Wstęp do autobiografii



Pobieranie 196.59 Kb.
Strona1/4
Data08.05.2016
Rozmiar196.59 Kb.
  1   2   3   4
Wstęp do autobiografii.
A co jeśli już nigdy nigdy nie spotkam kogoś kto mnie zachwyci. I już nigdy nigdy nie będę mieć siły, żeby wstać z łóżka, wyjść spod kołdry. Bo jest tak strasznie zimno, chociaż okno cały czas jest zamknięte - jest tak strasznie duszno. Nic mnie nie rozśmieszy, nic zaciekawi, w znudzeniu i bezsilności będę mieć ochotę zaczynać od początku, ale nie będę wiedziała jak, od czego i po co. Niekończący się okres dojrzewania.
- Czyli taki złodziej sobie nie myśli jak kradnie że zabiera komuś, że na przykład zabiera komuś szansę powrotu do domu, zabiera na jedzenie, może że odbiera jakiemuś dziecku jakiś prezent urodzinowy, że może komuś być przykro?

Za siedemnaście Warszawa Wschodnia. Wytrzymam jeszcze te kilkanaście minut a potem zakładam słuchawki jadę do domu kładę się śpię. Już nie będę słuchać gadania. Nie lubię gadania. Nie, to nie ja nie lubię. To chłopak Nah nie lubi.

Dlaczego chłopak Nah jest w kilku pierwszych zdaniach mojej autobiografii?

Swoją drogą ciekawe kiedy ze sobą zerwą.

A ta gada. Mówi że została Świętą. Łatwo być świętym kiedy się w zło nie wierzy. Ja mówię źle, a ona nieźle. Godzina 2117 Wschodni Koniec.

To cześć.


Wracam do domu. Jadę autobusem. W autobusie każdy ma na swoich uszach swoje słuchawki. I tak sobie siedzimy ze swoimi słuchawkami na swoich uszach, każdy w swoim świecie muzyki. Słuchając czego innego. Mam nadzieję, bo bym się denerwowała gdyby ktoś słuchał tego co ja. Nie życzę sobie, żebyy ktoś, byle kto, słuchał tego co ja? A może tamten w rogu słucha tego co ja?... Nawet ładny jest więc może… Nie, raczej nie. Za bardzo kiwa głową.
Wracam do domu, siadam, zieloną główką jedną ręką zapalam zapałkę papierosa, patrzę w monitor, patrzę w telewizor. Do pokoju wchodzi mój chrzestny ubrany w garnitur mówi cześć i drze się na mnie, że palę. Bo on nie znosi, gdy młodzież pali. Mówi cześć i ubrany w garnitur wychodzi. Patrzę w ekrany, monitor zasłania mi telewizor, gaszę papierosa w zielonej popielniczce, Saddam1, wychodzę do toalety.

Moment.
Przecież to nie moje życie.


Adelka Pooey. Autobiografia.
Bo co za sens pisać autobiografię pod koniec życia, gdy się już nic nie pamięta, nic porządnie nie czuje. Trzeba ją pisać za młodu. Że też nikt wcześniej na to nie wpadł.
Jestem ostatnią nastolatką na trzeciej planecie. Wiersze piszę wieszam się przy wszystkich.
O przychodzeniu.
Niezwykle rzadko ludzie mnie odwiedzają. Wolę ja do kogoś chodzić, ponieważ mam świadomość, że mogę wyjść w każdej chwili. I kiedy już przychodzę wolę żeby nikogo nie było oprócz tej osoby do której przychodzę (mam tu na myśli głownie rodziców którym trzeba mówić dzień dobry i do widzenia, czego nie znoszę i czego się wstydzę, i młodszego rodzeństwa którego zazwyczaj się boję, bo skacze bo biega bo patrzy, rusza się). Można mnie częstować smacznym jedzeniem (nie brudzącym, nie kruszącym, nie ciężkostrawnym) i piciem (najlepiej sokiem z czerwonych pomarańczy) i nie należy się gniewać, gdy np. oglądam szklankę (sprawdzam czy jest czysta) z której mam coś wypić. Trzeba mieć ładną toaletę z zamkiem w drzwiach i miękkim papierem toaletowym, może być z obrazkami ażeby nudno nie było, nie każdy ma przecież prasę w toalecie. Można mi powiedzieć, kiedy ma się mnie już dość. Ja się nie pogniewam. Nie lubię zbyt męczących psów. Wolę rybki i śpiące koty. Nie należy mi dawać do rąk rzeczy, które łatwo popsuć. Bo popsuję. Nienaumyślnie, oczywiście.
Od stycznia roku 2006 były u mnie jak na razie dwie osoby. Obie zaproszone. A zaprosiłam w sumie cztery osoby w tym roku.
Jeden kolega, gdy byłam chora (22 minuty, 37,7 stopni). Był jakiś smutny i niemrawy, więc grzecznie spytałam co się stało.
- Co się stało, Maćku?

- Nic, ta głupia Nah znowu na mnie gadała.

- Kto?

- No, ta co w zeszłym roku wtedy stała przed trójką i gadała z facetem od Nieistniejących wakacji.



- Nieustających wakacji. Ta od streszczeń Mickiewicza?

- No. Mają go wycofać z lektur?

- Gombrowicza. No... No, to weź ją skasuj z Grona!

- Lepiej żeby wykasowali Mickiewicza. Ona chyba nie jest na Gronie...

- Mickiewicza chcesz kasować? Jak to nie jest? To ja nie wiem…
Użytkownik rozczarowany.

Co ona biedna zrobi bez Grona. Nie może zmienić sobie nastroju SMS-em, wgrywać nowych fotki do galerii, znaleźć się na mapce, być niedostępna, wpisać prawdziwej daty urodzin, (bo lepiej wpisać prawdziwą), dodać znajomych, skasować znajomych, szukać znajomych i nieznajomych. Nie może być jaka jest, ani kto zna ten wie, nie ma szansy nie wiedzieć co napisać o sobie, nie może kochać swojego misiaczka publicznie i wypisywać swoich ulubionych cytatów z Coelho, nie może prosić o pytania o nią, nie może być szalona, zwariowana, nie może jawnie nienawidzić chamstwa i głupoty. Użytkownik usunięty, użytkownik porzucony, użytkownik niedowartościowany, nigdy niezaproszony. Żadnych zdjęć gdy leży na podłodze w kuchni. Żadnych!


Drugi kolega był, bo się nad nim zlitowałam, że ma tak rzadko dostęp do Internetu i wręcz go namawiałam, żeby skorzystał z mojego wspaniale cudownego komputera i miał możliwości szybko, przyjemnie i za darmo połączyć się do fantastycznej sieci (48 minut, 38,8 stopni). Zasnęłam przy szumie komputera.
Najzabawniejsze jest to, że są osoby, które dopiero po kilku latach znajomości do mnie przyszły. A i są takie, które jeszcze u mnie nie były, chociaż mam z nimi dość dobry i długoletni kontakt.
Są też osoby, które u mnie nocowały. Nie było z nimi problemu, bo się myją przed snem.
Rada pierwsza: Jeśli wiesz, że cię lubię a nie chcesz, żeby ktoś ci się pakował do łóżka w nocy, nie nocuj u mnie.
No, ale tak ogólnie w życiu było u mnie kilka osób. W końcu nie można się alienować. Zazwyczaj wyglądało to tak... Wchodzi ktoś do mieszkania i mnie z góry onieśmiela i nie wiem za bardzo co mam na początku z takim kimś zrobić, więc raczej na wstępie nie jestem zbytnio błyskotliwa. Ale tak ogólnie jestem błyskotliwa. Tak błyskotliwa, że właściwie mogę iść na studia. Jak już jakoś wspólnie przebrniemy przez przedpokój można wejść do mojego pokoju, w którym na łóżku leży Kot. Już widzę po minie mojego Kota, że jest niezadowolony. Widzę też po minie mojego gościa, że nie jest zadowolony z powodu leżącego na łóżku Kota. Moi goście i mój Kot nie przepadają za sobą, a ja nigdy nie wiem po czyjej stronie stanąć. Czasami Kot obrażony wychodzi spać gdzie indziej ratując mnie tym samym z niezręcznej sytuacji. Niestety, nie zawsze, wtedy muszę ją kusić konserwą rybną. Gdy Kot wyjdzie sytuacja jest prosta. Siadamy z moim gościem na moim łóżku naprzeciwko siebie w jakiejś tam odległości. Co upierdliwszy gość, to chce coś do picia jakąś wodę, herbatę lub bóg wie czego, a ja przynoszę, bo mam dobre serduszko. Zimą czasami nawet okno otwieram, bo wydaję mi się, że w moim pokoju jest strasznie duszno, a nie chcę nikogo zabić.
Rada druga: Nie należy dotykać moich rzeczy bez pozwolenia, bo mnie to obrzydliwie drażni. Nie należy też podnosić żadnych paprochów, włosów, okruszków, małych papierków i w ogóle, ludzie opamiętacie się!, bo na samą myśl mi się robi niedobrze.
I tak sobie siedzimy z moim gościem rozmawiając w pozycji coraz bardziej leżącej. Gdy rozmowa gładko płynie, a tak się często dzieje w moim towarzystwie, nawet się tej coraz bardziej leżącej pozycji nie zauważa. W pewnym momencie gość przechodzi na moją stronę łóżka, która jest wygodniejsza ze względu oparcia w postaci ściany i poduszki (gość dostaje tylko poduszkę). Jak gość nie śmierdzi to nie uciekam. Po jakimś czasie pozycja siedząca jest coraz bardziej leżąca aż w końcu oboje już leżymy. Z co poniektórymi nawet pod kołdrą (bo jest zimno od otwartego okna). Gadamy, gadamy, ciągle gadamy, (prawdziwa rozmowa ze mną przeciętnie wynosi od sześciu godzin do dziewięciu dni), aż tu nagle ja muszę siusiu. Niezwykle nie chcę mi się wstać, ale potrzeba potrzebą, więc dzielnie wstaję zostawiając mojego gościa na łóżku, a gdy wracam...
Fakt pierwszy: Co szósta osoba, która do mnie przychodzi ucina sobie drzemkę w moim łóżku pod moją kołdrą. (Czyli raz na dziewięć lat?...)
Nie wiem co mam o tym myśleć.

O Świetlickim.
Poszłam sobie do kina, bo jakaś akcja jest w ramach tego, że siedzimy wszyscy w Warszawie (w tym miejscu chciałam wszystkich bardzo serdecznie przeprosić, że jestem z Warszawy. Przepraszam. Obiecuję, że następnym razem jak będę w brzuchu mamy i ona mnie zapyta gdzie chcę się urodzić, to powiem że w Krakowie albo innej Nowej Wsi, bo nie chcę się tak lansować) i za darmo bilety rozdają. To znaczy wpuszczają po prostu. Siadam sobie, mało osób, siadam więc sobie pośrodku, na samym środku sali siadam. I jest mi dobrze. Czekam grzecznie na film. I nagle przychodzi jakiś koleś. I ten koleś centralnie siada przede mną. Ja już przesiąść się nie mogę, bo mi obok miejsca pozajmowali a ten siada przede mną! I myślę sobie: psia kostka!, szturchnę go, popchnę, i powiem żeby łeb trochę obniżył. I już już mam go zamiar klepnąć po plecach, gdy widzę, że to Świetlicki. Myślę sobie, no to ładnie, poklepię go, a on będzie myślał, że autograf chcę. Albo poklepię go i powiem tylko, żeby głowę obniżył. Ale co jeśli on mnie zapyta czy nie chcę autografu jego przypadkiem? To co ja powiem? Że nie chcę? Że chcę? Ale na chuj mi? To mu przykro będzie. Albo że go nie poznałam. Że poetów nie znam. No, bo nie znam, jego znam, bo na koszulce widziałam, na kolegi koszulce. Ale w sumie co mnie to obchodzi, zapomni. A co jeśli nie zapomni? Jak weźmie do siebie? Że ludzie zainteresowani kinem poezji nie czytają? No, i już chciałam poprosić go o ten autograf, a potem powiedzieć, że wielki jest i żeby się obniżył…, to pomyśli, że się podlizuję, jak powiem że wielki, kurde, nie wielki, żeby zniżył się trochę. Ale ładnie to tak do Świetlickiego mówić, żeby zniżył się, obniżył? W ogóle do kogokolwiek ładnie tak? W ogóle jak mam to powiedzieć, czy Pan się może zniżyć? Przecież widzę, wiem, kurde widzę, że to Świetlicki!, czy Pan, Panie Świetlicki, może się zniżyć? Czy na ty od razu, że Świetlicki? A może pan Marcin? On ma w ogóle Marcin na imię? Tak normalnie? No i siedzę i widzę te plecy. Może się przesiądę? Ale jedyne wolne miejsce sensowne, to to koło niego. Bo tam z prawej wieje zawsze, albo chucha, stoi nade mną bileter i chucha, ostatnio mi tak chuchał, jak siedziałam właśnie tam, przechylałam się, też się przechylał i chuchał dalej i chuchał, sukinsyn. No, ale jak usiądę koło Świetlickiego, to to samo, że co go nie widzę. To ciągle będzie mnie kusiło, żeby spojrzeć, spojrzę i co nie powiem, że chcę autograf? Uśmiechnę się? Co on sobie o mnie pomyśli jak tak usiądę koło niego i się uśmiechnę? A co jeśli będzie chciał, żebym udowodniła, że znam jego poezję? Nawet jednego zdania nie pamiętam, to znaczy jedno może pamiętam, ale to chyba akurat Linda mówił, nie wiem, nie jestem pewna, więc lepiej nie cytować, bo źle zacytuję i co mu potem powiem? Sorry, pomyliłam cię z Lindą? Albo raczej sorry, Panie Świetlicki. To jeszcze gorzej, to już wolę jego teksty recytować, ale jak zarecytuję? W kinie? A może akurat ktoś ma jego tomik? Może spytam tych obok? A co jeśli oni nie znają Świetlickiego? I powiedzą „Czyj, kurwa, tomik?...” I Świetlicki to usłyszy, bo w kinie zawsze wszystko słychać i będzie mu smutno. Bo może on w ogóle nie wydał nigdy tomika? Świetlicki to nie Szymborska w końcu. No i ci biedni ludzie na ignorantów wyjdą…

Filmu nie obejrzałam. Ale mam autograf Świetlickiego. Świetnie.


Nie komentuj mojego postępowania. To nie blog.

O tym czego się boję.
Cały czas się boję. Mówię dziś teraz. Boję się, że czegoś nie zdążę zrobić, że czegoś nie uda mi się zrobić. Boję się śmierci. Inaczej - boję się utraty życia. Wydaję mi się nawet, że nigdy nie umrę. Zostanę w sposób brutalny i bezczelny oderwana od życia. Boję się stracić zwykłego oczywistego dnia w takim samym stopniu jak boję się zwykłych oczywistych dni. Boję się monotonności, boję się nudy. Boję się, że będę taka jak znudzeni dorośli, że za kilka lat nie będę już widzieć różnic pomiędzy nimi a mną.
Bałabym się zostać sama na środku oceanu. Bałabym się zostać sama pośrodku wielkiej pustyni. Bałabym się. Brak ludzi, brak kontroli, brak pomocy, i tak brakniej i tak dalej. A przecież to samo grozi mi w mieście. Przecież to samo spotkało mnie w mieście.
Mam napady lękowe. Mam strach. Mam strach uzasadniony i nieuzasadniony. Ciągle się boję. To bardzo męczące. Jestem ciągle zmęczona. Jestem przemęczona.
Nie mogę iść spać. Boję się. Boję się wyłączyć muzykę, boję się wyłączyć komputera, telewizora, boję się ciszy i ciemności, boję się swoich myśli, boję się spokoju. Bardzo boję się zostać ze swoimi myślami - samnasam. I boję się, że gdy będę przysypiać, to ktoś mnie obudzi. A potem znowu będę próbować zasypiać przez kolejne godziny, że znowu będę musiała myśleć.
Rada trzecia: Należy mnie budzić delikatnie, spokojnie, w jakiś przyjemny sposób... Zanim mnie obudzisz - pokochaj mnie. Na chwilę budzenia, pokochaj mnie szaleńczo.
Strachy na lachy – to wszystko nic. Strachy pojawiają się i znikają. Nic takiego. I ten zwykły lęk - trochę szybsze bicie serca, trochę dusi - zabawne, że zawsze widać to po mnie, że swoje lęki na wierzchu noszę, że wszystko widać. Zazwyczaj dwadzieścia do czterdziestu minut. Gdyby było dłużej to chyba serce by mi wyskoczyło. Bym nie przeżyła straty serca. Ale to nic, wszystko to nic...
Tylko to jedno.
Fakt drugi: Najbardziej na świecie boję się, że gdy przyjdę, to mi nie otworzysz, a gdy zapytam, nie odpowiesz.
Mówię dziś teraz.
O maturze. Bo każdy temat jest dobry?
(Tydzień przed maturą: Przeczuwam klęskę. Hiperbolizacja matury? Koniec liceum, koniec Przyjaciół, koniec bycia Osłem.)
Dzień przed maturą mówię do mamy, że głodna jestem, na co mama: to z nerwów. Mówię do mamy, że nie chcę mi się spać, na co mama: to z nerwów. Kichnę - to z nerwów, podrapię się po głowie - również z nerwów. A jak mówię, że nie, to tylko mi się wydaję, bo się denerwuję.
Dalibóg przeklętawy dzień.
Godzinę przed maturą myślę tylko o tym, żeby wytrzymać bez sikania dwie godziny i pięćdziesiąt minut, żeby przypadkiem nie zmarznąć, żeby przypadkiem nie zgłodnieć, żeby przypadkiem nie zasnąć - tak nagle! - błagam Cię Panie.
Pięć minut przed maturą nadal się nie boję.
Jak mam się bać? Nie da rady się bać. Nie da rady się bać siedząc na środku sali gimnastycznej w białej bluzce czarnej spódnicy dziwnych butach (jak kiedyś spiszę swoje życie, to będzie to fragment groteskowy), siedzieć tak jak siedzą wszyscy inni a to w Radomiu a to w Kielcach na mazurach w górach. Ja taka mała i Polska taka mała. I nawet matura nas wielkimi nie czyni. Choćbyśmy wszystkie media poruszyli.
Jak mam się bać? Nie da rady się bać. Nie da rady się bać zwykłej kartki ze zwykłymi pytaniami. Nie ma tam pytań o sens życia, nie ma pytań o Boga, nie ma pytania o twój najgorszy dzień, nie ma: wypisz to wszystko czego się wstydzisz całe życie lub napisz coś z przeszłości co cię boli, co chcesz ukryć przed sobą już od dawna.
I oto wobec tych kilku banalnych-maturalnych stron wszyscy stają się równi. I mali. Jak gdyby porażeni wielkim słowem MATURA na stronie pierwszej. Nagle, przed w przerwie i po, mówią tym samym maturalnym językiem.
Matura matura?

Maturrra!

Matura ra ra.

Matura matuuuura, matura, matu...

Ra?

Ra, Matura.


To prawie tak jakbyśmy szli na jedną wojnę. (Ciekawe kto zginie.)
Popić chcę to wszystko. A soczki są teraz sprytnie zrobione i na zakrętkach są fajne napisy. Czytam: Krzysztof Baranowski w 1973 roku samotnie opłynął dookoła Ziemię.

Jakiś smutny chyba był ten Krzysztof. Chyba, że nie istniał, nie zawsze można im wierzyć, tym od zakrętek.


W każdym razie nie mogę już doczekać się chwili, gdy na zakrętce napiszą, że Adelka Pooey w 2006 roku samotnie („sama” brzmi nieżyciowo) pisała z polskiego maturę.
Bo Matura ważna jest. I na zakrętkę się tak samo nadaje jak Ziemia.
Matura maturą. Nie będę siedzieć w ławce wieczność. Wychodzę.
A gdy wracam do domu, to kocham mojego Kota. Coś ludzkiego w nim jest, że nie o maturę, tylko o żarcie pyta.
Fakt trzeci: Matura to bułka z masłem. Kolejna bułka z masłem w moim życiu.

O tym, że wymyślam.
Teraz napiszę coś bardzo ważnego i chcę żeby wszyscy moi znajomi to przeczytali ze zrozumieniem i zapamiętali.
..::::1. GDY ffjddddzish MNie i Fydaje CY sjEn, że jEsthem smmmmoOtna, tho Oodshuć tem myśl nnnnatyfFfmjaSt, ponjEFaSh Ja tyLqOoooo ooodAAaaAJem sMutEq.. ::::..
2... ZałOOoshmmmy jedDdDdnaq, She Dayesh sjEm naBrAć. PodchoDdZjSz i moooweesh, She wygLONdam Na smootnon, pythAsh tshy coś SieM stHAuo. W tym MOOmencJe ffymyślammmMm soBi jaqjś pRObLem, sHEb CeeEm nie rooostsharOowAć.
3... ChcESH MYyY poMooc, bo jestEś dobryM TSHuOweeeQjEM. Współtshooyesh mmMee, próbuyEsh pOCjEsHYyYyć, coś poRadzjć, poweeedziEć cOś MeełegO... Pshestań! NaqREncaash Mnje jeSZtsh BaaaaarDzJeY! OboYe ffQrencAMM SJem w moJom gRen!
4... Ja NAprawdEm ZNaAam sffOooooyOm fFartość. A naFfeth jEśli NIe znaM thO jeeEeEst to mooJ a njEEeE Twooj pRObLEm.
5. Njgdy Nje MoOw myyy dwa RAS theg sameGo qomplEmentu. W SZtshegooolNośścy gdyyyy BYł On qonsTHruqthyfNy (tho MOye ullllubJoNe, njeStetH Rzadqo SJEm zdarzayON). W zOOOpeeeeEłNośCy wyStaRTshy gdy pOOOOwjesh Mi coooooś ras. ZApewNiam, shE bAaaarDZ dOBSHeEeee SoBjEEe thO zapAmjentHam.
...::6. Neegdy njQtH Njeee beNdzyy ff STaNje zAspOqoJć MmmmOjegOo QAshoNceGo supeR eGo. ChCesh mYy coś pofFjeeeEedzIEć? WAl śmEeało, soOoper,, naprawdem sJEm cjeshen, ale GDY ja o To prOshen, tho nNnnjeeEeE ma senSoo teGggo robjć, BO Ceešgl bEndzJee mi za maUo. ::..
7. NO, alE co ZRobjć, Gdddddy jest wjetshOoor, środek nocyyy i ja pjShem mAjLa looB smSaaaaa? (weeErsja ThYyyyyLqo dlA wyseleqcjooOoNOwaAanyfFF Osooob, nje qashdy Takje pShyyemnoścyy OtsHyyymuye, właścjfFje thooo pRAfy jOOż nIqth) JeślYYy TOOoO smS, tho nalEshy olAaAać lub oDpjsać nJE nA tEmmaT. Na psHYqład: „A Ja sobJe jEm wuaśNnnnie meeELonEgo” - wtHedy jA ZRoBjeM fyqład o tym, sHe mjensa sjem nJE JEee i fF ogóle zapomnEM dLAatSheGo jest my SmutnOo. ProsTe, nJe? GoShey z majlem. PrOpOnnnNujem odpjSać, sheby njEe ROBeeć mY przYkroścee. OTShyyyyFFJśścje, odpjsać QoMplEtnNje nje na thEmaT.
i najważniejsze:
8. NJgdy nje próbooOj psheQonać mnnNnnie, sHe nje jesThem głupEEa..... Neee oooda Ci Sjen. Jestem nA To zbyt monDRa.

O roku chwil.
Czuję się jakaś sztuczna i jakaś na siłę. Moje myśli to nie moje myśli, moje słowa to nie moje słowa. I jak mówię, jak się poruszam, jak się drapię po głowie, to jakby nie ja. Trochę we mnie rodziny, trochę znajomych, trochę bohaterów...
Kim jestem?... - - - - Tylko żartuję.
Gdzieś usłyszane, przeczytane, dawno odkryte, powtórnie powtórzone. Czasem na chwilę wychodzę z siebie, staję obok i się sobie przyglądam. Śmieszne wielkie małe problemy, śmiech śmieszny, płacz śmieszny – głupio wyglądam gdy płaczę, głupio gdy się przejmuję, głupio wyglądam gdy w coś wierzę, gdy mam nadzieję - właściwie zawsze wyglądam głupio. Stąd te głupie miny. Po co mi twarz.
Siedzę sobie z moim twoim Mnie i twoim moim Mnie i znowu gram jakąś rolę, a Ty mówisz, że mnie lubisz. Mnie – to znaczy kogo? Gram dla Ciebie, bo też Cię lubię. Ciebie – to znaczy kogo? Czuję jakbym udawała, że lubię - więc mam udawać, że nie lubię? Czuję się nieprawdziwa zadając tego typu pytania. Czuję się jeszcze bardziej śmieszna i jeszcze bardziej daleka niż w chwilach zapominania – w chwilach nie myślenia, w chwilach działania. Jednak zanalizowane są jeszcze bardziej śmieszne i jeszcze bardziej dalekie. Kółeczko. Ode mnie. Mnie - czyli co, kto? Sześcianik. (Dla zmyłki i dla nadaniu sprawie głębokości.)
Że się zawstydzam - to takie rodzinne.

Że się krzywię - to takie typowe w tym wieku.

Że kradnę zapalniczki - to takie polskie.
Kim jestem?... - - - - - Kilka razy opowiedziany ten sam dowcip robi się nudny.
Jestem taka. Szereg przymiotników często nawzajem się wykluczających. W zależności od pory roku, humoru. Zawsze robię to, nigdy nie robię tamtego – w tej sekundzie być może, ale czas przyszły byłby kpiną z drwiny. Tylko postaci spisane można spisać (- trafne?).
Żeby odpowiedzieć na pytanie „Kim jestem?” musiałabym opowiedzieć całe swoje życie włącznie ze swoją opowieścią – powiedziałam w roku 2002.

Ja – ciąg powiązanych ze sobą wydarzeń. Nie ma umysłu. Nie ma Buddy – powiedział Budda dawno, dawno, dawno, dawno, dawno temu.


Biega o to samo.
Ale wróćmy do Ciebie. Bo chcę Ci powiedzieć jeszcze, że:
Chociaż się na to nie zgadzasz od roku składam się z chwil zakochania. W moim twoim Mnie.
Prawdopodobieństwo, że się pojawisz w moich banalnych dniach jest bardzo niskie. Czekam na ciebie każdego dnia o każdej godzinie każdej minuty. Nawet jeśli będziesz naprawdę obok mnie, to nie dasz mi wiele. A jednak wyglądam na Ciebie, nie mogę usiedzieć na miejscu. Z podniecenia robię rzeczy niemożliwe. Radość czekania działa z potrójną siłą, gdy mimochodem dajesz jakiś znak. Znak od Ciebie podnosi mnie tak bardzo wysoko wysoko, jeszcze wyżej, tak, że nikt nie może mnie dosięgnąć. Jestem wtedy na samym szczycie całkiem sama z myślami o Tobie. Czasem zerkam na nich z góry i patrzę jak się śmieją i płaczą, rodzą się i umierają. Czasem zerkają na mnie z dołu i patrzą nic nie rozumiejąc. Używam ich by być bliżej Ciebie, nieświadomi tworzą możliwości i nieświadomi je odbierają. Nie złoszczę się, nie poddaję się, dalej trwam obok nich z Tobą w swojej głowie szukając nowych, lepszych sposobów. Wszystko, co robię, robię dla Ciebie. Kocham Cię miłością wielką i czystą. I nie mogłabym prosić o nic więcej. I nie żądam niczego więcej.

O sławie.
Mam plan. Będę pisać wszędzie - na klatkach schodowych, na drzwiach toalet, na szybach pociągów, na murach cmentarzy, na płytach chodnikowych - swoje imię i nazwisko.
Adelka POOEY Adelka Pooey
Adelka Adelka Adelka Pooey
Atelka Pooey Adelka Adelka Adelka Pooey
ADELKA POOEY adelka
Adelka Pooey

Za jakiś czas w mózgach się utrwali. I taka myśl: Skądś znam to nazwisko...


Tak. Nie chcę być znana jako ta fajna, jako ta głupia, z talentem, bo gdzieś pracuję, kimś jestem, nie z osobowości, nie z twarzy.
Chcę żeby moje nazwisko było znane z tego, że jest znane.
Więc zapamiętaj bardzo, bardzo dobrze i idź powiedz innym: Adelka Pooey.
Bo chociaż nic nie potrafię, to osiągnę sławę.
A nawet jeśli nie osiągnę, to kilka takich frajerów jak ty będzie znało moje nazwisko.
Fakt czwarty: Nie dlaczego jestem tak mało popularna skoro podobno tak świetnie piszę. Nie wiem dlaczego moje świetne pomysły wcale nie są świetne.
Dręczy mnie kilka rzeczy.


  1. Jak ma na imię Masłowska?2

  2. Czy Mandaryna i Doda to ta sama osoba?

  3. Czy ludzie, którzy cały czas udają tak naprawdę nie udają bo udawanie to oni?

  4. Czy istnieje sklep „Ciuchy dla Punka” z dziurawymi i brudnymi ubraniami? I czy są droższe od tych nie dziurawych?

  5. Czy każdy psycholog był popaprańcem emocjonalnym w dzieciństwie?

  6. Jakie nagrody są w konkursie na najwolontariuszowszego wolontariusza?

  7. Czy harcerze czekają na wojnę żeby się wykazać?

  8. Czy Grabaż myśli o sobie, że jest wielkim poetą?

  9. Czy są już kubki z napisem „Straight Edge: Jestem dumny”?

  10. Czy Paulo Coelho to wielki kawalarz a jego ostatnia książka „Być jak płynąca rzeka” to kolejny wyrafinowany żart rozumiany przez nielicznych?

  11. Czy ludzie ze średnią 5,9 myślą o tym żeby mieć wyższą?

  12. Czy „Klan” skończy się dopiero wtedy gdy na ziemie wstąpi Jezus i oznajmi uroczyście „PRZYSZŁEM”?...

Z serdecznymi pozdrowieniami,



Zawsze kochająca Adelka Pooey.

O pisaniu.
Dzięki temu nie potrzebuję żadnej choroby. Żadnej agresji, żadnej autoagresji, żadnej depresji, żadnej obsesji - o nie nie nie.
Siedzę sobie spokojnie, spokojniej ze zdania na zdanie, jeszcze spokojniej, cierpliwie, siedzę i czekam, ciągle na coś czekam, czasem kilka tygodni miesięcy lat, i zawsze razem ze swoimi zdaniami, ze zwykłymi głupimi słowami. Nie są nic warte, ja wiem, ja rozumiem, no przecież wiem. One tylko ratują mi zdrowie.
Całe życie z pisaniem - z pisaniem, które uważam za kretynizm.
Owszem, tak-tak, zdaję sobie sprawę, że cokolwiek teraz nie napiszę będzie to głupie. Zawsze było głupie i zawsze będzie głupie. Doprowadziłam się do takiego stanu, w którym pisanie czy mówienie jest czymś totalnie idiotycznym. A najlepsze jest to, że doszłam do tego właśnie przez pisanie. A teraz: pisanie o tym, że pisanie odrzucam i że nie mogę tak dłużej, pisanie o tym, że pisanie jest bez sensu, że nie chcę - nie wydaje się totalnym idiotyzmem? Wiem, głupiagłupiagłupia. Całe życie o ja głupia, to znaczy: głupio robię. Ale ale! - czy widzieliście kiedyś pic na wodę? A gówno prawdę?
Oh!, filmy filmy, moje drogie!
Podstawa filmu, początek filmu, to jego pomysł, to jego zapis, tak i jeszcze raz tak! - to scenariusz. Ja muszę nauczyć się pisać lepsze scenariusze, muszę muszę, ja muszę zrobić film, film dnia, film dnia dla kina, film życia - mojego życia, ja muszę. Tylko to mnie tu trzyma, ja tylko dlatego żyję. Przecież już by mnie tu nie było. Już kilka razy.
I co ty na to? Takie tam bam-bam - słowasłowasłowa - równie dobrze mogłabym pisać: chuj-chuj i jeszcze chu-uj, chuj chuj chuj chuj chuj chuj chuj - to bez różnicy, prawda?
Wyobraź sobie, robisz coś przez całe życie i kochasz to całym sobą, a pewnego dnia wracasz do domu zajebanym metrem pełnym śmierdzących ludzi i ka-bum! - pierdolnęło cię zrozumienie!
Przez całe życie myliłam się. Nie omijałam słów słowami. Nie myślałam obrazami. Nie byłam zabawna. Nie łapałam zdań. Nie pisałam prawdy. I tak dalej.
Nie to, że pisać przestanę.
Ale nie jest to dobre. Nie będzie więc czytane. A słowa nie czytane umierają. A przecież pisanie jest prawie całym moim życiem. A ja nie jestem pewna czy chcę umierać.
Budzę się. Patrzę przez okno. Śnieg pada. Patrzę jak śnieg pada.

: 2007
2007 -> Informacja prasowa
2007 -> Polityka energetyczna, instrumenty finansowania I dobre praktyki w polskim budownictwie
2007 -> Uchwała nr [●] Walnego Zgromadzenia spin spółka Akcyjna z siedzibą w Katowicach z dnia [●] 2007 r
2007 -> Uchwała 1/2007 Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia abg spin spółka Akcyjna z dnia 1 października 2007 r w sprawie wyboru Przewodniczącego Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia
2007 -> Test interna jesień 2007
2007 -> Uczestnicy Programu Praktyk llp erasmus- raport z pobytu na programie
2007 -> Groupe europe girls aprčs 9 courses (7 retenues) (67 inscrits)
2007 -> Kierunek: zarządzanie specjalnośĆ: INFORMATYKA W zarządzaniu studia stacjonarne rok akademicki 2007/2008 spis treśCI
2007 -> Instrukcja przygotowania artykułu do Archiwum Odlewnictwa J. P. Nowak a,*, A. Orlov b


  1   2   3   4


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna