Wspomnienia z wojny



Pobieranie 34.36 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar34.36 Kb.

Wspomnienia z wojny


Pan Antoni Siemieniako jest mieszkańcem gminy Krynki, który przeżył II wojnę światową. Zgodził się opowiedzieć mi o tym, co przeżył i o tym, czego był świadkiem.



  • W okresie międzywojennym Krynki liczyły około 10 tysięcy mieszkańców, ponad połowę tej liczby stanowili Żydzi. Mieli oni w swych rękach cały handel, prowadzili też bardzo ważne dla miejscowości garbarnie. Mieli również swoje szkoły i odrębny szpital, który nazwali ,,LINAS HECEDYK” . Znajdował się on na ulicy Czystej. Jedna ze szkół mieściła się na ulicy 3-go maja, natomiast druga na ulicy Sokólskiej.- Tak zaczął swoją opowieść pan Antoni.

- We wrześniu 1939 roku do Krynek wkroczyły wojska radzieckie, a całe województwo białostockie zostało włączone do związku radzieckiego. Rosjanie tłumaczyli wtedy nam-Polakom, że próbują nas ratować przed zbliżającymi się Niemcami. Sowieci utworzyli z Krynek miasto powiatowe, stacjonował tu Radziecki Pułk Pancerny. Żołnierze mieszkali w prywatnych kwaterach , a czołgi i samochody wojskowe stacjonowały w kryńskich stodołach i oborach. W szkołach język polski zastąpiono językiem rosyjskim. Po ustanowieniu władzy radzieckiej zaczęto wywozić Polaków. Pierwsza wywózka miała miejsce w styczniu 1940 roku. Wywieziono, lub aresztowano wtedy wszystkich polskich urzędników, gajowych i leśniczych, a ich rodziny wraz z dziećmi deportowano na Syberię. Druga wywózka była w drugiej połowie 1940 roku, a trzecia 18.06.1941 r. W głąb Rosji wywożono nie tylko Polaków ale także dużo bogatych Żydów.

Przerwijmy na chwile opowieść pana Siemieniako, bo mieszka w Krynkach osoba, która spędziła 5 długich lat na Syberii. Osoba ta ze względu na swoje głębokie przeżycia prosiła o anonimowość. Mogę jedynie zdradzić, że jest to kobieta.



  • Pamiętam to doskonale, był czerwiec 1941 roku. O godzinie czwartej rano weszły do naszego domu wojska radzieckie. Żołnierze powiedzieli, że mamy godzinę, aby zapakować swoje rzeczy na wóz. Rodzice starali się wziąć jak najwięcej, ojciec był masarzem, więc rzucił na wóz skrzynię słoniny, która później uratowała nam życie. Byliśmy raczej bogaci, niż biedni, nigdy niczego nam nie brakowało. Skręcaliśmy właśnie z ul. Polnej na ul. Grodzieńską, wszyscy byliśmy bardzo głodni, pewna znajoma pani rzuciła nam bochenek chleba. Eskortowało nas trzech żołnierzy, dwóch Rosjan i jeden Polak, który u nich służył. Ten właśnie Polak chwycił ten chleb i rzucił go między kamienie. Nigdy tego nie zapomnę, tym bardziej, że on jeszcze żyje i mieszka w Krynkach. Jechaliśmy bardzo długo, aż dotarliśmy do Nowosybirska. Tam przesiedliśmy się na statek i rzeką Ob popłynęliśmy daleko na północ. Zatrzymaliśmy się dopiero wśród gęstej tajgi, poprzez którą musieliśmy się przedzierać, aby dotrzeć do kołchozu. Miejscowość, w której zamieszkaliśmy nosiła nazwę Siegiendzina. Panowały tam straszne warunki, największym problemem był głód. Osoba niepracująca dostawała tylko 200 g. chleba dziennie. Wielu ludzi umarło z głodu, wielu też odebrało sobie życie. Jedliśmy wszystko, co się dało, nawet zdechłe zwierzęta znalezione w lesie. Słyszałam również o takim przypadku, kiedy dzieci zabiły i zjadły własnego ojca. Moi rodzice ze swojej strony robili wszystko, abyśmy nie byli głodni. Często oddawali nam swoje porcje chleba, a sami nic nie jedli przez cały dzień. Zbierali też w lesie korzonki i gotowali zupę. Ojciec często chodził po pobliskich wsiach i prosił o jedzenie. Pewnego dnia poszedł do jakiejś kobiety, która wygoniła go z domu, a chwilę później wyniosła dla swego psa garnek ciepłych ziemniaków. Tata był bardzo głodny, więc wyciągną rękę, aby cokolwiek chwycić. Wtedy pies go ugryzł, a on wrócił z niczym. Zdobywaliśmy pożywienie na różne sposoby. Po wykopkach chodziliśmy po polach i szukaliśmy ziemniaków, które czasami zostawały w ziemi. Robiliśmy to przeważnie w nocy, bo było to surowo zabronione. Oprócz głodu dokuczały nam bardzo myszy, wszy i szczury. Wszędzie było brudno, nie mieliśmy ani szamponu, ani mydła, ani proszku do prania, jednym słowem żadnych szans na zachowanie czystości. Takie warunki nauczyły nas wielu pożytecznych rzeczy, np. gotowaliśmy popiół i praliśmy w nim ubrania. Mimo to szerzyły się choroby, nad którymi bardzo trudno było zapanować, a rany, o które wcale nie było trudno wogóle się nie goiły. Gdy trafiłam do obozu miałam zaledwie 10 lat, a tej pory pozostały mi blizny. Moi rodzice byli bardzo religijni, wiele godzin spędzaliśmy na modlitwie. Tak też pewnej nocy przyśniła się mojej mamie Matka Boska w pięknej niebieskiej sukni. Stała nad ziemią w świetlnej poświacie i uśmiechała się. Mama rzuciła jej się do stóp, płacząc ciągnęła ją za suknię i błagała: ,,Mamusiu zabierz nas do domu”. A Maryja jej odpowiedziała: ,,Módlcie się, a szczęśliwie wrócicie”. –Przez całą swoją opowieść kobieta, z którą rozmawiałem z trudem powstrzymywała łzy, jednak w tym momencie nie wytrzymała i rozpłakała się jak dziecko. Z pewnością bardzo trudno było jej opowiadać o tym, co przeżyła podczas wojny, jestem więc pełen podziwu, ze mimo wszystko zgodziła się na to.

- Była wśród nas kobieta, która kilka razy próbowała się powiesić, jednak nigdy jej się to nie udawało. Zawsze ktoś ją w porę znalazł i okazywało się, że za każdym razem miała przy sobie różaniec. Pewnego dnia ta kobieta podjęła kolejną próbę samobójczą, tym razem skuteczną, a niedługo potem znaleziono pod jej poduszką różaniec.

Wielu mężczyzn z naszego obozu zapisało się do powstającej Armii Kościuszkowskiej, która szła od Lenina do Berlina. Mówili, że wolą zginąć walcząc w obronie ojczyzny, niż skonać z głodu.

Po długim i męczącym pobycie na Syberii, wraz z rodziną zostałam przeniesiona na Ukrainę, do miejscowości, która nazywała się Kałacz. Tam mieliśmy już trochę lepsze warunki, a to wszystko dzięki tacie, który był masarzem i robił wędliny dla radzieckich żołnierzy. Przy okazji zawsze przemycił coś dla nas.

Byliśmy bardzo szczęśliwi, kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy wolni. Wracając do domu, przejeżdżaliśmy przez Majdanek koło Lublina. Widok był straszny, wszędzie porozrzucane były sandały, w beczkach stała krew, a na ziemi pełno było ludzkich kości. To, co mogło się tam wydarzyć, przechodziło ludzką wyobraźnię. Bardzo trudno jest opisać, co wtedy czuliśmy. Tak wiele niewinnej krwi zostało wylanej i to bez żadnego sensownego powodu. Na Majdanku rozdawano nam ulotki, które informowały nas, że możemy zamieszkać w niemieckich domostwach i że jest tam wszystko, czego moglibyśmy potrzebować, bo Niemcy uciekając nie zdołali wiele zabrać. Moja mama chciała skorzystać z tej oferty, bo doskonale wiedziała, że w Krynkach nie mamy już nic, jednak tata nie zgodził się na to i powiedział, że wrócimy do domu i jakoś sobie poradzimy. Tak też się stało, jednak na początku było bardzo trudno. Pamiętam, miałam wtedy 15 lat, a ojciec kazał mi iść boso do szkoły. Długo mu się sprzeciwiałam, ale nie miałam innego wyboru, musiałam iść. Wszyscy moi koledzy i koleżanki patrzyli na mnie z szyderczym uśmiechem, oni chyba nic nie rozumieli, cieszyli się tym, że w tym momencie byłam od nich gorsza. Do tej pory mam za złe tacie, że mnie tak wysłał do szkoły. Potem chodziliśmy razem z rodzeństwem po śmietnikach, zbieraliśmy stare, porwane kalosze, wycinaliśmy z nich podeszwy, przewiązywaliśmy wstążką i w takich butach chodziliśmy. – Na tym kończy się opisana w wielkim skrócie przygoda 72- letniej mieszkanki Krynek. Powinna być ona przestrogą dla kolejnych pokoleń. Niestety ludzie w dzisiejszych czasach zapominają o podstawowych wartościach moralnych, a świat, w którym każdy pożąda bardziej władzy i pieniędzy, niż miłości i pokoju, zdąża najwyraźniej ku nowej wojnie, która z pewnością będzie bardziej tragiczna w skutkach niż poprzednia.



Powróćmy zatem do opowieści pana Siemieniako:

  • W nocy z 21 na 22 czerwca 1941 roku hitlerowskie Niemcy bez wypowiedzenia wojny uderzyły na ZSRR. Wybuchła panika i wojska radzieckie cofały się w popłochu. W tym czasie niemieckie lotnictwo bombardowało Krynki, a szczególnie żydowskie dzielnice. Niemcy dobrze wiedzieli, gdzie mieszkali Żydzi i doszczętnie spalili żydowskie dzielnice, pierwszą między ul. Sokólską a Kościelną i drugą między ul. Garbarską a Wojska Polskiego. Już 27 czerwca1941 roku Niemcy wkroczyli do Krynek i zaczęli ustanawiać swoją władzę. Ludzie o poglądach komunistycznych zostali rozstrzelani. Wyprowadzano ich za górę przy szosie do Krynek i mordowano przy dużym leju po bombie. Zginęło tam około 80 osób. Po wojnie ten lej zrównano, posadzono drzewa i ustawiono obelisk. Byłem przypadkowo świadkiem takiego wydarzenia. – Wspomina pan Antoni.

  • Było to w pierwszych dniach lipca 1941 roku. Grabiłem skoszoną koniczynę po przeciwnej stronie szosy, w odległości około 150 m. od jamy. Niemcy trzy razy w ciągu dnia przypędzali i rozstrzeliwali ludzi, stawiając ich nad jamą i strzelając w tył głowy. Za pierwszym razem przygonili czterech, za drugim trzech, a za trzecim dwóch. Tych ostatnich postawili przodem, a jeden z nich zdążył nawet się przeżegnać. Gdy Niemcy odeszli, ja zaciekawiony podszedłem do tej jamy. Ciała były trochę przysypane, a niektóre jeszcze się ruszały.

Niemcy po ustanowieniu swojej władzy w Krynkach zaczęli wywozić młodzież, która ukończyła 18 lat na roboty przymusowe do Niemiec. We wrześniu każdy sołtys musiał wytypować ze swojej wioski od 3 do 7 chłopców i dziewcząt. Do wiosny 1942 roku z wywózką był spokój, lecz na wiosnę sołtysi znowu musieli typować dwa razy. Do zimy wywieziono około 50 osób, a sołtysi mieli już dość typowania, bo były z tego powodu kłótnie i nieprzyjemności. Dlatego tez w czasie zimy uzgodnili z Niemcami, aby wywozić według daty urodzenia. Ustalono, że najpierw wyjadą dziewczęta urodzone w 1924 i 1925 roku i chłopcy urodzeni w 1922 i 1923 roku. Już w maju 1943 roku wysłano imienne nakazy. Pierwszy pobór był 14 maja a drugi 24 maja, mnie zabrali w drugim poborze. Razem ze mną wywieziono ok. 80 osób. Były jeszcze później zsyłki do Niemiec w drugiej połowie 1943 r. i na początku roku 1944. Na tym skończyły się deportacje do Niemiec, bo w czerwcu 1944 r. ruszyła radziecka ofensywa i już w lipcu 1944 r. wojska radzieckie wkroczyły do Krynek. Zanim jednak do tego doszło Niemcy zdążyli utworzyć w Krynkach żydowskie getto. We wrześniu 1941 r. zaczęli ogradzać teren getta płotem, a już w listopadzie tego roku umieścili tam wszystkich kryńskich Żydów. Na każdego z nich przypadało tylko 2 m2 powierzchni. Żydzi w getcie mieli swoją policję i lokalny urząd (Judenrat). Wszyscy byli oznaczeni żółtą, sześcioramienną gwiazdą, tak zwaną gwiazdą Dawida, musieli nosić ją na plecach i na piersi, tak aby była widoczna. Żydzi wychodzili na teren miasta do różnych robót publicznych, np. w zimie odśnieżali szosę Krynki – Sokółka. Już w październiku 1942 r. Niemcy zaczęli likwidować getto. Na ten dzień dali nakaz sołtysom, aby wysłali pod bramy getta fury z końmi. Na te fury kazali wsiadać Żydom, ile się tylko zmieści. Potem odwozili ich w kierunku Grodna, gdzie ładowali ich do wagonów i odsyłali do Treblinki, tam podobno zostali spaleni. Żydzi w getcie mieli głodowe racje żywnościowe, z tego powodu wielu z nich umarło. Tych, co przeżyli wywieźli, przy czym bili ich i znęcali się nad nimi. W Krynkach zostało tylko około 100 Żydów – szewców, których potem odtransportowano do Sokółki. Tam Niemcy utworzyli duże zakłady obuwnicze, w których produkowano obuwie na potrzeby wojska. Co Niemcy zrobili z tymi Żydami, gdy byli już niepotrzebni, tego nie wiem.

Wróćmy jednak do robót przymusowych. Ja Antoni Siemieniako dostałem wezwanie 24. 05.1943 r. Razem ze mną wyjechało ok. 50 osób. Wyznaczono nam zbiórkę przy obecnym przestanku PKS i ciężarowym samochodem odwieziono nas pod eskortą do Sokółki, gdzie spędziliśmy noc w ogrodowych barakach ogrodzonych drutem kolczastym, tam, gdzie obecnie znajduje się targowica. Nazajutrz eskortowano nas na dworzec kolejowy i załadowano do wagonów. Niemcy ostrzegali, ze jeśli ktoś będzie próbował uciekać, będą strzelać. Razem ze mną jechali : Grzegorz Kostecki, Jan Kuryło, Maria Dziadel, Wacław Dziadel, Adolfina Janowicz, Jan Sacharkiewicz, który już nie wrócił, oraz wiele, wiele innych, których po tak długim okresie czasu trudno sobie przypomnieć. Zawieziono nas wszystkich do Grodna, gdzie przeszliśmy komisję lekarską. Tego samego dnia Niemcy zagonili nas do łaźni, a 26 maja eskortowano nas na stację kolejową w Grodnie, gdzie załadowano nas do krytych wagonów towarowych. Do wagonów obok wsiedli ludzie z okolic Grodna. Około godziny 9.00 pociąg ruszył, jechaliśmy przez Augustów, Suwałki, Ełk, Kętrzyn, aż do Keningsberku (obecnie Kalingrad). Kilku chłopców wyskoczyło nawet z pociągu. Dalej jechaliśmy przez Pasłęk, tam zostawiono grupę zza Grodna, a nasza grupę z okolic Krynek zawieziono do Mochrungen (obecnie Morąg). Tam przenocowaliśmy, a 28 maja w Arbetsamcie czyli urzędzie pracy zrobiono nam zdjęcia do nowych dowodów. Wkrótce potem przyjechali gospodarze niemieccy i zaczęto nas rozdzielać. Słyszałem jak moja przyszła gospodyni prosiła urzędnika, aby dać jej chłopca, który umie pracować w gospodarstwie rolnym i zajmować się końmi. Kiedy urzędnik podszedł do nas i zapytał o kogoś takiego, zgłosiłem się i tym sposobem przydzielono mnie do tej kobiety. Wyglądała ona na bardzo sympatyczna osobę, od razu wydała mi się bardzo miła i jak się później okazało, moje spostrzeżenia były słuszne. Moja gospodyni mieszkała w dużej, rolniczej wiosce położonej między Malborkiem a Iławą, która nazywała się Aldkrisburk (obecnie Stary Dżieżgoń). Kiedy tam dotarliśmy dostałem kolacje, a później pokój, miednicę, ręczniki i kawałek mydła. W pokoju była szafa na ubrania, stół, dwa krzesła, łóżko z pierzyną i poduszką, oraz kaflowy piec. Niemka, u której zamieszkałem nazywała się Harlotte Herrmman, miała 40 lat, a jej mąż był na wojnie. Pracował o niej Francuz – niewolnik i miejscowa, trzydziestoletnia Niemka, która miała trzech synów. Gospodarstwo, na którym przyszło mi się pracować, było zelektryfikowane i dobrze wyposażone. Miałem do dyspozycji miedzy innymi duży silnik elektryczny, piłę tarczową, konną kosiarkę, siewnik, snopowiązałkę, pługi, oraz brony. Jeśli zaś chodzi o hodowlę to moja gospodyni miała dwie klacze robocze, dwa źrebaki, cztery krowy dojne, jałówki, świnie i drób. Całe gospodarstwo ogółem miało 25 hektarów . Początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do nowego miejsca, nie znałem języka, obyczajów, a nawet obsługi maszyn. Wszystkiego jednak powoli się nauczyłem, np. języka uczyła mnie służąca Niemka, która nazywała się Berta. Była dobrą nauczycielką, tak więc po upływie dwóch lat biegle władałem językiem niemieckim. Jeśli chodzi o podział obowiązków to ja zajmowałem się końmi i wykonywałem wszystkie roboty z nimi związane, Francuz doglądał krowy i świnie, a służąca doiła krowy i zajmowała się drobiem. W wiosce, w której mieszkałem, dużo było Niemców o polskich nazwiskach, np. Zablowski, Pawłowski, Konopacki, Górski. Byli oni już przeważnie zgermanizowani, ale starsi umieli rozmawiać po polsku, co za czasów Hitlera było surowo zabronione. W wiosce, w której mieszkałem, oprócz Polaków, których było około 40 pracowali również Białorusini, Ukraińcy, Litwini i Francuzi. Bardzo szybko się z nimi zapoznałem, a po pracy i w niedzielę, kiedy mieliśmy wolne spotykaliśmy się i urządzaliśmy zabawy. Oprócz wyżywienia i dachu nad głową wszyscy robotnicy otrzymywali za swoją pracę po 21 marek miesięcznie. Pieniądze te nie pozwalały jednak na kupienie niczego prócz piwa i lodów, bo wszystko inne było na kartki. Aby odróżnić się od Niemców, Polacy i Rosjanie musieli nosić na prawej piersi oznaczenia. Każdy Polak oznaczony był więc granatową literą ,,P” na żółtym tle, a Rosjanin białymi literami ,,OST” na niebieskim tle. Takie oznaczenia nie mogły być przypięte agrafką, ale musiały być przyszyte na stałe. Bardzo dziwne było to, ze Ukraińcy, Białorusini i inni nie byli oznaczeni, mimo to wszystkich traktowano tak samo. Przyznam szczerze, że moja gospodyni i jej dzieci odnosiły się do mnie życzliwie, nie mieli powodów, aby źle się ze mną obchodzić, bo bardzo dobrze pracowałem. Jeśli zaś chodzi o moje kontakty z Francuzem, to nie zdążyliśmy się dobrze poznać, bo on niedługo po moim przyjeździe wyjechał. Miałem jednak szczęście, że trafiłem do dobrych gospodarzy, bo stosunki niemieckich cywilów do robotników były naprawdę różne. Tam, gdzie gospodarze byli wrogo nastawieni do Polaków, gwałtowne zmiany nastąpiły dopiero po klęsce pod Stalingradem. Co do religijności Polaków, to myślę, że w miarę możliwości została ona zachowana. W pierwszą niedzielę każdego miesiąca o godzinie 12.00 w kościele katolickim była odprawiana Msza Święta dla Polaków. Spowiedź była ogólna, polegała na tym, że ksiądz czytał rachunek sumienia, a każdy w duchu przypominał sobie swoje grzechy. Ja do kościoła miałem 10 kilometrów i jeździłem tam rowerem.

Zdarzało się, że dziewczyna zaszła w ciążę, wtedy odsyłano ją do domu. Po pewnym czasie ciąża stała się dla dziewcząt łatwym sposobem na powrót do domu. Kiedy jednak Niemcy zorientowali się, że dziewczyny robią to specjalnie, zaczęli załatwiać tą sprawę inaczej. Mianowicie pytano dziewczynę kto jest ojcem, jeśli chłopak, którego wskazała przyznał się do tego, przydzielano ich do jednego gospodarstwa, a dziewczynie dawano jakąś łatwą pracę, np. w kuchni. Bywało również tak, że Niemki utrzymywały bliższe stosunki z obcokrajowcami. Było to surowo zakazane i jeśli takie informacje dotarły do niemieckiej policji, to Niemkę zsyłano do obozu koncentracyjnego, a obcokrajowca mordowano. Jak widać hitlerowski ustrój był surowy nawet dla narodu niemieckiego, dawał mu jednak dobre warunki do życia.



1.09.1944 roku ruszyła radziecka ofensywa i Niemcy były zmuszone do odwrotu. Kiedy linia frontu ustabilizowała się wzdłuż Biebrzy, Narwi i Wisły, Niemcy zaczęli kopać okopy i rowy przeciwpancerne. Wtedy zabrano nas – robotników od gospodarzy na dwa tygodnie. W Morągu załadowano nas do wagonów i zawieziono do Tilzit ( obecnie Tylża ). Po dwóch tygodniach wróciliśmy do domu, a Niemcy wysłali kolejny transport. Pod koniec 1944 roku mój gospodarz przyjechał do domu na święta bożego narodzenia. Wojsko dało mu dwutygodniowy urlop świąteczny. Kiedy w styczniu 1945 roku odjeżdżał, prosił mnie, abym zaopiekował się jego rodziną w razie ataku ZSSR. Moja gospodyni też przeczuwała, że wojska radzieckie niedługo zaatakują, poleciła mi więc, abym zrobił dwie skrzynie na bieliznę. Wszystkie te przeczucia wkrótce się sprawdziły. Już 12.01.1945 roku ruszyła zimowa ofensywa, wojska radzieckie przełamały niemiecką linię obrony i zaczęły wkraczać na teren Prus Wschodnich. Wtedy przyszło zarządzenie od niemieckich władz, aby uciekać na zachód przed związkiem radzieckim. Niedługo potem, a dokładnie 21.01.1945 r. osiodłałem konie i przygotowałem wóz do odjazdu. O północy wyjechaliśmy w głąb Niemiec. Jechaliśmy bardzo długo, między innymi przez Malbork, Tczew, Bytów, Koszalin i Kołobrzeg, aż do Odry, do której dotarliśmy dopiero miesiąc po opuszczeniu naszej wioski. Przez rzekę przeprawiliśmy się promem i jechaliśmy dalej na zachód, aż dotarliśmy do wioski Bebelin w Meklemburgi, gdzie przydzielono nas do przygotowanych już kwater. Podróż była długa i męcząca, ułatwiał ją trochę rząd niemiecki, który wydawał uciekinierom posiłki i herbatę. Później okazało się, że ta cała ucieczka nie miała sensu, bo wojska radzieckie szybko przekroczyły Odrę i posuwały się dalej na północ. Już 03.05.1945 r. wkroczyły do wioski Bebelin i wyzwoliły nas mówiąc : ,,Dosyć pracowania dla Niemców, wracajcie do domu”. Żołnierze radzieccy zachowywali się jak nasi wybawcy, byli dla nas bardzo mili i gościnni. Postawili nawet na stole gąsiorek wódki i dali nam do czytania rosyjską gazetę - ,,Prawda”, gdzie na pierwszej stronie było zdjęcie polskiego rządu. Ja dosyć dobrze znałem język rosyjski i dlatego tłumaczyłam moim kolegom wszystko to, co mówili Niemcy, a powiedzieli, abyśmy wracali do domu, a tam nasz rząd sam się z nami rozprawi. Ja przed wyjazdem poszedłem jeszcze, aby pożegnać się z moją gospodynią i jej dziećmi. Muszę przyznać, że przez ten czas, kiedy u nich mieszkałem, bardzo się zżyliśmy i smutno nam było się rozstawać. Niemka ze łzami w oczach powiedziała do mnie : ,,Ty jedziesz już do domu, do rodziny, jesteś szczęśliwy, a co z nami ruscy zrobią”. A ja jej odpowiedziałem : ,,Nic złego z wami nie zrobią, ukarzą tylko hitlerowców i gestapo, z nimi będzie źle, a wy możecie być spokojni”. Potem gospodyni podziękowała mi za opiekę i prosiła, abym do niej napisał, jak już będę w domu. . Wyjechaliśmy 04.05.1945 r., a było nas razem dziesięciu. W drodze mieliśmy duży problem z wyżywieniem, bo to co wzięliśmy ze sobą na wóz szybko się skończyło. Na szczęście zupy i chleb wydawano nam po drodze z wojskowej kuchni. Jeśli zaś chodzi o konie, to karmiliśmy je koszoną trawą. Po jedenastu dniach podróży dotarliśmy do Odry, na rzece był położony most pontonowy, którym przedostaliśmy się na drugą stronę. Okazało się, że wioski są zupełnie puste, wszyscy Niemcy uciekli na zachód. Kiedy dojechaliśmy do Gorzowa Wielkopolskiego, Rosjanie zabrali nam wóz i konie, a my byliśmy zmuszeni podróżować na platformach pociągów towarowych. W ten sposób dotarliśmy do Poznania, tam się rozstaliśmy i każdy pojechał w swoją stronę. Ja pociągiem osobowym pojechałem do Próżkowa, bo Warszawa była wtedy w gruzach i nie dochodziły tam żadne pociągi. Z Próżkowa na Pragę musiałem jechać konną furą, za co trzeba było zapłacić 100 zł. Kiedy dotarłem na miejsce nie poznałem tego miasta, nie była to już stolica państwa, tylko jedno wielkie rumowisko. Gdy na to patrzyłem ogarniał mnie strach i przerażenie na samą myśl o tym, co mogło się tu wydarzyć. Na Pradze przenocowałem u pewnej kobiety, a nazajutrz, czyli 22.05.1945 r. poszedłem na dworzec wileński i stamtąd pojechałem do Białegostoku. Na dworcu spotkałem znajomą dziewczynę z Plebanowa, która też wracała z Niemiec i dalej podróżowaliśmy już razem. Z Białegostoku pociągiem dotarliśmy do Sokółki. Dalej musieliśmy iść pieszo, bo nie kursowały żadne autobusy. Do domu dotarłem 24.05.1945 r., a więc równo dwa lata spędziłem we wschodnich Prusach i Meklemburgu – później Niemiecka Republika Demokratyczna (NRD). Po powrocie napisałem list do mojej gospodyni, do NRD, ale list ten do niej nie dotarł z powodu powojennego bałaganu. W 1983 r. pojechałem do Gdańska, aby odwiedzić mojego kolegę – Bronisława Fidziukiewicza. Wracając postanowiłem pojechać do tej wioski, w której pracowałem przed laty. Kiedy zaszedłem do mieszkania, okazało się, że mieszka tam polskie małżeństwo z Mazowsza. Przedstawiłem się więc i powiedziałem im kogo szukam. Gospodyni domu powiedziała mi, że Niemka, o którą pytam była tu w odwiedzinach w 1978 r. i zostawiła swój adres z NRD. To był ten sam adres, pod który kiedyś do niej pisałem. Kiedy po podróży wróciłem do domu, napisałem do mojej gospodyni krótki list po niemiecku, w którym podałem jej swój adres. Trzy tygodnie później dostałem odpowiedz. Niemka pisała, że u nich wszystko w porządku i że mąż szczęśliwie odnalazł ich po wojnie. Prosiła również, abym napisał jej trochę więcej o sobie. Napisałem więc do niej długi list, a ona mi znowu odpisała i tak zaczęła się nasza korespondencja. Wkrótce dostałem zaproszenie do NRD, z którego chętnie skorzystałem. Później moi przyjaciele odwiedzili mnie w Polsce i nadal ze sobą korespondujemy.- Zakończył swoją opowieść pan Antoni.




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna