anglii i innych mocarstw. Znane wówczas złoża ropy naftowej znajdowały się akurat w tych krajach, które miały podlegać kurateli. Taki zinstytucjonalizowany cynizm prezentowany jest zawsze w otoczce wyszukanych argumentów naukowych i rozległych uzasadnień humanistycznych. Pewna przeczytana przeze mnie historia Watykanu rozwiała wszelkie moje złudzenia co do czyjejkolwiek świętości. Machinę wojenną Hitlera wspierały usilnie takie przedsiębiorstwa, jak General Motors, a wiele banków szwajcarskich, francuskich i innych przywłaszczało sobie mienie zgładzonych. Ten cynizm nie należy do przeszłości. Trzeba było czekać aż do 1999 r., aby banki szwajcarskie poczuły się zmuszone wypłacić osobom ograbionym odszkodowania, i do 2000 r., aby Kasa Depozytów i Konsygnacji we Francji zaczęła zwracać zagrabione mienie - również pod presją oskarżeń publicznych. W latach dziewięćdziesiątych General Motors dyskretnie otrzymała odszkodowanie w wysokości setek milionów dolarów, ponieważ jej fabryka w Niemczech została podczas wojny zbombardowana przez aliantów. W tej fabryce produkowano silniki do niemieckich pojazdów wojskowych! Just business...

Nie ma nic lepszego niż znajomość rzeczy. Historia to potężne narzędzie, które pozwala postrzegać teorię ekonomiczną w realnych wymiarach - oddzielać argumenty teoretyczne od retoryki racjonalizującej, która stara się jedynie uzasadniać interesy silniejszych.

Równolegle torowałem sobie drogę w sferze edukacji. Miałem okazję spotkać Jeana Piageta - z pewnością jednego z gigantów w dziedzinie teorii poznania. Na swoje ostatnie wykłady sędziwy już Piaget zaprosił m.in. matematyków, biologów i ekonomistów, aby przedyskutować metodologię naukową. Byłem jednym z zaproszonych szczęśliwców, po częśći dzięki Paulinie, która studiowała u niego w Genewie. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie paralela między postępowaniem Marksa w jednej dziedzinie i Piageta w innej. Zamiast mierzyć inteligencję ilościowych za pomocą testów ilościowych na wzór amerykańskiego QI, Piaget skupiał się na ewolucji inteligencji. Zamiast uważać ją za zgromadzony zasób, rozumiał, że wynika ona z dialektycznego procesu interakcji zachodzącej między człowiekiem a otaczającym go światem. Zamiast pojmować ewolucję jako proces jednoliniowy wykazywał, jak nagromadzenia miejscowe prowadzą do zmian jakościowych, do skokowych, określających poszczególne fazy, postępów w rozwoju inteligencji. To było fascynujące, ponieważ Piaget budował pomosty między rozmaitymi dziedzinami nauki. Chwila była dla mnie doniosła, bo moje studia w dziedzinie ekonomii splatały się z szerszym światem nauki. Zrozumiałem wówczas wagę metody i to, że ekonomia jest ważna, ale nie wystarczająca.

Czytałem Marksa, nowe książki, które wychodziły u Maspero i podobnie jak wielu innych ludzi nie posiadałem się z oburzenia z powodu wojny w Wietnamie. Nie dlatego, że wojna ta była okrutniejsza od innych - oburzenie potęgowała gigantyczna dawka bezczelnej hipokryzji. Skala kłamstw była taka, że zniweczyła wiarygodność Stanów Zjednoczonych i sympatyczną fasadę przedsiębiorstw wielonarodowych; przestałem nawet dostrzegać ich ewentualne dodatnie strony. Amerykanie mieli swojego demona - Moskwę, a my swojego - Amerykanów. Tak staliśmy się do pewnego stopnia komunistami - nie dlatego, że chcieliśmy nimi być ani nawet nie dlatego, że mieliśmy wyidealizowany obraz tego, co działo się w krajach, w których rządzili komuniści. Po prostu tych, którzy nie byli po jednej stronie, polaryzacja ideologiczna spychała na drugą stronę. Jeśli Amerykanie tak kłamali - a w przypadku Wietnamu było to oczywiste - to ile mogło być prawdy w oskarżeniach, jakie wysuwali pod adresem komunizmu? Wystarczyło poznać nieco historię, aby dowiedzieć się o poparciu, jakiego rządy amerykańskie zawsze udzielały krwawym dyktaturom Batisty, Somozów, Papy Doca, Mobutu, Suharto, Pahlawiego i tylu innych. Mowa jest o milionach zabitych, miliardach dolarów stanowiących fortuny dyktatorów, gigantycznej grabieży bogactw narodowych w przymierzu z przedsiębiorstwami wielonarodowymi oraz machiną państwową Stanów Zjednoczonych i innych krajów bogatych. Doprawdy, stroić się w obliczu tych realiów w piórka obrońców praw człowieka...

Uważam, że etyczny wymiar sprawy zawsze był niedoceniany. Duża część tej młodzieży, która buntowała się w Europie, podobnie jak na innych kontynentach, wraz ze stertą elektrycznych sprzętów gospodarstwa domowego otrzymała od swoich rodziców spadek moralny na żenująco niskim poziomie. Rodzice uważali, że się poświęcili i że ich dzieci skarżą się z pełnymi żołądkami, a najszlachetniejsza część tej młodzieży chciała czegoś innego. Lecz zgodnie z uproszczeniami, które dominowały w XX wieku, ten, kto buntował się na Wschodzie, był lokajem kapitalizmu, a ten, kto buntował się na Zachodzie, był agentem Moskwy. Polityka sprowadzała się do wyboru między jednym a drugim rodzajem bandytyzmu politycznego. Odpowiadające temu uproszczonemu obrazowi świata teorie ekonomiczne - planowanie z jednej strony, liberalizm z drugiej – były jak niedokładnie położony lakier. Wyzierało spod nich prawdziwe oblicze systemów – liberalizm szybko przekształcił się w scentralizowaną władzę wielkich przedsiębiorstw wielonarodowych, a realny socjalizm symetrycznie odtwarzał centralizację władzy za pośrednictwem państwa.

Byłem w Paryżu, gdy w maju 1968 r. stanęła Francja. Ogromne wrażenie robił widok ludu na ulicach, społeczności osiedlowych, które organizowały się, aby bezpośrednio zarządzać swoimi sprawami. Trudno oddać abstrakcyjne, ale potężne, niemal namacalne wówczas uczucie, jakie wywoływał widok pomagających sobie wzajemnie ludzi i nastrój wolności zmieszanej z solidarnością. Uczucie to ogarnęło całą kulę ziemską, od Paryża po Woodstock, a nawet spowodowało wyłomy w ówczesnej dyktaturze w Brazylii. Wyglądało to tak, jakbyśmy odkryli, że mamy prawo do pragnień i dążeń wykraczających poza zorganizowaną i zdyscyplinowaną pogoń za kilkuprocentowym przyrostem PKB.

Spektakle teatralne wystawiano bezpośrednio na ulicach. Rozmawiało się o wszystkim i o niczym z nieznajomymi. Na wierzch wypłynęły pokłady długo tłumionych uczuć braterstwa i ujawniły się rozmiary frustrującego pustkowia, jakim było życie obracające się bardziej wokół pieniędzy niż... właśnie wokół życia.

De Gaulle, przerażony tą zmianą nastrojów, która udzielała się nawet policji i wojsku, poleciał do Strasburga, aby rozmawiać o ewentualnym poparciu armii niemieckiej. Gdy trzeba było wybierać między ojczyzną a obroną własności, nie było żadnych wątpliwości; nagle okazało się, że armii tych dwóch krajów nic nie dzieli.

Manifestacje przetoczyły się przez całą kulę ziemską, ujawniając moralny upadek systemu. Niespodziewanie okazało się, że ma on również słabe strony.

Mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie jest zło, ale nie wiedzieliśmy, gdzie jest dobro. Na zasadzie naturalnej polaryzacji poparliśmy komunizm, ale stało się tak dlatego, że z każdego, kto miał nastawienie antyamerykańskie, automatycznie czyniono komunistę. Dlatego Kuba była tym ogromnie pociągającym i przejrzystym doświadczeniem - w polityce ktoś kierował się wreszcie etyką i miał jasno określony cel społeczny. Wbrew temu, co tak usilnie głosiły brazylijskie organy bezpieczeństwa, nie chodziło o to, że ulegliśmy propagandzie komunistycznej. Kuba reprezentowała jedyną przyzwoitą opcję, jaką można było poprzeć w obliczu niesprawiedliwości, korupcji i bandytyzmu politycznego reżimów południowoamerykańskich. Niesprawiedliwości, korupcji i bandytyzmu politycznego, które w dużej mierze panoszą się zresztą do dziś.

Podobnie jak wiele innych prób przeobrażeń społecznych w XX wieku, Kuba padła ofiarą zimnej wojny - Amerykanie świadomie zmusili ją do przejścia na pozycje ekstremistyczne, czego wcale nie pragnęła, a ponieważ chciała za wszelką cenę przetrwać, łatwo było ją zepchnąć na orbitę interesów radzieckich. Nie było miejsca dla drogi pośredniej - świat musiał być albo USA, albo ZSRR. Jeśli Kuba nie chciała być proamerykańska, musiała być proradziecka. Gdy stała się proradziecka, ogłoszono, że jest śmiertelnym wrogiem. Stosunkowo mała, izolowana od świata wyspa, stwardniała politycznie na skutek agresji, której padała ofiarą, Zduszona przez blokadę, miała nie przeżyć. To interesujący proces: najpierw robi się wszystko, aby jakiś eksperyment społeczny się nie udał, a gdy tak się dzieje, stanowi to dowód, że model nie funkcjonuje. Ponieważ zaś popchnięto tę wyspę w ramiona Związku Radzieckiego, można było zarazem dowodzić, że to komunizm się nie sprawdza. Batista, Somoza, Mobutu okazali się przyjaciółmi demokracji. Natomiast Kubę uznano za antydemokratyczną. Naród kubański stał się igraszką - liczyły się punkty na szachownicy wielkiej strategii światowej. Biedna Kuba - tan lejos de Dios (tak daleko od Boga)... i tak blisko Stanów Zjednoczonych.





1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna