Wrzesień-październik 2007



Pobieranie 80.15 Kb.
Data09.05.2016
Rozmiar80.15 Kb.
wrzesień-październik 2007

Brazylia
Od tygodnia oglądam widoki bogactwa i biedy, słucham rozmów ludzi, dotykam cieplej ziemi, starych i nowych murów i bardzo słonej wody morskiej na plaży w San Salvador de Bahia, stolicy stanowej krainy N-E Nordeste czyli...Płn. Wsch. tego wielkiego kraju. W pierwsze dni widziałem różne dzielnice kilkumilionowego miasta. Kilkudziesięciopiętrowe wieżowce i jak pudelka poustawiane jedne na drugim domki biednych, a także głośne i niebezpieczne uliczki ciemnoskórych bezrobotnych młodych. Tam byliśmy u znajomej, gdzie Zosia była lokatorka jakiś czas temu, jak przybyła do Salwadoru. A gdzie indziej szerokie ulice, nawet na 6 jezdni w każdym kierunku,  gdzie obok świateł sygnalizujących, przy kolorze zielonym zapala się na ekranie kwadratowym liczba sekund  malejąca do zera, aby informować ile czasu zostało do bezpiecznego przejechania. W nie dużym parku rożne butiki z okazji nadchodzącej w tym tygodniu wiosny!!! Kupiliśmy trochę ziemi do doniczek! A obok pani sprzedawała puzderka, ozdoby, itp. wykonane z puszek po mleku, po piwie czy coli, z kapsli, a nawet z rolki kartonowej po papierze toaletowym! W środku obelisk i rzeźby postaci z hasłami wolności, równości i braterstwa. Zakupy żywnościowe w sklepie samoobsługowym, duży market z kawiarenka, obiadek w pobliskiej restauracyjce u Chińczyków, i ... plaża na wyspie, gdzie chyba 40 stopni w cieniu! W poniedziałek wieczorem wyjechaliśmy autokarem w głąb tej części kraju. Sądząc po cenie biletu, około 80 $ US i po czasię podroży - blisko 12 godzin, to miało to być dość daleko. W cenę wkalkulowano także komfort jazdy: fotel rozkłada się prawie poziomo jak wąskie łóżko, z wysuwanym z przodu wygodnym podnóżkiem pochyłym na nogi, dają poduszkę i kocyk oraz kawę i wodę. I film na ekranie. Dowiedziałem się na miejscu, że jesteśmy prawie 750 km od Salwadoru. Miejsce? Sanktuarium Bom Jesus da Lapa. ze starym krucyfiksem portugalskim, przyniesionym z Salwadoru przez pielgrzyma i szukającego Boga młodego byłego złotnika. Jest tez obraz Matki Bożej Smutnej, który przypomina pierwowzór przyniesiony także przez Franciszka. A teraz, od 50 lat są tam ojcowie redemptoryści, w tym od wielu lat głownie Polacy. Ciekawostka jest to, że sanktuarium mieści się praktycznie w grotach wulkanicznej samotnej góry. Można wejść około 20 minut do góry i trochę więcej na dol. bardzo wąska miejscami szczelina. Trzeba czekać gdy ktoś idzie w drugim kierunku. W dwóch głównych grotach, z krzyżem i z obrazem Matki Boskiej,  odbywają się celebracje. Uczestniczyłem we Mszy świętej we wtorek rano o 9.00, z udziałem ponad tysiąca pielgrzymów, Brazylijski ksiądz włożył wiele ducha do tej liturgii, gdzie było miejsce i na podnoszenie rak, i klaskanie, i mocne śpiewy i głośne odpowiedzi w czasię jego kazania! Za ołtarzem w głębi przedłużającej się w bok groty, zachowane wota, ręce czy nogi albo głowy rzeźbione w drewnie, albo z wosku, listy do Pana Jezusa, chusty, kule itd. Pobożność chce i potrzebuje wyrażeń, znaków, akcji... Byliśmy też zobaczyć nad rzekę San Francisco i na targowisko, gdzie sprzedawano miedzy innymi piranie! Bardzo wiele przypraw do kuchni a także naturalnych środków leczniczych. Mogłem jeszcze wejść prawie ze na czworakach do innej groty, gdzie jest czysta woda źródlana, mimo ze znajduje się kilka metrów poniżej poziomu rzeki. Ludzie biorą wodę jako uzdrawiającą. Ja tylko obmyłem twarz, przecierając oczy i uszy. Cieszę się, że nasi księża z Polski mają udział w pracy w tym sanktuarium. - Choć maja też w mieście (około 50 tys.) parafie i budują katedrę, bo na razie katedra jest sanktuarium, to znaczy... podziemny kościół w grotach i duża espanada pod ścianą góry.

Nasz bogaty dzień modlitw, wizyt, spotkań i doświadczeń w Sanktuarium Dobrego Jezusa w Lapa kończymy wieczorem. O 17tej jesteśmy na stacji autobusowej, gdzie odwiózł nas nasz przewodnik, Ojciec Staszek, redemptorysta, obecnie ekonom we wspólnocie, a rok temu jeszcze redaktor radia z Sanktuarium (do 600 km zasięgu emisji sygnału radia) Krajobraz suchej sawanny zanurza się powoli w mroku wieczora, autobus mknie szybko po asfaltowej drodze, hamując od czasu do czasu przed dziurami. Na pewnym odcinku widać dość blisko na horyzoncie wzgórza czy niewielkie góry, niektóre samotne, podobne do tej, gdzie jest sanktuarium. Jedziemy na noc do Barreiras, gdzie Zosia pracowała prawie przez osiem lat, do 1987 roku, w nowo utworzonej wtedy diecezji, gdzie biskupem jest austriacki benedyktyn, Don Ricardo. Patrząc przez okno rozpoznaje podobieństwa z nasza przyroda w RCA w czasie pory suchej. Wspominam tez wszystko to, co dane nam było przeżyć w kończącym się dniu i moje pierwsze doświadczenia tej wizyty w Brazylii.

Myślę, ze kultura wyrażania relacji miedzy ludźmi, a także kultura wyrażeń religijnych jest inna od tego, co znamy z Polski czy z RCA. Przy pozdrowieniu czy przywitaniu, albo przy pożegnaniu, z życzliwością dotyka się ramion czy poklepuje po plecach, a nawet bokiem przytula się nieco do osoby, z serdecznym ciepłym słowem. Są uściski i ucałowania w policzek. Pobożność też potrzebuje wyrażeń... wiec ludzie dotykają murów, ścian groty, wizerunku Ukrzyżowanego albo Krzyża, stop figury Matki Boskiej albo świętych, klęcząc, rozmawiają z Jezusem, albo z Maryja, poruszając wargami; przynoszą pamiątki do poświecenia i uniesionymi ramionami przyjmują obfite krople wody świeconej. Jest tez wielka cisza i uwaga w słuchaniu i przyjęciu Słowa Bożego. A po zakończeniu czytania Ewangelii, jako aklamacje, klaszcze się w dłonie i śpiewa krótki refren. Kończę w autobusie mój Różaniec wieczorny, już właściwie noc. Docieramy do miasta Barreiras około 22.00. W centrum mały hotelik, gdzie zarezerwowano miejsce, przyjmuje nas gościnnie. Rano po śniadaniu spotykamy senhore Bene, diecezjalna referentkę duszpasterstwa dzieci. Ustalamy sprawy na dzisiaj. Później przechodzimy do pobliskiej katedry i stamtąd do kurii diecezjalnej, gdzie wita nas ojciec Gerard, wikariusz generalny, tez benedyktyn z Austrii, długoletni misjonarz. Biskup jest nieobecny, ale to właśnie z padre Gerardem jesteśmy cale przedpołudnie. Zosia pokazuje mi miejsce, gdzie mieszkała i na placyku dwie palmy kokosowe, które wtedy zasądziła (do dołu do ziemi dosypuje się kilo soli, aby lepiej rosły!) Dzisiaj to już wysokie kolumny z szeroka korona na szczycie. Pozdrawiamy panią sąsiadkę, która cieszy się spotkaniem z Zosia. Jedziemy asfaltowanymi drogami na jeden z płaskowyżów poza zabudowania  miejskie, gdzie jest lotnisko i skąd są widoki na rozlegle Barreiras. Nasz przewodnik pokazując kolejne jego dzielnice mówi o sytuacjach kilku parafii, szpitali, ludzi... Zosia kreci głową ze zdumienia, bo miasto bardzo urosło, teraz ma około 150 tysięcy. Dużo ludzi przybyło z południa Brazylii i pokazali, ze pozornie nieurodzajna ziemia może wiele produkować. Teraz w regionie znajdują się liczne plantacje i fermy. Wśród dzikich drzew na wzgórzu znajdujemy te, które rodzą kwaśno słodkie owoce caju (kazu), które możemy kosztować. Nieco dalej, na innej ścieżce od drogi asfaltowej w kierunku widoku na miasto znajdujemy niespodziankę! – liczne butelki z alkoholem, jedzenie w miskach, otoczone wypalonymi po części cygarami i małymi świeczkami. To wyraz kultu "candomble" praktykowanego przez Afrobrazylijczyków. Ci sami ludzie, którzy to położyli, mogą być jutro w kościele na Mszy świętej!

Zjeżdżamy na dół, na południe spotykamy się przy stoliku w restauracji hotelu. Widać że Zosia zachowała dobre znajomości z panią właścicielka. Po obiedzie padre Geraldo zawozi nas do domu sióstr benedyktynek, gdzie Zosia odnajduje swoja dobra znajoma, siostrę Sabine. Energiczna misjonarka opowiada nam o swoim posługiwaniu ludziom, polegającym na słuchaniu i pomocy psychologicznej w przełamaniu się w problemach, stresach itp. z aspektem modlitwy obustronnej. Później, po smacznej kawie, jedziemy do ubogich dzielnic, gdzie miedzy innymi pracują siostry, ona sama, jedyna wiekowa już Austriaczka i 8 młodych Brazylijek. Budowane jest centrum dla dzieci i młodzieży, organizowane zajęcia świetlicowe dla chłopców, a w niedalekim kościółku znajdujemy grupkę kobiet, które modlą się Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Patrzę na zegarek, jest15.30.

Wieczorem korzystamy z uczynności pani Beny, aby wypocząć, wykąpać się i zjeść coś przed nocną podróżą powrotna do Salwadoru. Mam sposobność obserwować życie tej rodziny, kiedy wracają synowie, później ojciec. Długi moment, kiedy są razem, opowiadają, słuchają, dopiero później każdy zajmuje się swoimi sprawami. Serdeczne, brazylijskie pożegnanie i zawożą nas autem na dworzec autobusowy.

Długa jazda trwała znowu ponad 12 godzin. Rano około 8.30 jesteśmy z powrotem w Salwadorze. Wchodząc na pięterko pokoiku, udostępnionego mi przez Zosię, zatrzymuje się w przejściu, gdzie jest kącik modlitewny z figura Matki Boskiej Fatimskiej. Dziękuję za wszystko, co otrzymuje, i polecam nowy dzien.

Ciekawostka tego przedpołudnia jest kurs języka polskiego. Zwykle prowadzi go moja siostra, ale dzisiaj na 2 godziny zostaje profesorem nadzwyczajnym. Podaje tekst piosenki "Płynie Wisła, płynie...", jest tłumaczenie i wyjaśnienie sensu słów i zwrotów, później śpiew, trochę geografii, trochę historii z anegdota o pannie, którą opasuje wstążką rycerza, a następnie próba deklinacji! To chyba najtrudniejsze w naszym języku! Deszczowo za oknem, nie widać zatoki, wiec po obiedzie "u Chińczyka" zostajemy w domu. Staram się czytać po portugalsku (!) historie pielgrzyma i fundatora sanktuarium Dobrego Jezusa.

Tak kończę pierwszy  tydzień mojego pobytu w Brazylii.




Propozycje poznawania bogactwa kulturowego i religijnego zaprowadziły nas w piątek rano na Mszę świętą do sanktuarium zwanym Jesus do Bonfim. Stary kościół w ołtarzu posiada duży krucyfiks, przed którym gromadzą się wierni prosząc Jezusa Ukrzyżowanego o rożne łaski, o szczęśliwe rozwiązanie ich trudnych spraw, sytuacji życiowych, co może tłumaczyć nazwanie sanktuarium de Bonfim – bon fim, dobry koniec. Właściwie musze przyznać, że to jest moje tłumaczenie tej nazwy. Ale potwierdzeniem mogą być znaki zewnętrzne: liczniejsza w piątki obecność ludzi, zwłaszcza kobiet, ubranych na biało, w stylowych szerokich sukniach, woskowe wota przedstawiające małe główki, ręce, nogi, albo zdjęcia osób przy krzyżu obok zakrystii, a na zewnątrz błogosławieństwa i pokropienie woda świecona, i rozdawane wstążeczki z wydrukiem „Jesus do Bonfim, Bahia”, jako pamiątka i znak więzi oraz zapewnienie pomocy czy opieki Bożej. Patrząc sprzed kościoła, widzimy z jednej strony ciasne zabudowania domków i dalej przy horyzoncie pagórki zamieszkiwane przez biedotę a nieco dalej, z drugiej strony, nad zatoka dumne wysokie budowle centrum miasta. Wieczorem umówiliśmy się na zwiedzanie „Starówki”, zwłaszcza części zwanej Pilourinho, co oznacza miejsce gdzie według tradycji przywiązywano do słupa i bito czarnych niewolników. Dzisiaj przechodząc przez uliczki, widzimy tylko turystyczny aspekt dzielnicy, z licznymi restauracyjkami i barami, z butikami oferującymi wyroby i dzieła artystyczne, na placu grupę młodych ludzi, gdzie przy rytmie przyśpiewek i klaskania zmieniające się pary wykonują niektóre figury „capoiros” to znaczy niejako pozycje ciała w „balecie” wywodzącymi się od form walki wykształconych przez czarnych niewolników. A na dużym placu kilkudziesięcioosobowa grupa „Bahianos” na szerokim podium gra, śpiewa i tańczy. Wcześniej wstąpiliśmy do kościoła braci franciszkanów przy niewielkim placu. Wnętrze jaśnieje od złoceń na ołtarzach i na filarach a także na lukowym starym sklepieniu. Wracamy do domu nocą. Wszędzie na uliczkach i przy skrzyżowaniach można spotkać patrole policyjne. Aby uniknąć niespodzianek to znaczy spotkań z tymi, co korzystają z czasu i miejsc, aby coś ukraść przechodniom, korzystamy z taksówki. Tak jest bezpieczniej, wyjaśnia Zosia i Anna, Brazylijka, wdowa po polskim profesorze, który tu pracował na uniwersytecie. W sobotę fundujemy sobie wyjazd nad wodę, razem z Paulo, pracownikiem z biura od Zosi i z jego małymi synami. Jedziemy na odlegle ponad godzinę od Salvadoru miejsce, gdzie z jednej strony jest dzika plaża Atlantyku a z drugiej, może mniej niż 500 metrów w lewo, zakole rzeki, która wpada do oceanu. Długa plaża porośnięta wysokimi palmami kokosowymi, na kępach domki osiedla hippisów (tak, jeszcze istnieją!) a bliżej stacja hodowania i ochrony dużego żółwia oceanicznego. Korzystamy z kąpieli w wodzie rzecznej. Wkrótce przybywają też inne osoby, zwłaszcza młodzież i kilku hippisów. Niedziela, mój ostatni dzień pobytu w Salvadorze. Na obiedzie jesteśmy u Anny, a wieczorem jedziemy do parafii św. Jana Chrzciciela, gdzie byliśmy też tydzień; wcześniej. Życzliwe przyjęcie przez księdza Andrzeja, pochodzącego z diecezji tarnowskiej. Są też przejazdem dwie polskie misjonarki z Krościenka, które pracują w „interiorze” jak się tutaj mówi, czyli na prowincji, kilkaset kilometrów stąd. Widzę od ołtarza ciemne twarze potomków afrykańskich niewolników i jaśniejsze mulatów, a także kilka jasnych tych, co przybyli z Europy. – Brazylia jest chyba jedynym krajem o takim stopniu „wymieszania” się ras, gdzie każdy może powiedzieć: „jestem Brazylijczykiem” i to niezależnie od koloru skory czy włosów! Czuje się w jedności z nimi, kiedy modlę się słowami Modlitwy Eucharystycznej po portugalsku! W poniedziałek rano życzliwy Paulo przyjeżdża samochodem z duszpasterstwa i z Zosia odprowadzają mnie na lotnisko. Lecę do Sao Paulo. W samolocie mam czas na modlitwie. Dziękuję Panu Bogu za nasze spotkania i przeżycia w ciągu minionych dziesięciu dni. Uświadamiam sobie, ze jestem praktycznie pierwsza osoba z Polski, która przyjechała w odwiedziny do Zosi, świeckiej misjonarki pracującej w Brazylii już od blisko 30 lat! Inna Brazylia
(Brazylia 4) – 23.09- 01.10.07 Samolotem z Salvadoru na południe do Sao Paulo jest ponad 2 godziny lotu, to znaczy chyba około 2 tysiące kilometrów. A na mapie to tylko nie za duży „kawałek” wielkości całej Brazylii. Najpierw lot nad oceanem, a później nad długimi pustymi przestrzeniami gdzie od czasu do czasu, jak są prześwity miedzy chmurami, widać osiedla ludzkie. Miasto Sao Paulo widzę tylko wycinkowo, z okien autobusu jadąc z lotniska do stacji metra, i później z okien kolejki. Zauważam, ze jest kilka linii i kilka węzłów metra. Cieszę się obecnością siostry Siry (skrót od „Sirene”), Brazylijki rodem ze stanu w centrum kraju, która przyjechała mnie odebrać i zabrać na kilka dni do Kurytyby. Znamy się z Afryki! Była mistrzynią postulantek w domu sióstr kombonianek w Bimbo i od czasu mojego przybycia do stolicy, w październiku 2001, przez kilka lat należeliśmy do tej samej parafii św. Antoniego i pracowaliśmy wspólnie z innymi w projekcie formacji zakonnej, aż do jej wyjazdu w lipcu 2004. Tak wiec spotykamy się po przeszło 3 latach. Druga cześć mojego pobytu w Brazylii zaczyna się; od sześciogodzinnej podroży autokarem z Sao Paulo do Kurytyby. Ta ostatnia jest stolica stanu Parana, gdzie jak pamiętam, przybyło końcem XIX a szczególnie początkiem XX wieku wielu osadników z Polski. O czternastej wyjeżdżamy z tego prawie 20 milionowego miasta. Po pewnym czasie krajobraz zmienia się na górzysty, podobny do wyższych partii Beskidów. Urodzajna ziemi rodzi nie tylko znane nam jarzyny, ale także bananowce, których plantacje widać na stokach. Na pewnych odcinkach jedziemy powoli w sznurze wielu samochodów zwłaszcza ciężarowych, bo ze względu na przełęcze jest tylko jedna jezdnia drogi. Gdzie indziej szybkość chyba przekracza trochę te wskazana dla autobusów, ale tutaj jazda jest spokojniejsza niż na drogach w Bahia. W sumie około 450-480 km. Ten czas jest nam dany, aby się dzielić, opowiadać. Słucham moja siostrę, która mówi o swoich doświadczeniach z ostatnich lat. Z uśmiechem przypominam sobie, że w Bimbo właśnie na koniec miesiąca były ustalone nasze spotkania, gdzie słuchałem, doradzałem i spowiadałem. Teraz jest niejako nawiązanie do tej posługi wobec mojej młodszej siostry. Do domu Sióstr, na przedmieściu milionowego miasta docieramy około 21.00. Jest dość chłodno wiec przydaje się kurtka, która zabrałem do torby. A w nocy dwa koce. Rano jeszcze bardziej stwierdzam, ze jestem w innej strefie klimatycznej, bo potrzeba ubrać coś ciepłego. Dowiaduje się, ze Kurytyba leży ponad 800 m n.p.m. i ze rano było mniej niż 10 stopni. Gorąca brazylijska kawa stawia na nogi. W czasie kilku dni bycia razem mogę poznać obecne zaangażowania siostry Siry. Po swojej współ-siostrze, Włoszce, która z powodu choroby powróciła do Włoch, przejęła prace w diecezjalnej komisji Papieskich Dziel Misyjnych. Poznaje inne osoby pracujące w biurze, w przerwie obiadowej idziemy do „baru szybkiej obsługi” gdzie podobnie jak to było w Salvadorze, wybiera się dania i potrawy na talerz i kładzie się go na wadze, aby zapłacić jedzenie według wagi. Mamy czas na podjecie do kurii diecezjalnej i do domu arcybiskupa, gdzie nocował w 1984 (?) Jan Pawel II. Wieczorem idziemy na Msze świętą do kaplicy sióstr dominikanek. – Wspominam znane mi od lat dominikanki z Zielonki. Nazajutrz kolejny dzień w biurze z siostra. Ma sporo pracy, wiec siedzę cicho w saloniku i staram się czytać – po portugalsku! - czasopisma misyjne. Po południu w drodze powrotnej na przystanek autobusowy robimy mały spacer. Widzę, że i ludzie i sposób ich życia i mieszkania, jest bardziej europejski, inny niż widziałem w afrobrazylijskim Salvadorze. Ktoś mi wspomniał, że najwięcej tutaj potomków z Niemiec, Włoch, Polski i Ukrainy! Wstępujemy do kościoła matki Bożej Różańcowej i następnie do katedry. Na filarze wywieszka z prośba o ofiarę na remont. Można ja złożyć do skarbony przy kaplicy adoracji Najświętszego Sakramentu. Później przy wyjściu patrzę na gablotę z ogłoszeniami. Miedzy innymi podają nazwiska ostatnich ofiarodawców. Wśród kilkunastu nazwisk 4 czy 5 są polskie! Polska obecność to także nieoczekiwane spotkania osób, które mnie pozdrawiają, wspominając o dziadkach czy rodzicach pochodzenia polskiego. Tak było po wieczornej Mszy św. W parafii Świętej Trójcy, do której należą nasze Siostry Kombonianki. Są też nazwy ulic: Novicki, Roguski, klinika Paciornik… W czwartek, 27 września, kolejne niespodzianki. Siostra Yvonne, szarytka, szefowa Komisji Misyjnej z Archidiecezji, zabiera mnie do kościoła św. Wincentego a Paulo na Msze św. o godz. 10.00. W zakrystii spotykam kilku polskich Księży Misjonarzy, w tym don Stanisława, biskupa pomocniczego z Kurytyby, odpowiedzialnego za sprawy rolników i ziemi. Niedawno uczestniczył w manifestacji. Koncelebruje w grupie ponad 30 kapłanów a później jestem z nimi na obiedzie. Przy stole mówimy po polsku, młodsi i starsi, niektórzy z doświadczeniem misyjnym na Madagaskarze czy w Kongo. Dowiaduje się, ze to polscy „lazaryści”, księża misjonarze św. Wincentego, założyli ten dom i kościół przed kilkudziesięciu laty. Teraz są już tez ich brazylijscy współbracia. Wśród Polaków jest ksiądz z Mysłowic, z Pszczyny, z Małopolski… Jeden z nich zna Zosię, która tu przyjeżdża na zebrania ogólnokrajowe, co roku w listopadzie. Według planu, po południu jedziemy z S. Sira do jednej z parafii, gdzie jest zebranie odpowiedzialnych za apostolstwo wśród rodzin, gromadzących się według ulic i sektorów. Opowiadam im poprzez siostrę tłumaczkę o naszej misji w Afryce, o ważności duszpasterstwa rodzin, zachęcony przez księdza Kazimierza, proboszcza. Tak dowiaduje się, ze pracują tutaj polscy Chrystusowcy. Msze św. prowadzi Brazylijczyk, ale ze mną rozmawia po polsku, bo ma korzenie polskie i cala formacje, to znaczy nowicjat i seminarium przeżył w Polsce! W piątek przezywamy inne ciekawostki. Na jednym z placów ustawiono krąg punktów sprzedaży potraw rożnych narodowości. I co widzę? „Pierogi”! A mniejszym formatem liter: „Famoso Tadeu”, czyli sławnego Tadeusza! Oczywiście kupiliśmy porcje i to było nasze jedzonko w południe. Już wcześniej mówiono mi o pamiątce Jana Pawła II w parku. Podjechaliśmy taksówka do miejsca, gdzie postawiono przeniesione dawne domy polskich rolników i następnie wyposażono je według dawnego stanu kuchni, izby, sieni,… Jest tez kaplica, gdzie wstąpił papież jak w Kurytybie spotkał się z Polakami. W innej części miasta radują oczy widoki Ogrodu Botanicznego. I zaskoczenie, kiedy tuz po wejściu spotykamy wczorajszego celebransa Mszy św., który oprowadza polskiego współbrata, przybyłego z Polski do pracy w Brazylii. W sobotnie przedpołudnie w biurze misyjnym Siostra Sira przyjmuje grupę dzieci z Dziecięcego Koła Misyjnego z jednego z sektorów kilku parafii. Dużo radości, a także dumy, kiedy mogą wysypać ze skarbonek ich oszczędności i je przekazać na cele misyjne. Animatorka Wera i kilkoro rodziców towarzysza radosnej gromadce. Dziele się z nimi śpiewaniem w języku Sango, zachęcając do pamiętania o Afryce. Mam jeszcze inne zaangażowanie tego dnia. Po Mszy św. wieczornej, która koncelebruje w parafii jest spotkanie rady parafialnej. Jednym z punktów jest uwrażliwienie na czas miesiąca października i na cały rok, według wskazań programu Kościoła w Ameryce Łacińskiej, po spotkaniu biskupów w sanktuarium Matki Bożej w Aparecida, kilkaset kilometrów stąd, Uczniowie i Misjonarze, chcemy słuchać przyjąć i głosić Słowo! Ksiądz Jose Roberto, przyjaźnie zaprosił siostrę Sire i mnie do podzielenia się o misjach. To ona tłumaczyła z francuskiego moje zdania o RCA. Na niedzielny poranek moja przyjaciółka zaplanowała dla mnie prowadzenie Mszy świętej z kazaniem w malej wspólnocie należącej do parafii. Idziemy tam pieszo. Schludne domki przedmieścia ustępują miejsca uboższym zabudowaniom, nieraz tylko zrobionych z niewypalonej cegły i kawałków blachy. Obok za drzewami duży teren skąd praktycznie wyrzucono biednych mieszkańców. Dlaczego? Bo jest tam międzynarodowy tor wyścigów samochodowych i nie chciano, aby ludzie z zagranicy widzieli biedę brazylijska. O tym, że tor jest naprawdę blisko przekonuje się w czasie liturgii, bo przeszkadza nam bardzo głośny huk silników aut trenujących kierowców. Kilkakrotne wcześniejsze przeczytanie tekstów Mszy św. pozwoliło mi na odprawianie pierwszy raz po portugalsku a przygotowanie kilku myśli do Słowa Bożego po francusku na przekaz nauki Bożej, co tłumaczyła siostra Sira. Po południu pojechaliśmy jak zwykle z przesiadkami na tubowych „przystankach węzłowych” omnibusów do jednego z gmachów uniwersytetu katolickiego na spotkanie animatorów parafialnych, przygotowujące miesiąc misyjny. Po nim przeszliśmy do auli, praktycznie do sali teatralnej, gdzie na scenie ustawiono ołtarz do Mszy świętej, której przewodniczył kardynał arcybiskup Kurytyby w otoczeniu kilku kapłanów odpowiedzialnych w diecezji za katechezę, za dzieła misyjne i za młodzież. Niecodzienne dla mnie było uczucie uczestniczenia w Eucharystii z pozycji fotelowego miejsca teatralnej sali. Późnym wieczorem w ostatniej rozmowie niejako podsumowujemy ten czas spotkania darowany nam przez Pana.  Pierwszy dzień października jest dla mnie dniem podróżowania. Wcześnie rano około piątej taksówka jedziemy z Siostra na dworzec autobusowy. Wyjeżdżam z Kurytyby autokarem z powrotem do Sao Paulo. Przewidziany czas 6 godzin przedłużył się prawie o godzinę, bo w południe były niesamowite korki na wielopasmowych drogach tego wielomilionowego przemysłowego miasta nad Atlantykiem. Według mapy mogą osądzić, że długość megapolii wynosi około 75 kilometrów! Potwierdzi mi to później oglądanie przez okno samolotu podczas długich minut zabudowań miasta w dole. Z dworca autobusowego biorę autobus specjalny na lotnisko, aby nie tracić czasu na przesiadkach w metro i oczekiwanie na autobus miejski, który też tam dojeżdża. Udało się, docieram na czas. Po ponad 2 tygodniach zostawiam Brazylie, lecę do Santa Cruz de la Sięrra, do Boliwii, głównego celu mojego wyjazdu z Polski.

BOLIWIA
Boliwia I (01 – 05.X) Witam i pozdrawiam z Boliwii!

Boliwia, kraj, który swoją nazwę wywodzi od nazwiska wyzwoliciela tej części Ameryki Południowej, Simona Bolivar, jak wiele innych miejsc w tym regionie świata, pozostaje naznaczona już w nazwach swoich miast i wsi wpływami kultury chrześcijańskiej. Wyjechałem po południu z miasta „Święty Paweł” (Sao Paulo) a na wieczór przybywam do „Świętego Krzyża” (Santa Cruz de la Sierra). Samolot boliwijskich linii „Aerosur” zniża się do lądowania. Nagle czuję zapach spalenizny. Trochę zaniepokojony patrzę przez okno na wysunięte części skrzydła, miejscami brudne od smaru czy od dymu spalin, ale to nie to! Ziemia za mgiełką dymu prawie pusta, gdzieniegdzie miale drzewa, chude palmy, no i znaki spalenizny, której zapach przeszedł przez system zasysania powietrza samolotu! Jak u nas w Afryce, kiedy prażą kukurydzę i ją trochę spalą! Na zewnątrz gorąco i wietrznie. Przy wyjściu człowiek z kartą z wydrukowanym moim nazwiskiem i imieniem! Taksówkarz z klasztoru, zawiezie mnie do domu braci. Po drodze staram się zagadać po hiszpańsku ..., ale niewiele tego, bo w pamięci „obcego języka” pozostały jeszcze wyrażenia portugalskie. Miasto wielkie, sporo budowania, domy firm, sklepy, mieszkania. Ma ponoć ponad 1 milion mieszkańców. Ocenia się, że jest stolicą przemysłową i ekonomiczną kraju. Sieć dróg i ulic rozwiązana w systemie koncentrycznych pierścieni połączonych ulicami jak linie w pajęczynie. W klasztorze wita mnie brat Tarsycjusz, z prowincji św. Jadwigi z Wrocławia, tutaj ekonom i zarządzający sprawami współbraci z całego Wikariatu Apostolskiego Nuflo de Chavez. W domowej kaplicy odprawiam Mszę świętą z pomocą mszału hiszpańskiego. Później spotykam ojca Dominika, rodem z Opola (tutaj powrócił do imienia chrzestnego Adalberto – Wojciech) i innych współbraci, pochodzących z prowincji z Bawarii, Hiszpanii i Austrii. W czasie rekreacji, około 21.00, patrzę na termometr: ponad 30 stopni. Nazajutrz rano witamy się serdecznie z ojcem biskupem Antonim, Polakiem, spotkanym na Górze św. Anny w 2004 i miesiąc temu u nas w Katowicach, z bratem Markiem, pracującym przy Biskupie i z o. Bonawenturą, profesorem z Opola i Wrocławia, tutaj z wizytą, który może przyjedzie tu na dłużej, aby wykładać w seminarium. Moi towarzysze wizyty w Boliwii, o. Dymitr i Marian, kuzyn o. Cezarego z Panewnik, przyjeżdżają liniami amerykańskimi inną trasą krótko po południu. Lot z La Paz opóźniony o ponad 4 godziny, bo lotnisko w Santa Cruz pokrywa dym. Z wczorajszym taksówkarzem Eugenio witam ich w imieniu braci, przeszkodzonych w tym czasie. Po południu z Dominikiem pierwsze wyjście do miasta. Załatwiamy bilety na lot do Cochabamba, wizytujemy katedrę i spacerujemy trochę po wielkim placu, gdzie już dość pełno i gwarno w wieczornej godzinie. Korzystamy z usług restauracyjnych, aby kosztować lokalne sposoby przyrządzania potraw.

Środa, 3 października. Kolejny dzień w Boliwii przeżywamy pod znakiem podróżowania. Jedziemy do Ascencion de Guarayos, gdzie o. Kazimierz, z Ligoty, tutaj „Padre Bernardo”, zaprosił nas na poświecenie kościoła. Biskup Antoni, we flanelowej koszuli i czapce – kaszkiecie, prowadzi niestrudzenie samochód z nami, czterema pasażerami. Wybiera drogę, którą, jak wspomina, dawniej misjonarze używali, ci najstarsi jeszcze konno. Nowy odcinek drogi, na którym jest most, będzie kilka godzin nieczynny, bo co środę jest kontrola i ewentualna naprawa mostu, zbudowanego dla kolei, ale gdzie jeżdżą też samochody. Dlatego po pewnym czasie mamy przed nami obiecaną niespodziankę: najpierw długi przejazd przez sucha część koryta rzeki – Rio Grande, a później przeprawa w szerokiej łodzi – pontonie, gdzie udało się zmieścić nawet dwa samochody! Miejscowi są już przygotowani technicznie na te sprawy, zwłaszcza jak jest środa. Z drugiej strony spotkamy nawet autobus, który tą przeprawą jedzie do Santa Cruz! Ojciec bp Antoni z samochodu pokazuje nam zabudowania parafii El Fortin, gdzie dość długo pracował, jak przyjechał do Boliwii po 1980 roku. Teraz są tutaj jego dwaj współbracia z Prowincji, dziś nieobecni: ojciec Stanisław i brat Feliks. Następnie jedziemy na obiad do Puerto Rico, gdzie goszczą nas siostry. Polki akurat nie ma, ale boliwijska siostra z uśmiechem obdarowuje nas kilkoma zwrotami po polsku. U nich też spotykamy kolejnego misjonarza, naszego ojca Gustawa, rodzonego brata o. Dominika. Z nim jedziemy kilka kilometrów do jego nowej parafii, Quatro Cañadas, gdzie podziwiamy wysiłek pracy przy budowie nowego kościoła. Przestrzennie, jasno, jak w niektórych nowych kościołach w Polsce, zbudowanych na planie wielobocznej piramidy. Pozostało nam jeszcze sporo kilometrów, bo po zrobieniu dużego objazdu, jesteśmy na „nowej drodze”, ale blisko z drugiej strony mostu, około 80 km od Santa Cruz! Jedziemy wśród szerokich pól, bo, lasy, jak mówi Antoni, które on jeszcze widział, wykarczowano w ostatnich 20 – 25 latach, aby dać tereny osadnikom. Wśród nich są też przybysze o jasnej cerze i włosach, mormoni. Przybyli tu z Meksyku i Stanów, ale to potomkowie chyba Holendrów. Z motywacji biblijnych, używają tylko proste pojazdy konne, bryczki, a nie samochody, noszą odmienne ubrania, kobiety długie suknie lub spódnice, mężczyźni ciemne spodnie, kapelusze... Domy mają na wewnętrznym krańcu kilkudziesięciohektarowego pola, a nie przy szosie, wiec żyją niejako w odosobnieniu. Przejeżdżamy przez ruchliwe miasteczko, San Julian, gdzie po obu stronach drogi bez porządku poustawiane sklepiki i mini warsztaty naprawcze, co przypomina mi Afrykę! Dużo indiańskich kobiet plemienia Collas (koljas), handlarek, w charakterystycznych ubiorach. Są też taxi-moto, gdzie pasażerki siadają bokiem na siodełku motocykla.

Nasz samochód staje się na pewien czas miejscem modlitwy: jest Różaniec, Oficjum i śpiewy. W takim nastroju dojeżdżamy do kościoła parafialnego pod wezwaniem „San Francisco”, gdzie o. Sykstus, z którym spotkałem się w czasie tegorocznego urlopu w Polsce, prowadzi właśnie Mszę św. wigilijną uroczystości odpustowej, z sakramentem Małżeństwa jednej pary i Chrztem małych dzieci. Akurat nie ma prądu w sieci publicznej, więc wszystko odbywa się przy świecach! Zauważam, że to dodaje pewnego uroku liturgii! Stąd już tylko około 40 km do celu naszej podróży, do Ascención, gdzie docieramy już w ciemnościach wieczoru.

Poranek uroczystości świętego Franciszka zaczynamy wspólnym odmówieniem Jutrzni z brewiarzów w języku hiszpańskim. Po śniadaniu wyjazd do dzielnicy, gdzie wybudowano nowy kościół. Cieszy nasze oczy dokładne wykończenie budowli z malowanymi, na ścianach wewnętrznych i zewnętrznych, scenami i tekstami modlitw franciszkańskich a także uporządkowany teren. Już sporo ludzi w kościele i na zewnątrz. Są też przedstawiciele rodów indiańskich i współczesnej rady gminnej czy powiatowej. Po celebracji, w czasie której Biskup Antoni poświęcił kościół, ołtarz i tabernakulum i używał nowego kielicha, daru naszej Prowincji, ofiarowanego przez ręce ojca Dymitra, władze lokalne wyrażają podziękowania Biskupowi, Proboszczowi, Siostrom i o.Dymitrowi, wręczając każdemu medal i dyplom. Widać wiele radości i wdzięczności w oczach i w gestach ludzi, dorosłych, młodych i dzieci, którzy podchodzą do nas po Mszy świętej.

Ta serdeczność między nami i ludźmi trwa, kiedy po obiedzie idziemy pobyć trochę na festynie. Spotykamy się na miejscu poniżej kościoła, od strony nowych domów, wybudowanych, tak jak i nowa świątynia, między innymi dzięki pomocy z Europy, po wielkim pożarze, który w 1999 roku strawił wiele chat w części Ascencion.

Wieczorem po kolacji u sióstr inny rodzaj „festynu”. Siedzimy w szerokim kręgu na zewnątrz i śpiewamy, głownie solista Dymitr i polska grupka z biskupem na czele, który odświeża śląskie śpiewki. Radośnie i bratersko.

W piątek do południa jedziemy z o. Andrzejem zobaczyć jego pobliską parafię San Pablo a po obiedzie ruszamy samochodem z powrotem do Santa Cruz. Po drodze tylko na krotko jesteśmy u o. Sykstusa, którego kościół i dom możemy teraz zobaczyć w dziennym świetle. Chwali się nowym autem, toyotą! Ale chwałą misjonarza, jak to możemy stwierdzić, są też serdeczne relacje z dziećmi i z młodymi. Tak też było u Kazimierza, u Andrzeja, u sióstr...

Cieszę się i dziękuję Panu za te spotkania.

Boliwia 2 (6 – 10.X.2007) Drugi etap, nowe miejsca, nowe spotkania. Kochani, Drodzy i Znajomi w Polsce, chcecie wiedzieć, co było dalej ? – Drugi etap naszego pobytu w Boliwii zaczynamy w sobotę, 6 października, wyjazdem z Santa Cruz do Cochabamba (czyt. koczabamba) Oczekiwanie na lotnisku na opóźniony samolot trwało dłużej niż sam lot, bo ponad dwie godziny a podroż w powietrzu tylko 45 minut! Na mapie jest to jednak odległość określająca kilkaset kilometrów. Bratersko wita nas ojciec Zygmunt Skrzydło, przybyły z młodym kierowca. Opowiada, ze przyjechali na wyznaczona godzinę a dowiedziawszy się o opóźnieniu, wrócili do miasta, bo miał po południu chrzest, wiec ochrzcił niemowlę i znowu przyjechał na lotnisko, by jeszcze na nas trochę poczekać, siedząc na ławeczce. – Ma problemy zdrowotne i nie może długo ustać. W domu wita nas proboszcz i gwardian, Ojciec Cezary Domagała. Tak wiec polska mowa rozbrzmiewa w klasztorze. Po niedługim czasie a zwłaszcza po pokonaniu kilkudziesięciu stopni schodów daje o sobie znać miejsce, gdzie jesteśmy: Cochabamba znajduje się ponad dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Lekki ból w skroniach, zadyszka, konieczność, aby usiąść i trochę odpocząć... I to nie tylko ze względu na mój wiek! Powodem jest rozrzedzenie powietrza na tej wysokości. Marian podsuwa porównanie, że jesteśmy wyżej niż polskie Rysy.

Ciekawość misjonarza sprowadziła mnie z drugiego pietra klasztoru, gdzie mamy pokoje, na dół do kościoła San Antonio, bo proboszcz wspomniał, że będzie o 16.30 celebracja dodatkowej Mszy świętej zamówionej przez rodziców, których córka ukończyła 15 lat. Miejscowy zwyczaj, choć słyszałem, że podobnie jest na przykład w Meksyku. Dziewczyna kończy okres dzieciństwa, staje się młodą kobietą, teraz będzie można zacząć mówić i starać się o znalezienie kandydata do małżeństwa. To wydarzenie rodzina chce zaznaczyć religijnie. Jak to wygląda od strony ceremonii w kościele?

Przed ołtarzem klęcznik dla senioraty, która klęcząc zachowuje powagę chwili. Po obu jej stronach dwóch kawalerów asystujących jako najbliższa „świta”. W pierwszych ławkach po lewej druhny w jednakowych błyszczących sukniach, po prawej inni kawalerowie w garniturach i za nimi rodzinna gromadka a dalej kilka osób, pewno przyjaciele i znajomi, podobnie jak to bywa na ślubach. Słyszę specjalne formuły modlitw mszalnych i błogosławieństwa dla nastolatki, które z przekonaniem, mocnym głosem i gestem wyciągniętych rąk wyraża ojciec Cezary. Wyjście orszaku na zewnątrz, gdzie czeka ustrojona dorożka zaprzęgnięta w dwa konie, których dosiadają wyrośnięci chłopcy w strojach. Za powozem zaparkował kolorowy autobus z odkryta platforma. Nieco później widziałem, jak zapełniony młodymi ludźmi, z klaksonem czy muzyka, przejeżdżał sąsiednimi ulicami.

Niedziela wita nas słoneczkiem, dobrym śniadaniem i dzwonami zapraszającymi do kościoła klasztornego. Z o. Dymitrem koncelebrujemy Eucharystie, której przewodniczy nasz współbrat proboszcz. Służba liturgiczna, ministranci, dobrze wyszkoleni, grupa chóralna młodych też na dobrym poziomie. Po Mszy świętej w zakrystii niemało życzliwości i serdeczności okazywanej słowem i gestem, miedzy nimi i wobec kapłanów, w radości. Chyba takie tu zwyczaje.

Po południu, prawie na koniec sjesty, nieoczekiwane słyszymy zaproszenie na spotkanie w salce a właściwie w kafejce parafialnej prowadzonej w pomieszczeniu od strony placu miejskiego przed kościołem. Jest ojciec Dariusz, polski franciszkanin konwentualny i Katarzyna, wolontariuszka, świecka misjonarka. Bratersko dzielimy się naszymi przeżyciami i spostrzeżeniami. Późnym popołudniem o. Cezary proponuje spacer i wejście na gore z wielka figura Chrystusa. Po drodze wstępujemy do domu sióstr z pretekstem zmierzenia ciśnienia przed wejściem na szlak. Niespodzianka dla nas: oto witają nas siostry Albertynki, dwie Polki i Boliwijka. Niezbyt łatwo zakończyć to wejście „na chwile”, tak wiec figurę, oświetloną w mrokach wieczoru i nocy, oglądamy tylko z dołu, z tarasu sióstr.

Na poniedziałek nasz gwardian przewidział wyjazd poza miasto. Droga asfaltowa, dobrze utrzymana, nie to, co u nas w RCA. Celem są odwiedziny ojca Eryka, Polaka z Prowincji w Poznaniu, który mieszka kilkadziesiąt kilometrów od Cochabamba, w miejscowości Tarata, gdzie znajduje się jeden z najstarszych naszych klasztorów w Boliwii. Po drodze zaglądamy do miasteczka Punata, z domami i kościołem pamiętającym jeszcze budownictwo hiszpańskie. Po obu stronach placu piętrowe nieduże domki ze sklepikami na parterze, także z artykułami nowej gamy. Przed kościołem grupka żebraków, wewnątrz chyba kilka rodzin na modlitwie, prawie wszyscy w ubraniach kroju miejscowych Indian, zwłaszcza kobiety. Bogaty wystrój głównego ołtarza i bliżej nas „Nuestra Senora”, figura Maryi. Nie pierwszy raz widzę, jak pobożność wyraża się w bogatym strojeniu figury Matki Bożej, jako pani albo królowej. Z boku obraz MB z Guadalupe, z Meksyku. Jako że jest pora obiadowa, kilkanaście kilometrów dalej podjeżdżamy do ośrodka restauracyjnego z małym hotelikiem, nad dużym stawem, tworzonym przez wodę wypływającą spod zapory zbiornika wyrównawczego wody rzeki. Oczywiście zamawiamy ryby. Przybywają grupy i wycieczki. Młode dziewczęta, chyba licealistki ze szkoły sióstr, bo widać w pobliżu welon opiekunki, korzystają z tzw. rowerów wodnych. Jest październik, ale tutaj to czas ostatnich tygodni roku szkolnego, a kto z nas nie pamięta, że to okres klasowych wyjazdów?

Klasztor braci do którego jedziemy, był w dalekiej przeszłości pierwszym ośrodkiem misyjnym, gdzie była formacja zakonna i kapłańska, i przygotowanie na prace misyjna w tej części kraju, w dużym regionie, który obejmował praktycznie cala wschodnia polowe obecnej Boliwii. Dlatego tez witają nas stare mury piętrowego budynku z szerokimi krużgankami i kolumnami od strony wewnętrznej, z małymi celami, pokoikami zakonników, i z bogata w starodruki biblioteka! Biorę do rak Pismo święte wydane w początkach XVII wieku i myślę o tych, co tutaj byli przed nami. Dzisiaj tylko dwóch braci, Eryk i Laurenty, brat Słowak. I dużo, bardzo dużo prac remontowych i po części przebudowania, aby przystosować klasztor na możliwość przyjmowania grup, spotkań itp. Takie są plany obecnego prowincjała, Bawarczyka. Podziwiam naszego rodaka, który tym wszystkim kieruje. Duży ogród pozwoli na zagospodarowanie a z boku cały las posadzonych drzew eukaliptusowych zaprasza na spacer. Najgrubsze się ścina, ale od pnia znowu wypuszczają pędy z aromatycznymi liśćmi. Można by z nich przygotować i robić naturalne inhalacje! W kościele nieco zadziwia ołtarzyk z figura św. Seweryna, bogato ustrojony, ale tłumaczą mi, ze jest bardzo czczony i że są pielgrzymki, grupy przyjeżdżające z wiosek autobusami, samochodami, nieraz ciężarowymi, nieraz kilka razy w tygodniu. Trzeba ich obsłużyć w kościele: spowiedź, Msza święta. Wszyscy chcą się pomodlić, ofiarować dary, a po części liturgicznej, juz na zewnątrz, spotkać się razem na posiłek i popijanie, świętowanie lokalne. Inne przeżycia i spotkania z sakralnością mieliśmy we wtorek.

Duża statua Pana Jezusa z otwartymi ramionami góruje nad miastem. Mięliśmy tam podejść w niedziele, ale dzisiaj przyjmujemy inna wersje: podjedziemy samochodem i zejdziemy pieszo na dół. Serpentami docieramy na górę i tutaj okazuje się, ze za nią, niewidoczne z dołu, są inne, wyższe góry. Czytamy objaśnienia: wysokość figury ponad 42 metry, tak wiec jest ona nieco większą od bardziej znanej znajdującej się nad Rio de Janeiro. Jesteśmy na wysokości ponad 2 800 metrów nad poziom morza. Nazwa postaci: Jesus de la Concordia, co znaczy „Zgoda”, ale ma też odniesienie do „wspólnoty serc”, jedności serc. Słonce już wysoko i niełatwo zrobić zdjęcie, ale udaje się z pozycji, gdzie kula słoneczna jest za Głową Chrystusa. Powstaje poświata, aureola. Mam czas na krótką modlitwę, westchnienia do Pana, aby Mu powierzyć ludzi i nasze sprawy. Patrzymy na boki daleko, gdzie rozciąga się miasto i inne miejscowości. Szukamy spojrzeniem, gdzie jest nasz kościół i klasztor. Dalej widać jasna linie pustej przestrzeni, lotnisko, które ciągnie się w dole wzdłuż jednego z pasm gór. Praktycznie samolot musi korzystać tylko z jednej otwartej przestrzeni, z przełęczy miedzy górami, aby wystartować czy wylądować! A że na tej wysokości powietrze jest rzadsze, wiec pas startowy jest dłuższy niż na nizinach. My tez szykujemy się do „zładowania”, podejmując schodzenie tarasowo wybudowanymi schodami. Jest ich ponad 850! Na dole trzeba się szczerze przyznać do drżenia łydek i kolan. Dobrze nam zrobi mała sjesta.

Po południu jedziemy do sanktuarium Matki Bożej, nieco poza miasto. Mała kapliczka z otwartą przestrzenią wejściową. Wewnątrz na cokole figurka Matki z Dzieciątkiem. Widać szerokie zagospodarowanie terenu na przyjęcie pielgrzymek. Co mi się podoba, to liczne plansze z treściami modlitw, po prawej i lewej stronie podejścia, wyrażające różne stany uczuć i sytuacje życiowe ludzi w formie zawierzenia i powierzenia ich Naszej Pani. Czytam miedzy innymi tematy dotyczące rodziny, wiary, nałogów, powołania chrześcijańskiego itp. Sadzę, że mają pomóc i zasugerować modlitwę osobistą każdej osoby, która tu przychodzi. Modlimy się dziesiątkę Różańca szczególnie w intencjach naszych braci i sióstr misjonarzy, i całego Kościoła w Boliwii.

W środę rano przyjeżdża do klasztoru o. Stefan Karpeta, redemptorysta, znajomy siostry Gabrieli, dominikanki, znanej mi od czasu jej nowicjatu w Zielonce. – Teraz siostra przygotowuje się w Warszawie na przyjazd do Boliwii, bo niedawno powstała ich wspólnota misyjna w Oruro, gdzie biskupem jest Polak, werbista. Opowiadamy o trudach pracy misyjnej, zabieram CD z nagraniami tekstów hiszpańskich. Przed południem idziemy na wielkie targowisko. Po drodze wstępujemy pozdrowić współbraci w klasztorze san Francisco, gdzie jest siedziba Prowincjała, parafia i dom dla studentów. Widać stary charakter budowli, i kościoła i klasztoru. Tak, historia obecności franciszkanów jest kontynuowana przez braci, z których ponad jedna trzecia to Boliwijczycy. To, co nas szczególnie interesuje na jarmarku, to dział wyrobów artystycznych i ubiorów dzianych. Robimy zakupy, targując się z życzliwymi kobietami. Cezary i Marian skończyli wcześniej i poszli z tłumu. My z Dymitrem decydujemy się na skorzystanie z miejskiego autobusu. W tłoku aut, kolorowych busów i pieszych kierowca rusza powoli, zatrzymując się wszędzie, gdzie ktoś chce wsiąść. Machina warczy, zgrzyta, kopnięciami nogi trzeba pomoc przy zmianie biegów... Ale ludzie bez stresu, życzliwie pomagają sobie w załadowaniu worków, toreb, a nam z uśmiechem wskazują, gdzie mamy wysiąść, aby dotrzeć do domu. Ciekawe doświadczenie codzienności życia w wielkim mieście. Uważam, ze Cochabamba ma inny charakter niż Santa Cruz. Tam wielki ruch, pospiech, gwizdki policji na rondach, magazyny, biura, handel... a tutaj jakoś spokojniej, może też charakter instytucji i uczelni robi swoje. Jest sporo obcokrajowców. Widać to też i w kościele.

Wieczorem zaczyna się triduum przed świętem patronalnym, Matki Boskiej Opatrzności. Miał być nasz ojciec Eryk, ale nie będzie mógł przyjechać, wiec proboszcz mi zaproponował, abym przygotował kazanie, o Matce Bożej i o misjach w Afryce. Po Ewangelii staje z boku przy ołtarzu, zaczynam po polsku a o. Cezary tłumaczy na hiszpański. o. Dymitr przygotował serie zdjęć z Afryki, które w czasie kazania są pokazywane na ekranie. Taka to nasza animacja misyjna!

Czwartkowy poranek jest ostatnim czasem w Cochabambie. Wracamy samolotem do Santa Cruz. Tam mamy mieć spotkania zaproponowane przez Ojca Dominika - Adalberta. O tym innym razem.



Boliwia 3 (11 – 14 X 2007)

Santa Cruz de la Sięrra wita nas, wracających samolotem z Cochabamba w to czwartkowe przedpołudnie o wiele lepsza atmosfera niż to było niecałe dwa tygodnie wcześniej. Widoczność lepsza, słonko grzeje. Czeka nas bogate popołudnie i wieczór z naszym przewodnikiem ojcem Dominikiem. Najpierw zawozi nas na miejsce nieco z boku miasta, gdzie hiszpański biskup, który zrezygnował z funkcji ordynariusza w swoim kraju i przyjechał do Boliwii, z pomocą organizacji - fundacji, czyli dobroczyńców z Hiszpanii, przyczynił się do wybudowania wielu budynków przeznaczonych na edukacje i studia młodych. Jest to określane jako „uniwersytet”, nawet z kościołem akademickim, gdzie pewno włożono sporo pieniędzy w konstrukcje i wykończenie, oraz z pawilonami akademików. Całość robi na mnie wrażenie realizacji wielkiej chęci pomocy w rozwoju kraju, lecz pozostaje z pytaniem czy metoda dawania, zrobienia czegoś dla drugich, ale nie z nimi, jest słuszna?

Inaczej nieco widzę wysiłki w parafiach, które obsługuje nasz o. Dominik – Adalbert. Najpierw docieramy, sądząc po stanie drogi i domów mieszkalnych, do dość ubogiej dzielnicy, gdzie przyciąga wzrok ładnie wykończony kościół pod wezwaniem Bożego Narodzenia. Wybudowano go z pomocą materialna spoza Boliwii, ale z pewnością był też wkład ludzi miejscowych. Przed kościołem grupka młodych muzyków, zwłaszcza dziewcząt, ćwiczy na skrzypcach! Maja być na wieczornej Mszy świętej w drugiej parafii miejskiej ojca Dominika. Tam docieramy późnym popołudniem. Pełno młodych i dzieci, ruch, gwar, jak w bardzo wielkim domu rodzinnym w czasie świętowania. Nie ma jeszcze ani drzwi ani ławek, ale ta sytuacja pozwala właśnie na swobodne wejście czy zaglądanie do środka. Zapalone światła rozjaśniają wnętrze tej świątyni, bardzo przestrzennej, prostej w konstrukcji, ale jakoś cieplej, radosnej. Pasuje wiec tytuł kościoła poświecony świętej Klarze! Za ołtarzem szeroki witraż w formie trapezu, podświetlony tak, aby jaśniał na zewnątrz a dookoła rodzaj tarasu, trawniki i dróżki. Widać, że Proboszcz i ludzie dbają.

Zaczynamy wieczorna Msze świętą, w asyście licznej grupy liturgicznej, gdzie większość to chyba dziewczęta, podlotki jak mówiono w Polsce, o czarnych kruczych włosach, które odbijają się od bieli tunik. Stary ministrant, obserwuje ich wyćwiczone, zgrane i zgrabne ruchy podejścia, skłonów i zachowania przy ołtarzu. Jest to Msza „dla młodzieży”, raczej z młodzieżą, która przynosi dary i miedzy innymi, jako że jesteśmy w październiku, duży pięciokolorowy różaniec. Po Komunii świętej o.Dymitr animuje śpiewem z gitarą, a później widzimy niespodziankę: dwóch młodzieńców od środka kościoła przynosi przed ołtarz stolik z dużym tortem, gdzie na czerwonym kremie biało wypisano „Bienvenidos” Są oklaski i podziękowania, obustronne. Na degustacje trzeba będzie poczekać, bo w programie po celebracji jest przewidziany występ młodszej i starszej grupy mużyków, chłopców i dziewcząt, początkujących i zaawansowanych, którzy z przejęciem koncertują, ciągnąc smyczki po skrzypcach, altówkach i wiolonczelach! Można by pomyśleć: no właśnie, im się chce uczyć, ćwiczyć i mieć czas dla Kościoła.

Późno wieczorem rekreacja, wiec spotykamy się na werandzie klasztornej. Niespodziewanie słyszymy polską mowę! Okazuje się, że jest tu przejazdem kończący wizytę polskich misjonarzy, księży diecezjalnych w Boliwii, ks. Marcin Atlas, delegat do spraw misjonarzy przy Konferencji Episkopatu Polski. Znamy się ze spotkania misjonarzy w Warszawie. Wiele podróżuje, bo też w wielu krajach i regionach są polscy misjonarze. Jutro w piątek wraca przez Stany Zjednoczone tym samym samolotem co o.Dymitr i o.Marian, dla których jest to ostatni dzień w Boliwii.

Mam jeszcze dwa dni w Boliwii, bo lot do Sao Paolo zarezerwowany na niedziele przed południem. Zachęcał mnie już wcześniej ojciec Biskup Antoni, aby pojechać do Concepcion, siedziby Wikariatu Apostolskiego. Więc rano ruszam w drogę, około 300 km autobusem, trasa, którą już znam w jej pierwszej części. Znowu przejazd przez ciekawy most z szynami kolejowymi, gdzie trzeba poczekać, długie pola mormonów, gospodarstwa z kołami wiatraków prądotwórczych albo do pomp wodnych na wieżyczkach, które widzieliśmy jadąc10 dni temu do Ascencion w drodze powrotnej. W San Ramon skręcamy na inna drogę. Wkrótce przed nami otwierają się nowe widoki ze wzgórzami i górami na widnokręgu. Później są blisko i jedziemy wśród nich, pokonując je krętymi podjazdami i zjazdami z hamowaniem. Chyba widać tu więcej stad krów niż na tamtej drodze. Zresztą uważam, że mogą to potwierdzić wywieszki w kolejnej większej miejscowości, San Javier, zachwalające lokalne sery! Czytałem trochę o historii tego regionu i pamiętam, że San Javier było jednym z pierwszych ośrodków misyjnych w tym regionie, wśród Indian nazwanych przez hiszpańskich przybyszów „los Chiquitos”, to znaczy Małych, ze względu na ich niski wzrost. Niedaleko za tą miejscowością tuż przy drodze znajdują się duże skały, gdzie ktoś z pomysłem ustawił domek i regionalna restauracyjkę! Ten pomysł na turystykę potwierdza także samo Concepcion, gdzie wita mnie brat Marek, współbrat z Prowincji św. Jadwigi z Wrocławia. Pamiętam, że spotkaliśmy się przed laty w Dusznikach. Zachęcałem go wtedy, aby przyjechał do nas do RCA. Dzisiaj opowiada mi, że później pracował w Niemczech, ale tuż za granicą, bo w Goerlitz, co Zgorzelcem się zwie po polskiej stronie. Stamtąd przyjechał tu do Diecezji, zaproszony przez Biskupa Antoniego. Ten jest teraz nieobecny, bo wizytuje parafie El Fortin.

Jestem wiec w Concepcion! Po południu przelotny deszcz, ciemne chmury, wiec zostaje w domu i w katedrze, która odrestaurowano, jeśli się nie mylę, około 20 lat temu, przywracając wygląd budowli z czasów pracy jezuitów, pierwszych misjonarzy w tym regionie. Z mądrością połączyli europejską kulturę baroku z kultura budowli miejscowych, korzystając obficie z drewna. Mówią o tym okazale kolumny i konstrukcja stropu, bogato rzeźbione ołtarze i konfesjonały a także malowidła, które mogę podziwiać. Po prawej stronie z przodu grób biskupa Antoniego Edwarda Boesla, który zmarł tutaj prze 7 laty. Cześć mieszkalna, gdzie mieszka Biskup i współbracia, także z drewnianymi kolumnami na werandach. Po deszczu wychodzę na zewnątrz, gdzie słychać muzykowanie kapeli, gdzie mogę oglądać wyroby rękodzielnicze tkackie i rzeźby, a po drugiej stronie uliczki okazyjne stoiska z jedzeniem. Jeszcze w czasach jezuitów misja zorganizowała szkoły i warsztaty, i to istnieje do dzisiaj. Zaglądam do muzeum, gdzie niemało przedmiotów sakralnych z tamtych czasów, miedzy innymi tabernakulum z kolumnami, ale tez model drewnianej struktury katedry i jej plany techniczne, wszystko praca oddanego świeckiego misjonarza ze Szwajcarii, który w latach ubiegłego wieku poświęcił swe życie, zdolności i umiejętności, aby ocalić i zachować bogactwo kultury Indian Chiquitos. Wieczorem w katedrze jeszcze inna forma wysiłku misjonarzy w dziedzinie Inkulturacji, która zaowocowała. Rozpoznali naturalne zdolności muzyczne Indian, nauczyli ich i przekazali im technikę konstrukcji instrumentów i śpiewów barokowych, słyszymy teraz stare lokalne kompozycje po łacinie i po hiszpańsku wykonywane przez młodych ludzi ośmioosobowego choru mieszanego z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego. Katedra mimo późnej pory prawie pełna ludzi. Można poznać, że są to przybysze, turyści. Sądzę, że dzisiejsza forma życia ludzi tutaj jest przesiąknięta tradycja, jaka stworzył Kościół, umiejętnie łącząc wyrażenia kultur, europejskiej i lokalnej.

W sobotę rano z radością i wdzięcznością celebruje Mszę świętą w tym świętym miejscu, gdzie tylu braci pracowało i pracuje, miedzy innymi z Polski! A później wybieramy się z bratem Markiem na spacer. Najpierw obiecana niespodzianka: wystawa kwiatów orchidei, niejako symbolu tego regionu. Są właśnie dni VII międzynarodowego festiwalu orchidei w Conception, co tłumaczy obecność tylu ludzi z zewnątrz, różnojęzycznych, tyle samochodów przed hotelem, gdzie w ogrodzie jest właśnie ekspozycja tych pięknych kwiatów. Robie niemało zdjęć, bo naprawdę warto. Nie tylko w doniczkach, ale tez na kawałkach drzewa, na słupkach, wszędzie kolorowe różnej formy kwiaty. Następnie jedziemy zobaczyć miasteczko. Nad zalewem przy metalowym krzyżu siódmej stacji Drogi Krzyżowej znajduje się tabliczka pamiątkowa tragicznej śmierci Biskupa Boesla. Bardzo często lubił tu popływać. 13 października 2001 roku utonął z powodu zawału serca. Dziś jest rocznica i modlimy się za niego. Na stoisku kupuje rzeźbione barokowe znaki tego miejsca: kolumienkę i aniołka! A przy wejściu do katedry, na szerokim podsieniu jest właśnie konkurs rysunkowy dla dzieci. Oczywiście tematem jest kwiat orchidei! Widać dusze artystyczne!

Kończę moje 24 godziny w Concepcion. Zegnamy się z Markiem na stacji autobusowej. 5 godzin później będę w klasztorze u nas w Santa Cruz. Powrotna podróż jest czasem wyciszenia i modlitwy.

Dziękuję Panu Bogu za to, co dal mi przeżyć tu w Boliwii w ciągu tych dwóch tygodni: Piękno i dobro w życiu Kościoła i ludzi, którzy go tworzą. Dziękuję Mu za naszych Braci i Siostry, którzy kontynuują tutaj misje Kościoła.

Ponad dwa tygodnie pełne wielu spotkań i wrażeń w Boliwii kończę w niedziele do południa. Najpierw rano Mszą świętą w kaplicy klasztornej, która już zdążyłem polubić, może że względu na figurę świętego Antoniego o indiańskich rysach; a może dlatego, że tutaj mogłem się modlić brewiarzem po hiszpańsku? To ostatnie miejsce w domu, z którym się zegnam przed wyjazdem na lotnisko. Tam cierpliwe oczekiwanie, później ponad trzy godziny lotu i znowu jestem w Brazylii.
Sao Paulo dotychczas jest dla mnie tylko miejscem przesiadek! Tutaj doleciałem z Frankfurtu miesiąc temu, aby jeszcze tej samej nocy polecieć do Salvadoru, do Zosi. Tutaj byłem przejazdem z Salvadoru do Kurytyby i tydzień później z powrotem, aby pojechać do Santa Cruz, skąd dzisiaj przybywam. Teraz nie tylko lotnisko – metro - autobus, ale mam pozostań w mieście, na 24 godziny.

Jadę metrem na stacje, gdzie blisko mieszkają siostry kombonianki, współsiostry S. Siry, która przekazała mnie pod ich opiekę. Gubię się trochę na uliczkach, bo źle odczytałem plan na stacji, ale to nic, trafiam do domu, który wcale nie wygląda na klasztor! Na dole sklepiki, zrobione, jak się dowiem, z garażów. Z wynajmu miejsca jest dochód, pomoc w utrzymaniu sióstr. Mogę rozmawiać po francusku, bo druga siostra Sira, starsza od tamtej w Kurytybie, jest misjonarka w Czadzie a tutaj od kilku miesięcy na leczeniu. Chyba nawet spotkaliśmy się kiedyś w RCA. Odpoczywam, rozmawiam z siostrami. Pytam o jutrzejsza Msze świętą. Proponują, abym odprawił w ich oratorium. Wiec na wieczór czytam teksty po portugalsku, co owocuje w składnej liturgii w poniedziałek. Do południa wybieramy się na krótkie zwiedzanie starej części miasta. – Katedra, niedaleko klasztor mniszy, a później idziemy w stronę kościoła i klasztoru franciszkanów. Przy ulicy duży teatr, i co widzę? Afisz zapowiadający koncert: Z symfoniczną orkiestra municypalna wystąpi w piątek 26 października o 21,00 pianistka Agnieszka Ufniarz! - Nie znam artystki, ale polskie nazwisko w sercu brazylijskiej megapolii cieszy oko. Podążamy dalej. Kościół i klasztor benedyktynów,. Akurat jest południe mnisi zaczynają śpiewać brewiarzową modlitwę dnia. Młodzi, chyba około 20, w ciemnych habitach przy ołtarzu, a w ławkach w nawie dość liczna grupa ludzi. Tak wiec miasto nie tylko żyje wielkim przemysłem i handlem międzynarodowym, ale też jest „niesione” przed Boga właśnie w tej modlitwie Kościoła! Wracamy do domu, jemy obiad, później krotki odpoczynek i wyjazd na lotnisko, tym razem juz po raz ostatni w tej podróży.



Zegnam Brazylie i kontynent Ameryki Południowej o zmierzchu, praktycznie w godzinie, w której przed miesiącem tutaj przyjechałem. Siedzę w poczekalni, modlę się brewiarzem, wspominam cały ten czas darowany mi przez Pana Boga i przez życzliwych ludzi. Zabieram w sercu i w pamięci wszystkie spotkania, rozmowy, wszystko, co mogłem zobaczyć i usłyszeć, przeżyć razem z moimi braćmi i siostrami. Wszystko to pomaga mi lepiej zrozumieć i przyjąć prawdę o Kościele, który jest wszędzie jako jedna Rodzina, moja, nasza Rodzina. – Przecież właśnie dlatego, że jestem zakonnikiem, kapłanem i misjonarzem, mogłem tutaj przybyć, przyjechać do swoich!
Bóg zapłać!
o. Zbigniew, Tadeusz Kusy







©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna