Władysław Dowbor



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona4/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Powrót
Myślę, że powrót dla nikogo nie był łatwy. Na powitanie były oczywiście kwiaty, ale nie z tego żyje człowiek. Trzeba było krok za krokiem odbudować całe życie w kulturze, dla której staliśmy się nieco obcy. Patrzyłem na ogrom São Paulo i myślałem o ogromie tego, czego miałem się na nowo nauczyć. Nowe pokolenie ekonomistów brazylijskich nie znało mnie i ja też go nie znałem. Na polecenie Narodowej Służby Wywiadowczej (SNI) ministerstwo edukacji przez siedem lat nie udzielało Uniwersytetowi São Paulo zezwolenia na uznanie mojego dyplomu. Formalnie uważano mnie za osobę z wykształceniem średnim, choć posiadałem kilka dyplomów uniwersyteckich. Nikt nie uznał lat studiów Fatimy w instytucie Piageta w Genewie, na Uniwersytecie Warszawskim i w Coimbrze - musiała rozpocząć studia od pierwszego roku; zwolniono ją jedynie z egzaminów wstępnych.

PUC dobrze mnie przyjął. Pomogła mi antropolog Carmen Junqueira. Paul Singer wydał pozytywną opinię o mojej pracy doktorskiej, a Joel Martins był zachwycony, że mogę wykładać na studiach podyplomowych i zaaprobowano mnie jako profesora, nie oglądając się na żadne decyzje ministerstwa. Zakłopotany, zastanawiałem się, jakie pewniki teoretyczne jeszcze mi pozostały i czego mam uczyć. Najpierw wykładałem na podyplomowych studiach administracyjnych, a wkrótce stanąłem do konkursu na wydziale ekonomii. Nawiązywałem stosunki towarzyskie i zawierałem przyjaźnie. Odkryłem zaskakującą komplementarność między moją znajomością sytuacji międzynarodowej a rozpaczliwym brakiem tego rodzaju wiedzy wśród studentów, co było skutkiem zamknięcia Brazylii w czasach rządów wojskowych. Brak ten - rzecz dziwna - trwa nadal: w dobie globalizacji nie mamy w kraju ani jednego przyzwoitego instrumentu informacji międzynarodowej.

Studenci uczyli mnie, a ja ich. Uczyłem studentów, jak korzystać ze sprawozdań organizacji międzynarodowych, porównawczego rozwoju gospodarczego, ekonomii przedsiębiorstw wielonarodowych. Oni uczyli mnie, że w Brazylii „albo jest się częścią walca, albo częścią drogi”, że na rynku kapitałów „albo jest się w środku i zarabia się dużo pieniędzy, albo jest się poza nim i się wszystko traci”, że „w Brazylii bardzo łatwo jest sprzedawać na raty - konsument nie zna się zupełnie na matematyce finansowej” itd. Po raz drugi Brazylia wchłaniała mnie i trawiła w trzewiach swojego bogactwa kulturalnego, poczucia humoru, ironii i desperacji. W Szwajcarii człowiek walczy rozpaczliwie, aby go zaakceptowano, w Brazylii - aby go nie połknięto.

Jednym z tych, którzy pomogli mi na samym początku, był Caio Graco z wydawnictwa Editora Brasiliense. W Paryżu miałem dobre stosunki z jego ojcem, Caio Prado Júniorem. Rzecz paradoksalna - z bardzo wielu ludzi reżim wojskowy uczynił przyjaciół. Caio wydał moją książkę o historii gospodarczej - Formowanie się kapitalizmu zależnego w Brazylii - która wyszła już w kilku innych krajach (m.in. w Polsce pt. Brazylia bez egzotyki), a następnie książkę teoretyczną, którą napisałem w Portugalii i którą posługiwał się na swoich wykładach Samir Amin - Wprowadzenie teoretyczne do kryzysu: Płace i zyski w międzynarodowym podziale pracy.

Marks, badając w swoim czasie kapitalizm, przyjmował za jednostkę analizy kraj - w tym przypadku Anglię. W krajach rozwijających się taki punkt widzenia deformował analizę, ponieważ w kształtowaniu się ich struktur gospodarczych i stosunków produkcji przeważały determinanty zewnętrzne. Gospodarki ubogie, zdominowane przez gospodarki rozwinięte, zostały niejako zglobalizowane przed czasem. Byłoby błędem teoretycznym analizowanie tych gospodarek przy zastosowaniu schematów reprodukcji kapitału do kraju, a następnie dodawanie do tego wymiany zagranicznej. Dlatego, mając za punkt wyjścia różne formy prezentacji schematów reprodukcji kapitału, skalkulowałem, jak wyglądałyby równania, gdyby do tych schematów włączono handel międzynarodowy. Logika okazała się oczywista: w tej mierze, w jakiej cykl komercjalizacji przebiegał za pośrednictwem wymiany produktów miejscowych na produkty angielskie, taki kraj jak np. Brazylia mógł niemal do końca XIX wieku zachować niewolnictwo, a następnie utrzymywać robotników w skrajnej nędzy, bo potrzebował ich jako producentów, a nie konsumentów. Ponieważ na to, co importowaliśmy w zamian za nasz eksport, składały się towary luksusowe i dobra produkcyjne, jedne i drugie konsumowane przez klasę panującą, proces realizacji obywał się bez konsumpcji ludowej, dzięki czemu dość wydajny, a zarazem koncentrujący dochód system mógł zachować spójność.

Tak oto, aby wyjaśnić, jak działało coś, co było po prostu odmiennym podsystemem akumulacji kapitalistycznej, którego logika nie wyczerpywała się na poziomie krajowym, lecz obejmowała jego komplementarność wobec systemu dominującego, nie potrzeba wymyślać żadnego kolonialnego czy innego sposobu produkcji. Właśnie mechanizm reprodukcji kapitału leżał u podstaw tego, co nazwano teorią zależności. Książka ta była kontynuacją mojej pracy doktorskiej; pozwoliła mi poczynić postępy w dziedzinie teorii internacjonalizacji kapitału, która miała zasadnicze znaczenie dla zrozumienia narastającego procesu globalizacji.

Książka nie wywołała zbytniego entuzjazmu. Ponieważ była dość skomplikowana, Caio Graco stwierdził, że jeśli nie uda mi się powiedzieć tego, co mam do powiedzenia, na pięćdziesięciu stronach, lepiej, żebym dał spokój. Lansował wtedy serię wydawniczą Primeiros Passos (Pierwsze Kroki), która odniosła wielki sukces. Przyjąłem wyzwanie i zabrałem się za tłumaczenie na portugalski tego, co napisałem „po ekonomalsku”. Okazało się, że to nie takie trudne. Zamiast pisać, że w Brazylii współczynnik Gini wynosi 0,63, czego z wyjątkiem garstki specjalistów nikt nie rozumie, można po prostu napisać, że 10 proc. najbogatszych rodzin kraju pochłania ponad 50 proc. dochodu, co zgodnie z oceną bynajmniej nie wywrotowego Banku Światowego czyni z Brazylii najbardziej niesprawiedliwy kraj na świecie.

Analizy ekonomiczne nie muszą być skomplikowane, a raczej często są skomplikowane wtedy, gdy chodzi o usprawiedliwienie tego, czego usprawiedliwić się nie da - o masakrowanie rzeczywistości. W kraju, który posiada wielkie bogactwa naturalne, ale w którym do 1 proc. właścicieli należy połowa ziemi uprawnej, z czego uprawiają oni niespełna 5 proc., nie potrzeba wielkich teorii, aby wykazać, że głód wynika po prostu z ogromnej fortuny spekulantów gruntowych. Napisałem Formowanie się Trzeciego Świata - Editora Brasiliense włączyła je do serii Todo é História (Wszystko jest Historią) i stało się ono w Brazylii powszechnie czytaną książką. Odkrywałem, że nie wystarczy badać - trzeba pisać zrozumiale i nauczyć się, jak to robić. Niedawno na PUC pewien student powiedział mi, że podoba mu się to, co piszę. Chciałem wiedzieć dlaczego i oczekiwałem jakiegoś komentarza teoretycznego. Powiedział po prostu: „Dlatego, że rozumiem...”

Z kolei w małym studium pt. Gwinea Bissao: W poszukiwaniu niezależności gospodarczej starałem się przedstawić pewne realia, o których rzadko pisze się w książkach z dziedziny ekonomii. Przykład: holenderskie przedsiębiorstwo HVA ma na sprzedaż wyposażenie wielkiej cukrowni. Wysyła do Bissau ekipę techniczną, która produkuje natychmiast opracowanie w postaci trzech opasłych tomów i wykazuje w nim, że kraj potrzebuje właśnie fabryki o takich absurdalnie gigantycznych rozmiarach. HVA informuje ministra rolnictwa, że ma wpływy w rządzie holenderskim i może uzyskać finansowanie budowy tej fabryki w postaci pomocy międzynarodowej pod warunkiem, że rząd gwinejski formalnie o nią poprosi. Zgodnie z dobrze znanym nam mechanizmem, HVA z zapotrzebowaniem w ręku wywiera presję na „zaprzyjaźnionych” członków rządu holenderskiego i Holandia przyznaje w końcu Gwinei Bissau X-milionową pomoc - naturalnie nie po to, aby mogła z nią zrobić to, co uważa za konieczne, ale po to, aby zakupiła wspomniane wyposażenie holenderskie. Nazywa się to „pomocą wiązaną”. Gwinea zyskuje w ten sposób nie pasującego do niej potwora, który z powodu generowanego przez siebie deficytu będzie permanentnie ciążył na budżecie. Pieniądze nie opuszczają Holandii, ponieważ przelano je po prostu na konto HVA, która to firma jako jedyna czerpie zyski z tej operacji. Rząd holenderski uzyskuje głosy wyborców, reklamując swoją szczodrą pomoc dla krajów ubogich. Płacą za to naród holenderski, który uiszcza podatki, i naród gwinejski, który będzie musiał utrzymywać jeszcze jednego białego słonia. Firma zaś w dalszym ciągu wychwala mechanizmy rynkowe i twierdzi, że źródłem zła jest państwo.

Gwinea Bissau mogła odmówić, ale trudno jest odmówić prezentu, który stwarza miejsca pracy, zwłaszcza gdy powodowane własnymi interesami wpływowe grupy wewnętrzne twierdzą, że to prezent godny uwagi. Czy podczas kampanii wyborczej można przedstawić kalkulację kosztów i korzyści? Tym razem operacja się nie powiodła, ponieważ ministerstwo spraw zagranicznych Holandii kazało zbadać sprawę i z poparciem Vasco Cabrala ukręciło jej łeb. Lecz dziesiątki innych - niektóre z udziałem pośredników brazylijskich - powiodły się dezintegrując gospodarkę. Podobnie jak w inne biedne kraje, Gwinea kupuje to, co kraje bogate są gotowe sfinansować, a nie to, czego naprawdę potrzebuje. Zależność generuje zależność, bieda generuje biedę.


Nikaragua, Nicaraguita
W 1986 r. sandinowski rząd Nikaragui poprosił mnie, abym pokierował - podobnym do tego, którym kierowałem w Gwinei Bissau, tyle tylko, że szerszym - projektem Narodów Zjednoczonych, który miał pomóc w tworzeniu mechanizmów planowania i regulacji gospodarczej. Tak oto wracałem do Narodów Zjednoczonych, ale na warunkach, który mi odpowiadały. Znów spakowaliśmy walizki. Obok dorastającego już Aleksandra pojechali tam z nami André, Bruno i Sofia - z wyjątkiem nieco ciemniejszego Aleksandra, wszystkie nasze dzieci są wręcz rozpaczliwie jasnowłose.

Ten, kto był w Nikaragui, wie, że przeżywa się tam wstrząs kulturowy. Lud nikaraguański jest radosny, dzielny, popędliwy, chaotyczny, surrealistyczny. Nie ma takiego mocnego określenia, które by do niego nie pasowało. Oczekując na lotnisku na walizkę, która się zawieruszyła, gawędziłem o Brazylii z pełnym ciekawości policjantem. Wszystko, co mu mówiłem, robiło nam nim wielkie wrażenie. „Ala...”, wzdychał, co po hiszpańsku znaczy Allah. Dopiero po paru dniach zrozumiałem, że nie było to westchnienie religijne, lecz skrócona forma ulubionego komentarza Nikaraguańczyków o wszystkim, co zaskakujące: „A la gran puta”, czyli „o kurwa”...

Sekretariat Planowania i Budżetu był związany z kancelarią prezydenta; skupiłem się na tym, co w działalności każdego doradcy do spraw planowania jest najpożyteczniejsze - organizowaniu informacji i szkoleniu ludzi. Jedno i drugie przynosi trwałe skutki, bo podnosi zdolność miejscowych kadr do podejmowania decyzji. Musiałem wypłynąć na szeroki wody informatyki, co dla mojego pokolenia nie było łatwe. Dziwne to uczucie, gdy człowiek czuje się analfabetą, a ma już prawie pięćdziesiąt lat. Przerażał mnie potencjał nowych narzędzi, które dla ekonomistów były tym, czym dla kogoś innego ferrari. Możność opracowania, zgromadzenia, powiązania, skrzyżowania w najrozmaitszy sposób i niemal w mgnieniu oka jakichkolwiek informacji była już w czasach XT zjawiskiem o oczywistym wymiarze rewolucyjnym. Uświadomiłem sobie, że na coraz rozleglejszych połaciach kuli ziemskiej historia ulega niebywałemu przyspieszeniu i że wyłania się stopniowo społeczeństwa wiedzy.

To były dwa pożyteczne i bezużyteczne lata. Drżałem z emocji, gdy dochodziło o elektryfikacji jakiegoś izolowanego od świata regionu, a następnego dnia oglądałem te same instalacje zniszczone przez wyposażoną w najnowsze gadżety wojskowe „kontrę” – najemną armię kontrrewolucyjną, która operowała z Hondurasu. Ubraną jak Marsjanie, otrzymującą z najnowocześniejszych samolotów amerykańskich, które prowadziły obserwację na dużej wysokości, szczegółowe wskazówki o każdym celu i bezpieczną w swoich obozach po drugiej stronie granicy „kontrę” trudno było powstrzymać. Jej bazy były ponadto prawdziwymi hipermarketami wojskowymi ze wszystkim - sprzętem, burdelami, rozrywkami i oczywiście płacami, które, co później wyszło na jaw, podobnie jak ongiś w Wietnamie finansowano z przemytu narkotyków. Demokracja silniejszego zawsze uchodzi za bardziej demokratyczną. Tymczasem bez odpowiedniego postępu cywilizacyjnego postęp techniczny oznacza jedynie zdolność do efektywniejszego reprodukowania tragedii i robienia głupstw na większą skalę.

Odwiedziła mnie grupa humanistów amerykańskich, którzy byli oburzeni, że mimo ogromnych potrzeb kraju i nędzy ludu, rząd nikaraguański odmawia przyjmowania amerykańskiej pomocy medycznej. Amerykanie są doprawdy fantastyczni. Bombardują, zabijają i ranią, po czym wysyłają natychmiast przylepiec i lekarstwa - i są wściekli, gdy ranni spoglądają na nich z irytacją.

W rzeczywistości była to gra cieni w rodzaju Żegnaj, moja konkubino. Formalnie Amerykanów tam nie było; mówili, że rząd nikaraguański powinien podjąć rokowania z „kontrą”, to znaczy zasadniczo ze starymi zbrodniarzami somozistowskimi. Rząd odpowiadał, że nie chce rozmawiać z pajacami, lecz z właścicielem cyrku, to jest z rządem amerykańskim. Nikt więc z nikim nie prowadził rokowań. W takiej sytuacji wysiłki zmierzające do zapewnienia krajowi rozwoju gospodarczego nabierały absurdalnego charakteru, ponieważ oszczędności, jakie z trudem udawało mu się zgromadzić, szły na wysiłek wojenny. Gospodarka jest absolutnie bezbronna, gdy kilka tysięcy zawodowców wyposażonych w najnowocześniejsze środki wybuchowe i środki łączności może zniszczyć, co zechce i kiedy zechce i chowa się za granicą. Gdyby zaś armia ruszyła za nimi w pościg, podałaby Amerykanom na tacy to, czego pragnęli - mówiłoby się, że Nikaraguańczycy napadli na inny kraj.

Istniały takie alternatywy, jak całkowicie zdecentralizowany i niesłychanie partycypacyjny system rozwoju, który wprowadzono w regionie Estelí. Na przykład, zamiast przyznawać kredyty za pośrednictwem odległych biurokracji i konsultowania się ze stolicą, Narodowy Bank Rozwoju stworzył kredytowe rady municypalne, w których drobni i wielcy właściciele i rozmaici aktorzy społeczni decydowali o optymalnym wykorzystaniu zasobów. Gdy jakiś rolnik otrzymywał pieniądze na zakup bydła, a zamiast je nabyć spekulował dewizami, na następnym zebraniu ktoś pytał: „Gdzie bydło? Nie widziałem go na polu.” Bezpośrednia znajomość sytuacji stanowi potężny element prostego i elastycznego zarządzania, ale wymaga to podejmowania decyzji niedaleko od zainteresowanej ludności - na poziomie administracji lokalnej.

Nie wystarczy ustalić, jakie decyzje są technicznie najlepsze. Za każdym razem należy badać, kto podejmuje decyzje. Po zatoczeniu koła widziana pod tym kątem ekonomia polityczna prowadzi nas z powrotem do ekonomii instytucjonalnej, która cieszyła się powodzeniem w latach pięćdziesiątych, ale została zarzucona na rzecz prostackiej koncepcji wolnej amerykanki w biznesie. Później, podczas pobytu w Chinach, stwierdziłem, że sektorem publicznym można zarządzać w sposób bardzo zdecentralizowany, poprzez gminy, co pozwala na bezpośrednią kontrolę obywateli i na powiązanie interesu publicznego z elastycznością i efektywnością zarządzania - w przeciwieństwie do scentralizowanego i biurokratycznego systemu, który istniał w Związku Radzieckim...

Ogólnie rzecz biorąc, sandiniści uważali, że władza należy do nich i robili odgórnie to, co ich zdaniem było dobre dla ludu. Ludu, który naturalnie był na dole. Nie należy generalizować - wielu przywódców działało na rzecz rzeczywistej demokratyzacji. Z kolei Jaime Wheelock - to przykład negatywny - uważał, że rolnictwo istnieje tylko w tych gospodarstwach, które mają powyżej tysiąca hektarów, a obowiązkiem chłopów jest okazywać posłuszeństwo. W rzeczywistości nie było przestrzeni politycznej, która pozwalałaby stworzyć spójną strategię rozwoju. Nieustanna presja wojenna stymulowała centralizację decyzji, dezintegrując system. To zaś pozwalało wrogom twierdzić, że rząd jest niekompetentny. Zaraz po objęciu władzy, w ciągu dwóch lat pokoju, sandiniści zmniejszyli analfabetyzm z 60 do 20 proc. To wszystko później przekreślono - kurs określały zimna wojna i interesy międzynarodowe, a nie codzienne potrzeby ludności.

Centralnym zagadnieniem stawała się dla mnie kwestia politycznych i instytucjonalnych warunków rozwoju. Sąsiednie gospodarki rynkowe, np. w Hondurasie i Gwatemali, były i są nadal pogrążone w chaosie. W Nikaragui państwo zarządzało salonami piękności, bo należały do Somozy, obalonego przez rewolucję sandinowską dyktatora, a dobra Somozy upaństwowiono. Czy system jest bardziej socjalistyczny, gdy salony piękności są w rękach państwa? Coraz lepiej rozumiałem, że symplifikacje ideologiczne nie funkcjonują i że podsystemy, które składają się na gospodarkę, zbytnio się zróżnicowały, aby można było stosować niezróżnicowaną, linearną politykę - liberalną czy etatystyczną. Skończyły się czasy, w których społeczeństwo dzieliło się na proletariat, chłopów i burżuazję, w których problemy miały wymiar narodowy, a wszystko sprowadzało się do walki klas. Trzeba było przedstawić inne modele.

Przed wyjazdem z Managui odwiedziłem zaprzyjaźnioną osobę, Henry Meyera, przestawiciela Narodów Zjednoczonych w Nikaragui - nieżyjącego już dziś Holendra-humanistę i bardzo światłego człowieka. Gdy rozmawialiśmy, przeglądałem jedną z przepięknych amerykańskich publikacji turystycznych, pełną zdjęć jezior i gór. Pokazałem mu zdjęcie na całą stronę - małe łodzie z białymi żaglami na środku jeziora, na brzegu dzieci spokojnie jeżdżące na rowerach, a w głębi nieodłączny kościółek. My w Nikaragui liczyliśmy codziennie zabitych, nękały nas choroby, przeżywaliśmy dramaty polityczne. Siłą kontrastu obaj doszliśmy do tego samego wniosku: jak ludzie żyjący w ten sposób w Stanach Zjednoczonych mogą zrozumieć lub wyobrazić sobie, co to takiego niedorozwój albo co to są favelas – dzielnice nędzy – Rocinha w Rio czy Heliópolis w São Paulo?
Pokolenia
Odwiedziłem ojca w Maranhão. W 1964 r., gdy ja użerałem się z ambasadami w Izraelu, on poczuł się znużony nie budzącymi jego zaufania hierarchiami świata biznesu, publicznie posłał pewnego prezesa do diabła, za odprawę kupił stateczek i przez dwa lata pływał rzekami Amazonii. Miał 64 lata i odkrywał inny świat. Kupił domek na brzegu Tocantins, w osadzie bez elektryczności, telefonu i władzy; osada liczyła trzydzieści domów. Na miejsce docierało się rzeką. Dom kosztował go 450 dolarów. To była inna planeta. Odkrył, że ludzie umierają tam z błahych powodów, zwrócił się o pomoc do starych przyjaciół w Europie, otrzymał lekarstwa, uzyskał papiery felczera i zaczął leczyć sąsiadów. W krótkim czasie objął ponad tysiąc rodzin spisem nieruchomości z oszacowaniem ich wartości. Inżynier to inżynier. W regionie ludzie przestali umierać. Co pół roku dzieci otrzymywały poliwalentny preparat zabijający pasożyty...

Z entuzjazmem utorował drogę przedsiębiorstwom zainteresowanym inwestycjami w regionie. Wkrótce przyjechała policja i rozbroiła chłopów - zabrała im karabiny i maczety. Chłopi już wiedzieli, że wkrótce zostaną przepędzeni. Jeden z sąsiadów zabił sierżanta, zbiegł i nigdy więcej go nie widziano. Żołnierze wrócili i pobili, zgwałcili i zamordowali jedną z jego córek. Mój ojciec latami starał się przekonać matkę dziewczyny, aby złożyła doniesienie, ale ona mówiła po prostu, że nie może ryzykować życia pozostałych dzieci. Staruszek kupił sprzęt, sporządził mapę regionu, wytyczył granice gospodarstw, a chłopi poszli masowo zarejestrować je u notariusza. Ojciec stał się w końcu guru - tyle że guru końca świata.

Pewnego wieczoru zawołano mnie na zebranie społeczności lokalnej. Szczupła nowicjuszka wyjaśniała Biblię. Jeden z niewielu umiejących czytać mieszkańców odczytał fragment, w którym Józef okazał się w Egipcie dobrym administratorem: gdy chłopi stracili zbiory i poprosili faraona o ziarno, Józef otworzył spichlerze, ale w zamian za chłopskie bydło; w następnym roku złych zbiorów zrobił to samo w zamian za ich ziemię, a w trzecim za nich samych. Mylę na pewno kolejność lub to, na czym polegała zamiana, ale istotne jest to, że chłopi wszystko stracili, faraon się wzbogacił, a Józef został wielkim politykiem. Zakonnica tłumaczyła łagodnym głosem, że Biblia jest zwierciadłem i że w tym zwierciadle przeszłości odbija się teraźniejszość. Miejscowych chłopów nie trzeba było prosić - jeden za drugim zaczęli opowiadać, jak zostali wypędzeni ze swojej ziemi, jak fazendeiros - obszarnicy - spalili ich uprawy. Musiałem wracać do São Paulo i płynąc następnego dnia w dół rzeki Tocantins, w ciszy i spokoju wczesnego poranka myślałem sobie, że o tym nie wiedzą nasze gazety, a tymczasem w kraju tysiące osób prowadzą mrówczą pracę, wygłaszając odczyty o prawach i godności człowieka i tworząc fundusz świadomości, który jutro będzie mógł przynieść głębsze zmiany.

Ojciec zrobił na mnie wrażenie, przede wszystkim dlatego, że w sprawach politycznych miał zawsze klapki na oczach i poparł zamach stanu wierząc, że dyktatura wojskowa skończy z korupcją. Teraz zrobił wyraźnie ostrą woltę polityczną - żyjąc z ubogimi, odkrył, jak wygląda świat widziany od dołu. Wiedziałem już co nieco o tej wolcie, bo pisał piękne listy do mojej matki w Polsce, tłumacząc, jak teraz postrzega różne sprawy. Uważam, że to wspaniała rzecz, gdy ponad sześćdziesięcioletni człowiek rewiduje swój system wartości i przebudowuje światopogląd. Pokazuje to, do jakiego stopnia na nasze poglądy polityczne, które mogą wydawać się nam oczywiste i racjonalne, ma wpływ nasze miejsce na świecie.

Zrobiło też na mnie wrażenie to, że w tym wieku potrafił zrezygnować z komfortów i honorariów pana inżyniera i od zera zbudować nowe, użyteczne życie, które miało trwać prawie trzydzieści lat. W Maranhão nie udawało mu się nawet wydać całej emerytury, pracował, pomagał, żył. Nie było to żadne poświęcenie - mieszkał nad brzegiem cudownej rzeki, gdy zechciał łowił ryby, przed domem nie przejeżdżały hałaśliwe samochody i nie przechodzili zirytowani ludzie, a jedynie domokrążcy. Uświadomiłem sobie lepiej niż kiedykolwiek idiotyzm naszego uganianie się za bezużytecznymi rzeczami, podczas gdy marnotrawimy jedyny nieodnawialny zasób - czas.

Umarł w wieku 92 lat; miał w życiu wszystko, czego tylko dusza zapragnie, choć nie miał lodówki ani telewizora. W ostatnim roku życia przeniósł się do miasta Imperatriz; był bardzo wychudzony. Jako dobry gawędziarz siadał na ławeczce przed domem i z dłoni wróżył dziewczętom przyszłość. Nie ma kobiety, która oprze się wróżbie i nie ma poważnego mężczyzny - nawet w podeszłym wieku.

Staruszek odszedł, tak jak kilka lat wcześniej odeszła w Polsce matka. Prawie pięćdziesiąt lat zajęło mi odkrywanie, jak głębokie są nasze korzenie. Nie trzeba być człowiekiem Wschodu ani wierzyć w reinkarnację, aby zrozumieć siłę ciągłości życia.
Władza lokalna
Ledwie wróciłem z Nikaragui, nowa burmistrz São Paulo, Luiza Erundina, poprosiła mnie o pokierowanie kontaktami zewnętrznymi zarządu miasta, a następnie Sekretariatem Spraw Nadzwyczajnych. Oto gigantyczna, odziedziczona po dyktaturze i nastawiona na administrowanie przywilejami i korupcją machina biurokratyczna z ponad stu tysiącami urzędników, a tu nagle pojawia się pełna godności, uczciwa i waleczna kobieta i usiłuje przestawić tę machinę - sprawić, aby służyła miastu. To wielkie wyzwanie. Były to dla mnie cztery lata systematycznego uczenia się, jak wiążą się ze sobą problemy komunikacji miejskiej, wywozu śmieci, zaopatrzenia w wodę, gospodarki mieszkaniowej, ochrony zdrowia, edukacji itd. na takiej jak São Paulo przestrzeni. Człowiek nie przestaje się uczyć.

W São Paulo popełnia się dziś trzydzieści morderstw dziennie, milion osób mieszka w favelas, ponad dwa miliony w slumsach. Zatrucie wód jest powszechne. Codziennie składa się gdzie Bóg da około dwunastu tysięcy ton śmieci i nikt nie troszczy się o to, że tłuszcz zwierzęcy sączy się do wód gruntowych. W mieście, które zostało sparaliżowane przez... nadmiar środków transportu, jest pięć milionów samochodów. Metro, oczywiste rozwiązanie długofalowe dla miast o takich rozmiarach, ma tu zaledwie 40 kilometrów długości.

Dziesięć milionów osób siedzi cierpliwie w stojących samochodach, choć tak je skonstruowano, aby jeździły ponad 150 kilometrów na godzinę, i przez całe lato przygląda się biernie niemal permanentnym korkom. Największe centrum gospodarcze Ameryki Łacińskiej jest zarządzane przez zawsze ten sam trójkąt firm budowlanych, spekulantów nieruchomościami i skorumpowanych polityków, robiących kokosowe interesy, które pozwalają finansować kampanie polityczne. Podczas tych kampanii, które służą reprodukcji systemu, nieustannie padają wielkie słowa o demokracji i postępie.

Ludzie nie zdają sobie sprawy ze znaczenie stosunków międzynarodowych dla miasta. Szanghaj, dokąd pojechałem dyskutować strategie wielkich metropolii, miał w 1992 r. w swoim wydziale spraw zagranicznych około 140 techników. Takie miasta, jak Osaka w Japonii i Toronto w Kanadzie - że wymienię tylko niektóre - prowadzą intensywną działalność międzynarodową. To nie sprawa drugorzędna, polegająca na wymianie „kluczy do miast” i innych atrakcjach dyplomatycznych. Właśnie w bezpośrednich stosunkach między konkretnymi miastami tworzy się system wymiany poziomej, który cechuje stopniową ewolucję świata od pionowych systemów autorytarnych piramid ku systemowi poziomych sieci interaktywnych. Tak się dzieje dlatego, że istnieją nowe technologie, które rewolucjonizują łączność i że dla świata przestały być charakterystyczne rozproszone populacje wiejskie, bo się zurbanizował. Dziś burmistrz każdego stosunkowo ważnego miasta ma zespoły techniczne, które jeżdżą po świecie i obserwują, jak rozwiązuje się takie problemy, jak zanieczyszczenie środowiska, przestępczość, komunikacja, ochrona zdrowia itd.

Wyzwania są podobne i zamiast ciągle wynajdywać od nowa koło, trzeba uczyć się od innych. Z panującej w Brazylii głębokiej dezinformacji w sprawach nowoczesnej polityki miejskiej biorą się pomysły, że problemy komunikacji można rozwiązać, kopiąc tunele i budując wiadukty dla samochodów osobowych, czy że przestępczość spada, gdy kupuje się więcej broni i samochodów policyjnych. Przynajmniej do pewnego stopnia chodzi o to, aby zarządzanie w sferze polityki gospodarczej i społecznej przystosować do skutków rewolucji technologicznej i demograficznej, która zmienia oblicze kuli ziemskiej. Jestem coraz bardziej przekonany, że gmina, władza lokalna mają w tym do odegrania kluczową rolę.

Dojrzewa już mój pogląd o strategicznej roli polityki i instytucji usytuowanych na takim poziomie, na którym ludność może sprawować efektywną kontrolę procesów. Chodzi oczywiście o możliwość, a nie o gwarancję. Lecz długie lata spędzone na udzielaniu pomocy przy tworzeniu centralnych systemów planowania i regulacji życia gospodarczego w różnych krajach pozwoliły mi zrozumieć, do jakiego stopnia o polityce centralnych struktur rządowych decyduje absurdalny karnawał w postaci nacisków firm budowlanych i zorganizowanych grup korupcyjnych oraz samowoli bankierów, subsydiów udzielanych przez fabrykantów i innych dość dobrze znanych nam zjawisk, gdy nie ma przeciwwagi solidnie zorganizowanych władz lokalnych, zdolnych domagać się rezultatów i ich dopasowania do swoich potrzeb. Rząd centralny nie osiąga równowagi od wewnątrz, lecz potrzebuje przeciwwagi i kontrolera na zewnątrz.

Innymi słowy, nie wystarcza już podział władzy na wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą - istnieje potrzeba politycznego nacisku społeczeństwa obywatelskiego, zorganizowanego wokół przestrzeni lokalnych, bo to w końcu w nich mieszka ludność i w ich obrębie może ona stwierdzić, czy naprawdę poprawia się jakość życia. Wykonując w Kostaryce pewne zadanie dla Narodów Zjednoczonych, stwierdziłem, że gminy decydują tam o wykorzystaniu zaledwie 5 proc. zasobów publicznych. Natomiast analizując system zarządzania Szwecji, stwierdziłem, że ta sama proporcja wynosi tam 72 proc. Tak więc, Szwecji nie cechuje mniejsza rola państwa, lecz działanie państwa zasadniczo u podstaw, pod bezpośrednią kontrolą samej ludności. Ponieważ zaś takie jej podstawowe potrzeby, jak szkoła, lekarz rodzinny, przejazdy, chleb i mleko, bezpieczeństwo itd., mają charakter lokalny, chodzi po prostu o postawienie piramidy na czubku - tak, aby ludność miała u podstaw decydujący wpływ na decyzje ekonomiczne.

Doświadczenie postępowego zarządzania w São Paulo pozwoliło mi o wiele wyraźniej niż dotychczas dostrzec olbrzymi potencjał zdecentralizowanych form administracji publicznej. Głębokie zmiany nie dokonują się oczywiście w ciągu czterech lat i w jednym tylko mieście. Dziś proces ten systematycznie postępuje w Brazylii, zwłaszcza w Rio Grande do Sul, choć i tam wyraźnie przeważa system tradycyjny, stworzony przez firmy budowlane, skorumpowanych polityków, spekulantów nieruchomościami, media i przekupne sądownictwo.

Jeśli chodzi o zrównoważenie rozwoju społecznego i efektywność zarządzania, to najsolidniejsze alternatywy na szczeblu lokalnym zrodziły się na ogół w samorządach lewicowych lub centrolewicowych. Nie jest to żadna wielka niespodzianka. Świat hołdującej tradycyjnie etatyzmowi lewicy wszędzie się załamał, toteż występuje ona teraz z o wiele bardziej nowatorskimi pomysłami aniżeli prawica, która pozostaje więźniem swoich schematów korupcji i zacofania i powtarza sprowadzającą się do antyetatyzmu formułę. Sukcesy sił postępowych często skłaniają prawicę do jednoczenia się i blokowania takich eksperymentów. Jednak to jest częścią gry. Ważne, że w wyniku cierpliwej pracy tysięcy osób, organizacji społeczeństwa obywatelskiego i coraz większej liczby dążących do odnowy przedsiębiorców wyłania się stopniowo zupełnie nowatorska koncepcja zarządzania w sferze społecznej. Dziś w tym kraju realizuje się już setki takich pomysłów, choć nadal zdecydowanie dominuje centralizm.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna