Władysław Dowbor


Od profilu etycznego do kultury władzy



Pobieranie 441.71 Kb.
Strona7/11
Data07.05.2016
Rozmiar441.71 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Od profilu etycznego do kultury władzy

Profil etyczny materializuje się po stronie społeczeństwa obywatelskiego w szerokim poczuciu oburzenia i bezsilności, jakie udziela się nam na początku nowego stulecia. Nie chodzi o westchnienia moralistyczne, ale o niepewność co do tego, jak sprostać niesłychanie wyszukanym systemom korupcji, panującym nad przestrzenią polityczną i gospodarczą, nad sądownictwem i samymi mediami, które informują nas o tych systemach. Wszyscy czujemy, że w ośrodkach władzy istnieje rozległa, występna i mroczna przestrzeń, która – ogólnie rzecz biorąc – krzyżuje się z prawicą, ale nie jest zbieżna ze zorganizowanymi interesami tak zwanych klas wytwórczych.

Innymi słowy, istnienie zróżnicowanych lub pozostających ze sobą w sprzeczności interesów na różnych biegunach społeczeństwa jest rzeczą naturalną. Uczymy się, że pracownicy, przedsiębiorcy, drobni producenci i inni mają interesy, które w jednych sprawach są rozbieżne lub zbieżne i ich wiązanie ze sobą jest uprawnione, a nieraz nawet konieczne. W tym punkcie nie o to jednak chodzi. Chodzi o mafijną formę powiązania interesów, która ma niewiele wspólnego z kapitalizmem czy rynkiem, a sprawia, że jakiekolwiek rzeczywiste wiązanie czy negocjowanie interesów staje się niezwykle trudne i uniemożliwia już i tak mozolną budowę odmiennej od obecnie panującej w kraju kultury społecznej i politycznej.

W tej sprawie panuje w Brazylii ogromna dyskrecja. W rzeczywistości mamy do czynienia z korupcją systemową, w którą są głęboko uwikłane szczyty władzy politycznej i władzy przedsiębiorczej. Nie mamy na myśli zakłócających normalne życie polityczne przypadków korupcji, lecz działalność polityków i przedsiębiorców, która jest zorganizowana w taki sposób, aby pozwalała przywłaszczać zasoby publiczne, przeznaczane na finansowanie kontraktów zawieranych z prywatnymi przedsiębiorstwami; pozwala to dotować najbogatsze spółki i służy za dźwignię dostępu do nowych przestrzeni władzy. Chodzi o siłę polityczną systemu, który np. skandalicznie zawyża koszty wielkich robót, co przynosi bajeczne zyski firmom budowlanym, finansującym z kolei wielomilionowymi kwotami kampanie wyborcze skorumpowanych polityków, którzy na podstawie zawyżonych kosztorysów uchwalają następne kontrakty na wielkie roboty. Chodzi o pożyczki dla megaobszarników, które zamieniają się w wielomilionowe subsydia. Chodzi o szantaż, jaki uprawia bankier, który przeprowadza z przyjaciółmi wielomiliardowe operacje i spokojnie czeka na odzyskanie od rządu zdefraudowanych w ten sposób sum, bo państwo nie może dopuścić do załamania się systemu – tym bardziej, że bankierzy operują pieniędzmi ludności, a nie własnymi. Chodzi też, rzecz jasna, o skandaliczny rozdział koncesji radiowych i telewizyjnych; dzień w dzień pozwala on takim politykom i przedsiębiorcom narzucać swój punkt widzenia całkowicie zdezorientowanej ludności, którą – mówiąc nawiasem – oskarża się, że nie umie głosować.

W Brazylii to niezwykle ważna sprawa, bo debatowanie, czy neoliberalizm jest odpowiedni dla kraju, czy nie, to jedno, natomiast sytuacja, w której argumenty teoretyczne służą po prostu za przykrywkę permanentnego systemu podejmowania przez rząd czy przedsiębiorstwa decyzji motywowanych korupcją – to coś innego. Nie ma warunków do organizowania się i artykułowania różnic politycznych ani do instytucjonalizowania praktyk rządzenia, gdy różnice te nie mogą nawet osiągnąć poziomu politycznego i gdy grupy panujące postrzegają przestrzeń polityczną jako narzędzie wyłącznej promocji swoich własnych interesów. Codziennie czytamy w gazetach, ile miliardów nas to kosztuje. Od bezpośrednich kosztów zagrabionych zasobów groźniejsza jest jednak dokonująca się w ten sposób korupcja procesów politycznych i korozja prawowitości demokracji.

Chodzi – zgodnie z technicznym znaczeniem tego terminu – o system mafijny, w którym solidarność i współodpowiedzialność skorumpowanych i korumpujących stwarza sieci władzy powiązane ponad głowami władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej i dezintegrujące jakąkolwiek formalną zdolność do rządzenia. Miastami, stanami i rozległymi segmentami Unii rządzą solidne powiązania firm budowlanych, skorumpowanych polityków, spekulantów nieruchomościami, mające oparcie w środkach masowego przekazu i skandalicznie zamieszanym w to wszystko sądownictwie. Sieć solidarności w nielegalnych działaniach stwarza naturalnie zachowania korporacyjne i zapewnia milczenie. Istnienie okazjonalnego, mającego marginalne znaczenie w skali ogólnospołecznej, bandytyzmu politycznego jest praktycznie nieuniknione w każdym społeczeństwie. Takie praktyki wykrywa się i ujawnia wtedy, gdy w danej instytucji są dziełem mniejszości działających na szkodę ogółu profesjonalistów. Gdy korupcja staje się systemowa, profesjonaliści są w mniejszości, a tych mafia kooptuje lub eliminuje. Czyż można spodziewać się, że np. rada miasta São Paulo osądzi czyny przestępcze radnych, gdy popełnia je większość członków tej rady?

Należy uświadomić sobie, że obok takich znakomitych książek, jak Posiadacze władzy i innych esejów socjologicznych, traktujących o ogólnym charakterze brazylijskiej klasy panującej, nie mamy żadnego studium poświęconego konkretnej strukturze rodzinnej makrowładzy polityczno-gospodarczej ani odnawiającym się i odtwarzającym powiązaniom. W realnie istniejącej Brazylii te same równoległe struktury władzy, jeśli nie wręcz te same rodziny, które rządziły nami za fasadą Unii Narodowo-Demokratycznej (UDN) w latach pięćdziesiątych i Sojuszu na rzecz Odnowy Narodowej (ARENA)9 za dyktatury wojskowej, dziś rządzą za fasadą rozmaitych grup politycznych, krążących na orbicie malufowskiej i magalhãesowskiej. Wiecznie sprawują realną władzę, absurdalnie, acz skutecznie szantażując przedsiębiorców, że powstanie rząd postępowy, gwarantując obszarnikom, że jako jedyne gotowe do wszelkiego bestialstwa siły są w stanie ochronić ich przed reformą rolną, czy igrając z nieustanną, paniczną obawą elit, że pewnego dnia masy wezmą odwet za ucisk i doznane poniżenia. Tak oto nędza, w jakiej elita utrzymuje kraj, skupia wokół niej szerokie umiarkowane środowiska społeczne i sprawia, że nie ma przestrzeni, na której projekty odnowy mogłyby rozwinąć skrzydła.

Podstawę sojuszu interesów umiarkowanych przedsiębiorców z mafijną strukturą władzy stanowi to, że jesteśmy dziś krajem o najbardziej niesprawiedliwym na kuli ziemskiej podziale dochodu, że w tak dobrze wyposażonym w bogactwa naturalne kraju nie potrafimy wyżywić ludu, że niczym pierwsza lepsza republika bananowa jesteśmy przeżarci spekulacją finansową. Prawda jest taka, że mafijna struktura władzy i systematyczna korupcja, w której znajduje ona oparcie, niweczy wszelki wysiłek na rzecz reformy państwa, modernizacji instytucjonalnej, ewolucji ku społeczeństwu cywilizowanemu.

Tu, podobnie jak w innych dziedzinach, potrzebna nam jest duża doza realizmu. Choć mamy demokrację formalną, jesteśmy zdominowani przez skorumpowane systemy, które z demokracją mają bardzo mało wspólnego. Zanim zaczniemy dyskutować o takich sprawach, jak liberalizm, socjaldemokracja czy socjalizm, musimy podołać dużo trudniejszemu zadaniu – odzyskać zdolność budowy opcji politycznych. Zadanie to wymaga udziału znacznie szerszego niż lewica wachlarza sił politycznych.
Projekt polityczny i mechanizmy gospodarcze
Do tych trudności wewnętrznych dochodzi zmiana kontekstu międzynarodowego. Bez względu na swoje uroki, koncepcja powiązania państwa, przedsiębiorstw i społeczeństwa obywatelskiego i stworzenia takiego społeczeństwa, które byłoby gospodarczo żywotne, społecznie sprawiedliwe i ekologicznie znośne zderza się z oczywistym faktem – oto gospodarka staje się w wielkiej mierze globalna, podczas gdy narzędzia polityczne pozostają narodowe. Wiadomo też, że rządy, bez względu na to, jakie partie je tworzą, mają dziś do wyboru jedną centralną propozycję – po prostu po to, aby przetrwać, nie zostać zmiażdżone przez system globalny, muszą spełniać wymogi światowego systemu finansowego. Zdumiewa, do jakiego stopnia niejasna jest linia podziału między tymi osobami czy aktorami społecznymi, którzy bronią bardziej nacjonalistycznych pozycji, a tymi, których globalizacja wprawia w ekstazę. W obronie podobnych argumentów występują osoby, które nigdy nie usiadłyby obok siebie. Nie należy zapominać o takim oto paradoksie – lewicę oskarżano o internacjonalizm, materializm, ateizm, wrogość wobec wartości moralnych i rodziny, a tymczasem dziś, w imię przeciwstawnych ideałów, prą ku temu dominujące siły gospodarcze i kulturalne.

Anthony Giddens pokazuje, jak ten paradoks udziela się środowiskom konserwatywnym – takie tradycyjne wartości, jak rodzina, praca, naród, własność, etyka społeczna były w ich światopoglądzie zakotwiczone w wolnej przedsiębiorczości i rynku. Dziś to globalizacja powoduje korozję narodu, to rynek niweczy własność i indywidualne oszczędności, to media powodują rozkład wartości, to kapitalistyczny gigantyzm przedsiębiorstw likwiduje przestrzeń inicjatywy indywidualnej itd. W ten sposób rozpada się spoistość światopoglądu liberalnego, co w hołdujących mu sferach politycznych wywołuje narastający popłoch. Duże wrażenie robi widok byłego premiera Francji Raymonda Barre’a, jednego z najbardziej tradycyjnych profesorów ekonomii na Sorbonie i rzecznika teorii liberalizmu ekonomicznego, który pozwala sobie na następującą wypowiedź: „Stanowczo nie można pozostawiać dłużej świata w rękach bandy nieodpowiedzialnych trzydziestolatków, który myślą jedynie o robieniu pieniędzy”.


Między kapitalizmem globalnym a wewnętrzną prawowitością władzy
Problemem kluczowym staje się definicja przestrzeni budowy takiej gospodarki, która byłaby społecznie sprawiedliwa i respektowała środowisko naturalne. Jak budować krajowe, regionalne i lokalne projekty polityczne w takich ramach gospodarczych i politycznych, którymi manipulują aktorzy działający na poziomie globalnym i nie podlegający kontrolom społecznym i politycznym? Jak przeprowadzić nieodzowne przeobrażenia mając taką strukturę władzy, która wiąże wielkie przedsiębiorstwa i sfery polityczne i sądownicze ze światem korupcji systemowej? Podczas gdy cele – ekologiczne, społeczne i polityczne – stają się coraz wyraźniejsze, coraz wyraźniejsza staje się również słabość ich konstrukcji. W tej mierze, w jakiej kraje rozwinięte korzystają z nierównowagi międzynarodowego podziału pracy, problem ten występuje w nich w sposób złagodzony. Natomiast w krajach rozwijających się następuje nagromadzenie podwójnej słabości: z jednej strony są za słabe pod względem gospodarczym na to, aby mogły jakkolwiek oddziaływać na kurs gospodarki globalnej czy choćby mieć w niej nieco pola do manewru, a z drugiej – ponieważ pośród morza nędzy panują w nich uprzywilejowane oligarchie, wewnętrzna prawowitość polityczna władzy jest tam ograniczona, a interesy oligarchii wiążą ją bardziej z przestrzenią globalną niż krajową. Tak więc, zasadniczy element ograniczeń nie tkwi w osobach, lecz w sytuacjach, które polegają na tym, że rządy nie mogą jednocześnie sprostać napięciu wewnętrznemu – bezpośrednio wynikającemu z apartheidu społecznego, na którym opiera się sprawowana przez nie władza – i starciom zewnętrznym nieodzownym do negocjowania z mocnych pozycji własnej przestrzeni politycznej w gospodarce globalnej – bo o tym, z jakich pozycji się negocjuje, decydują zasadniczo wewnętrzna spoistość narodu i prawowitość rządu. Tak oto dochodzi do sytuacji, w której skuteczne stawienie czoła wewnętrznemu apartheidowi społecznemu jest jedynym sposobem na odzyskanie zdolności do manewru w gospodarce globalnej. Wbrew dogmatom liberalnym prowadzenie dobrej polityki społecznej oznacza dziś, że prowadzi się dobrą politykę gospodarczą, a może również oznaczać, że prowadzi się dobrą politykę międzynarodową.
Od wyzysku pracy do nędzy globalnej
Dziś, na przełomie stuleci, problemy spiętrzyły się do tego stopnia, że realny (a nie tylko retoryczny) wybór polityki zmierzającej do zapewnienia równowagi społecznej może nawet rozszerzyć prawowitość międzynarodową, która nabiera coraz większego znaczenia. Od procesu gospodarczego oczekujemy, że stworzy dobra i usługi, a więc produkt, ale również dochód dla rozmaitych uczestników procesu, aby mogli nabyć ten produkt, a także miejsca pracy dla wszystkich, ponieważ bez pracy nie ma dochodu ani kondycji obywatelskiej. Najistotniejszym zagadnieniem debaty politycznej pozostaje nadal centralna słabość kapitalizmu: jest optymalnym organizatorem produkcji, zwłaszcza, gdy przedsiębiorstwo ma swobodę organizowania się bez przeszkód biurokratycznych, ale jest fatalnym dystrybutorem dochodu i coraz gorszym twórcą miejsc pracy. Ponieważ cykl reprodukcji obejmuje zarówno produkcję, jak i dystrybucję, ponieważ bez tego całość nie działa, kapitalizm jest strukturalnie niekompletny. Obalenie organizacji przedsiębiorczej oznacza, że wylewa się dziecko z kąpielą. Nie stawiając w sposób instytucjonalnie zorganizowany problemu dochodu i zatrudnienia, postępuje się nieodpowiedzialnie. Jeśli odłoży się na bok dyskursy kosmetyczne, to okaże się, że w rzeczywistości osiągamy gospodarcze i polityczne granice stabilności społecznej. Bank Światowy zalicza około 3,5 miliarda mieszkańców kuli ziemskiej, tzn. około dwie trzecie ogółu ludzkości, do kategorii tych, których przeciętny dochód na osobę wynosi 350 dolarów (1991). Na świecie głoduje ponad 150 milionów dzieci. Analfabetów jest ponad 800 milionów i ich liczba rośnie. Dziś produkuje się na świecie dobra i usługi wartości ponad 5 tysięcy dolarów na osobę – to dość, aby wszyscy żyli komfortowo i godnie, i tak byłoby, gdyby w procesach dystrybucyjnych panowało minimum zdrowego rozsądku. W obliczu ogromnych środków gospodarczych i technologicznych, jakimi dysponujemy, sytuacja staje się takim samym absurdem i anachronizmem historycznym, jakimi w swoim czasie były niewolnictwo i kolonializm. W jednym ze sprawozdań Narodów Zjednoczonych (1997) stwierdza się słusznie, że „ubóstwo, które nie jest już nieuchronne, powinno wraz z niewolnictwem, kolonializmem i wojną nuklearną należeć do przeszłości”. W sprawozdaniu tym określa się jako „obsceniczne” bogactwo 447 najbogatszych na świecie osób, których fortuna osobista jest większa niż dochód uboższej połowy ludzkości. Zrozumienie tego dramatu przestaje być przywilejem lewicy i zbliża do siebie ludzi z najrozmaitszych sfer społecznych i obozów politycznych.
Od nieograniczonego wzrostu do ograniczonych zasobów
Do tego, że zaczyna się odpływ wartości wolnej amerykanki liberalnej, przyczyniają się również dynamiki ekologiczne. Za przykład może posłużyć przypadek mórz – przy GPS (globalnym systemie określania położenia przedmiotów i osób przy pomocy satelitów), nowoczesnych systemach hydrolokacji, wyposażeniu, na które składają się gigantyczne sieci i harpuny powodujące elektrowstrząsy oraz innych technologiach stosowanych przez trawlery, połowy przypominają dziś bardziej rzeź niż rybołówstwo. Wraz ze wzrostem skali połowów można by sądzić, że ceny spadną, co pociągnie za sobą redukcję skali połowów, a proces ulegnie zrównoważeniu. Taka była dawna dynamika. Dziś natomiast, ponieważ globalna skala połowów szybko redukuje biomasę, podaż szybko spada, a ceny rosną. Innymi słowy koszt połowów spada dzięki nowym technologiom, lecz ceny sprzedaży rosną z powodu rosnącej rzadkości produktu. Marża zysku rośnie i zamiast ograniczyć połowy, aby zapewnić surowcowi przetrwanie, wielkie firmy działające w tej branży rzucają do morza cały swój sprzęt. Na argument, że niszczą swoją własną przyszłość, odpowiadają lakonicznie: „Jeśli nie my, to ktoś inny”. Innymi słowy, tradycyjne krzywe podaży i popytu nigdy się nie schodzą – i tak ma być dopóty, dopóki nie ulegną zniszczeniu rezerwy. Przy zastosowaniu nowych technologii mechanizm rynkowy w dziedzinach, które nie produkują w ścisłym tego słowa znaczeniu, lecz eksploatują nagromadzone przez przyrodę rezerwy, stanowi po prostu samobójstwo. Zgodnie z tą samą logiką, która z prerii amerykańskich wyeliminowała już bizony, na Syberii eliminuje się przy użyciu awionetek i najnowocześniejszych technologii miliony reniferów i innych zwierząt – głównie po to, aby w krajach rozwiniętych robić z nich mięso dla psów. Podobnej logice podlegają tzw. koszty zewnętrzne, dzięki którym – zgodnie z kryteriami rynku – okazuje się, że taniej jest produkować wyrzucając odpady toksyczne do rzek i niszcząc w ten sposób ograniczone rezerwy tego, co nazywa się już „błękitnym złotem”, niż zawracać sobie głowę wydatkami na recykling czy mniej agresywne systemy produkcji. Piętrzące się dramaty są tak groźne, że wachlarz aktorów społecznych, gotowych zainstalować w tym procesie hamulce, szybko się poszerza, poszerzając zarazem przestrzenie służące artykułowaniu nowych propozycji. Nie chodzi o żadne wishful thinking. Jeszcze dziesięć lat temu ekologów uważano za dziwaków – ludzi, którzy lubują się w żółwiach i wielorybach. Dziś troska o środowisko naturalne stała się powszechna.
Od stosunków produkcji do treści produkcji
Stosunki produkcji oburzały z powodu niesprawiedliwości społecznych, jakie powodowały. Dziś robi się pieniądze, sprzedając w jakimkolwiek zakątku kuli ziemskiej broń, piorąc w bardzo szacownych bankach brudne pieniądze zarobione na handlu narkotykami, handlując organami ludzkimi, organizując turystykę dla amatorów prostytucji dziecięcej, handlując rtęcią służącą do zatruwania rzek, zalewając niedoświadczonych – lub zbyt doświadczonych – farmerów ochronnymi substancjami chemicznymi, praktykując superpołowy morskie, które niszczą morza, wypalając tysiącletnie lasy po to, aby powiększyć pastwiska, eksploatując w mediach najbardziej plugawe strony ludzkiego cierpienia, zawyżając koszty robót publicznych za pośrednictwem firm, których największa umiejętność ekonomiczna polega na wykupywaniu przestrzeni politycznej, oferowaniu tych samych ludzi, którzy popełniają przestępstwa, w charakterze ochroniarzy, świadczeniu prywatnych usług wojskowych osłabionym rządom itd. Wstępny spis przedsiębiorstw produkujących narzędzia tortur objął 42 firmy w Stanach Zjednoczonych, 13 firm w Niemczech, 7 we Francji, 6 na Tajwanie i 5 w Izraelu. Dziś nie wystarczy wiedzieć, czy firma płaci dobrze czy źle, przestrzega kodeks pracy i prawne formy organizacji przedsiębiorczości. Nieodzowne stało się dyskutowanie za pośrednictwem mediów, związków zawodowych, partii, organizacji pozarządowych i samych zrzeszeń przedsiębiorców o społecznych celach procesów produkcyjnych. Przedsiębiorstwa związane ze społecznie użyteczną działalnością jako pierwsze poniosą koszty biernej solidarności, łączących je – niczym kolegów szkolnych – z tymi, którzy z czystym sumieniem wykorzystują słabości sądownicze, polityczne czy społeczne. Jakie prawo mają Stany Zjednoczone, aby protestować przeciwko producentom narkotyków w Kolumbii, jeśli same w ciągu kilku lat czterokrotnie zwiększyły eksport broni do krajów afrykańskich? Czy zalewanie biednych krajów bronią jest bardziej etyczne?
Od jakości totalnej do hierarchizacji pracy
Wszystkie nowoczesne publikacje o zarządzaniu traktują o show cases. Czytając nowe podręczniki administracji lub odpowiednie czasopisma, można odnieść wrażenie, że świat przedsiębiorczości ogarnia fala wewnętrznej humanizacji połączonej ze zmniejszeniem rozpiętości wachlarza hierarchicznego, promocją knowledge organization, szkoleniem, jakością totalną, re-engineering, kanbanem, kaizenem i innymi składnikami nowej globalnej zupy w postaci masy rozmaitych skrótów. Ogólnie rzecz biorąc propozycje te są pozytywne. Rzecz w tym, że stanowią apanaż grupy nowoczesnych przedsiębiorstw. Należy sobie uświadomić, że w całym Trzecim Świecie przedsiębiorstwa ponadnarodowe zatrudniają 12 milionów osób. Ponieważ Międzynarodowa Organizacja Pracy, od której pochodzą te dane, uważa, że zatrudnienie bezpośrednie stwarza zatrudnienie pośrednie, można przyjąć, że w rzeczywistości zatrudniają 24 miliony osób, co stanowi około 1 proc. ogółu czynnej zawodowo ludności świata słabo rozwiniętego. Mimo to dynamika tych przedsiębiorstw zajmuje w naszych publikacjach naukowych prawie 100 proc. miejsca. W rzeczywistości mniejszościowy sektor supernowoczesny stwarza masę miejsc pracy na niepewnych warunkach (w literaturze amerykańskiej nazywanych precarious jobs) – w dziedzinie produktów nieuchwytnych, które cechują nowoczesną gospodarkę, Nike zatrudnia w Stanach Zjednoczonych w charakterze organizatorów 8 tysięcy osób, podczas gdy konkretne – uchwytne – tenisówki firma ta wytwarza w krajach azjatyckich, w których za godzinę płaci się osławione 15 czy 20 centów stwarzając miejsca pracy na niepewnych warunkach, ale również stwarzając bezrobocie – np. w przemyśle obuwniczym we Franca w stanie São Paulo. Ponieważ ograniczenia w tworzeniu miejsc pracy w sektorze formalnym są coraz większe, tworzy się stopniowo ogromny sektor nieformalny, w którym ludzie szukają możliwości przetrwania poprzez prowadzoną w szopie mikrodziałalność przemysłową, drobny handel itd. Tworzy się w końcu szybko rosnący sektor nielegalny – komercjalizacja kradzionych samochodów i części zamiennych, kontrabanda, pranie brudnych pieniędzy, produkcja i przemyt narkotyków, nielegalny wyrąb lasów i nielegalne rybołówstwo, przemyt organów, handel krwią itd.

Tak oto nasz system społeczno-gospodarczy dzieli się stopniowo na podsystemy –kwitnący i nowoczesny sektor wiodący, jego pomocników w sektorze niepewnym, sektor nieformalny i sektor nielegalny – taka hierarchia podsystemów występuje w przemyśle, rolnictwie, handlu i wszelkich innych dziedzinach działalności gospodarczej. Nie możemy wpatrywać się jak zahipnotyzowani w sukcesy Billa Gatesa czy General Motors i nie dostrzegać rozkładu systemu zatrudnienia przytłaczającej większości ludzkości. W tym znaczeniu należy dążyć do zrównoważenia chaosu, jaki stwarza miażdżąca dominacja wielkich przedsiębiorstw, powszechne osłabienie państwa i występowanie w dalszym ciągu społeczeństwa obywatelskiego w roli trzeciorzędnego wspólnika w tym procesie, poprzez systematyczne działania na rzecz organizacyjnego zagęszczenia społeczeństwa. Warto, abyśmy postrzegali nasze społeczeństwo jako społeczeństwo przejściowe – mechanizmy rynkowe przestały już działać w niektórych sektorach, ustępując miejsca zintegrowanym procesom managed market – jeśli nie zwykłej monopolizacji rynków i ich zorganizowanej manipulacji – podczas gdy społeczne narzędzia zarządzania są jeszcze w zalążku.


Od fabryki do produkcji towarów nieuchwytnych
Rewolucja technologiczna stworzyła możliwości zarządzania na odległość i gigantyczne systemy integracji tysięcy jednostek produkcyjnych. Działalność produkcyjna nadal jest ważna, ale władza nad systemami produkcyjnymi przesunęła się ku zintegrowanym formom organizacji finansowania, dystrybucji, reklamy, zorganizowanej presji politycznej, służbom adwokackim i innym elementom składających się na ogół „towarów nieuchwytnych”, które dziś stanowią wielkość rzędu 75 proc. ceny produktu. Władza ta przesunęła się w szczególności ku obszarowi ponadnarodowemu i nawiguje pośród segmentacji polityk narodowych, kształtując za pośrednictwem gigantycznych kampanii ludowy światopogląd oraz wizerunek przedsiębiorstwa, produktu, grupy gospodarczej. Potężne przedsiębiorstwo często nic dziś nie wytwarza, natomiast kontroluje, reglamentuje i tworzy punkty poboru rozmaitych trybutów, co przysparza jej ogromnej władzy w dziedzinie pośrednictwa. Ma to dobre i złe strony, ale przede wszystkim zmienia parametry przeobrażeń społecznych. W szczególności chodzi o to, że wielkie przedsiębiorstwo nie sprawuje swojej rozległej władzy w konkretnej przestrzeni fabryki i dzielnicy, w której mieszkają jego pracownicy – a więc w tradycyjnym systemie, który stworzył dużą część naszej tkanki miejskiej. Dziś wielkie przedsiębiorstwo to nazwa powtarzana bez końca we wszystkich środkach masowego przekazu, ale jego konkretne istnienie dostrzegamy jedynie na półkach w supermarkecie. W językach romańskich spółki akcyjne nazywa się spółkami anonimowymi – przedsiębiorstwo, o którym mowa, stało się dosłownie anonimowe. Władza polegająca na kontroli nieuchwytnej działalności gospodarczej prowadzi do zawłaszczania na jakościowo nowym poziomie wartości produkowanych przez społeczeństwo. W pierwszym półroczu 1998 r. Peugeot osiągnął zyski w wysokości 330 milionów dolarów, co 140 tysięcy pracowników wytwarzających konkretne dobra uczciło jako wielki wyczyn. W pierwszym półroczu 1997 r. przy pomocy 350 operatorów spekulacji dewizowych City Bank osiągnął zyski w wysokości 552 milionów dolarów.

Tradycyjny przedsiębiorca, który dokonuje innowacji w procesach produkcyjnych i ciągle jeszcze wierzy w schumpeterowską twórczą destrukcję, widząc, dokąd odpływają zyski, czuje się coraz bardziej wystrychnięty na dudka. Należy być świadomym perwersyjnej formy, w jakiej światowy wzrost zysków łączy się z obniżką stóp inwestycji. W Raporcie UNCTAD o handlu światowym z 1997 r. czytamy: „Prawdziwym powodem do niepokoju jest związek między wzrostem zysków i stagnacją inwestycji, między wzrostem bezrobocia i spadkiem płac”.



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna