Wybór poezji Karola Wojtyły – Jana Pawła II konkurs Recytatorski Poezji Karola Wojtyły – Jana Pawła II 2011



Pobieranie 0.57 Mb.
Strona1/7
Data03.05.2016
Rozmiar0.57 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7


Wybór poezji

Karola Wojtyły – Jana Pawła II

Konkurs Recytatorski Poezji Karola Wojtyły – Jana Pawła II

2011

„[…] Dla piszącego te słowa cała ta twórczość była i jest jak gdyby kluczem do życia wewnętrznego Jana Pawła II od czasów młodości do dzisiaj. I będzie ona takim kluczem dla większości czytelników. Nie ma innych tekstów Karola Wojtyły, które by ukazywały nurt jego życia wewnętrznego i wiele skrytych myśli i przeżyć natury mistycznej, jak tylko ta właśnie poezja. Ujawniają je zarówno wiersze, poematy, jak


i wierszowane dramaty lub medytacje. […]”

Marek Skwarnicki

„Poetycka droga Papieża Wojtyły”

Ze wstępu do:


Karol Wojtyła, Poezje, dramaty, szkice & Jan Paweł II, Tryptyk rzymski, (2004), Kraków: Wydawnictwo Znak

Obecny zbiór został przygotowany z zachowaniem w utworach układu, pisowni i interpunkcji Autora - w oparciu o całościowe wydanie twórczości literackiej Karola Wojtyły:



Karol Wojtyła, Poezje, dramaty, szkice & Jan Paweł II, Tryptyk rzymski, (2004), Kraków: Wydawnictwo Znak


  • Karol Wojtyła, 1. Poezje: str. 27 – 176;

  • Jan Paweł II, Tryptyk rzymski: str. 509 - 523;

  • Aneksy: str. 529 – 547.


Poezje Karola Wojtyły – Jana Pawła II:
Karol Wojtyła
1938 – 1939 Renesansowy psałterz
1944 Pieśń o Bogu ukrytym
1950 Pieśń o blasku wody
1950 Matka
1952 Myśl jest przestrzenią dziwną
1956 Kamieniołom
1957 Profile Cyrenejczyka
1961 Narodziny wyznawców
1962 Kościół
1965 Wędrówka do miejsc świętych
1966 Wigilia wielkanocna 1966
1974 Myśląc Ojczyzna…
1975 Rozważanie o śmierci
1978 Odkupienie szuka twego kształtu, aby wejść w niepokój wszystkich ludzi
1978 Stanisław

Jan Paweł II
2002 Tryptyk rzymski

ANEKSY
Karol Wojtyła
1939 [Nad Twoją białą mogiłą]
1939 Harfiarz
Spis zawartości:
Strona

Karol Wojtyła
Renesansowy psałterz (fragmenty) ……………………………………………...…... 4
Pieśń o Bogu ukrytym ……………………………………………………………….. 22
Pieśń o blasku wody ……………………………………………………………...….. 35
Matka ……………………………………………………………………………..….. 40
Myśl jest przestrzenią dziwną ……………………………………………………….. 44
Kamieniołom ……………………………………………………………………..….. 47
Profile Cyrenejczyka …………………………………………………………..…….. 52
Narodziny wyznawców ……………………………………………………..……….. 59
Kościół ……………………………………………………………………………….. 63
Wędrówka do miejsc świętych ……………………………………………………..... 66
Wigilia wielkanocna 1966 ………………………………………………………..….. 69
Myśląc Ojczyzna …………………………………………………………………….. 78
Rozważanie o śmierci (fragmenty) …………………………………………………... 81
Odkupienie szuka twego kształtu, aby wejść w niepokój wszystkich ludzi (fragm.) … 83
Stanisław ………………………………………………………………….………….. 85

Jan Paweł II
Tryptyk rzymski …………………………………………………………………….... 88

ANEKSY
Karol Wojtyła
[Nad Twoją białą mogiłą]……………………………………………………………. 99
Harfiarz ……………………………………………………………………………….. 100

Dawid
Renesansowy psałterz

(KSIĘGA SŁOWIAŃSKA)
Kraków, 1939 (wiosna, lato)
Emilii, Matce mojej
Nad Twoją białą mogiłą

białe kwitną życia kwiaty-

- o, ileż lat to już było

bez Ciebie – duchu skrzydlaty –


Nad Twoją białą mogiłą,

od lat tylu już zamkniętą,

spokój krąży z dziwną siłą,

z siłą, jak śmierć – niepojętą.


Nad Twoją białą mogiłą

cisza jasna promienieje,

jakby w górę coś wznosiło,

jakby krzepiło nadzieję.


Nad Twoją białą mogiłą

klęknąłem ze swoim smutkiem –

o, jak to dawno już było –

Jak się dziś zdaje malutkiem.


Nad Twoją białą mogiłą,

o Matko – zgasłe kochanie –

me usta szeptały bezsiłą:

- Daj wieczne odpoczywanie –


PIEŚŃ PORANNA

(psalm)

Panie, jam Dawid, syn Izai,



Piastowy jestem syn.

Ty mi na sercu znak wypalisz –

zasłucham się w Twój rym.
Wiosną-ś przyoblókł, wiosną tęsknot

ciało i siłę bark –

Niechaj jesienią nie rozpękną

tęskniące struny harf.


Ja jestem Dawid, jam jest pasterz –

Błagalną wiodę pieśń,

byś się zmiłować chciał nad Piastem,

byś żniwo zwolił zwieźć.


A gdy powstanie olbrzym Goliath,

by złamać młodość mą –

Błagają ciebie Syjon, Moria:

ku wspomożeniu zstąp!


Taka jest pieśń poranna

Dawida – Pasterza


SONETY – ZARYSY

Do sonetów!

Już-ci to rok blisko.

Czytałem w odwieczerz te listy – sonety. – Owo: „Stań się!”. Słowa w gorejącej duszy; - owo: jak się rysuje kształt, jaki jest jego zaczątek, pierwszych rzeźbiarskich rysów dzieło. – Sonety: Pieśni wiosny, wiosny roku tragicznego. Pieśni ufne we wigilię strasznych dni. Pieśni radosne nadzieją, pewnością, poczynaniem się – czegoś: widzenia-pragnienia, tęsknoty, dzieła. Pieśni-przeczucia. Sonety. – Z ziemi i nieba, z Boga i człowieka, z pogórzy i z drzew, i z onych sobótek świętojańskich poczęte, zaczerpnięte, w ześpiew złożone. Kiedy owe symbole mówić zaczęły do duszy młodej, kiedy domagać się zaczęły – czego? czego? – Wyzwolenia, śpiewności tęsknej, prorokowania. Tworzone w bólu, tworzone wśród straszliwego rozdźwięku, pośród zamętu dni dojrzewających Ziem, gdy jedni wołali: Miserere, a drudzy bluźnili: Ty, Przeklnij, jeśliś mocen! – Tworzone w Cyprianowym bólu, jako każda sprawa poczynająca się z Miłości, jako pierworodzone dziecko. Tworzone w bólu i trwodze, tworzone w wątpieniu nieustannym, że to nie-Prawda, złud bawisko, igrzysko rymów – i nic. Ale jakaś moc duszna mówiła: To prawda, - może nie prawda świata, ale prawda twoja. Taką-ś ją obrał i ujrzał. Mów! Tako ci znaczono jest. Mów! Ja każę. Przez boleści i wątpienie, przez słabość i trud: Mów! – I mówiłem. Com myślał, com żądał, com przeczuł. Strzępki ino, okrajki, początki najpierwsze syntezy, świtania błyski najbladsze. Ale świtania.

Już-ci to rok blisko.

Przeszedłem od tego czasu głębie upadku, zwątpienia i zaprzeczenia przepastny parów. I wtedy zszedł ku mnie z duchami innemi duch jeden: Anioł możny Słowem, i rzekł mi: Wierz! – i przyszli ku mnie ludzie, i przyszły ku mnie czary, i obaczyłem. I umocniła się wiara moja tak, że dzisiaj mocniejsza jest niż onych dni, szczęsnych na pozór, ale już od wnętrza robactwem toczonych, rozsadzanych…

I spokojniejsza jest wiara moja. Ku sklepieniu-ci już idzie on kościół mój, świątynia duszy mojej.

A oto teraz, kiedy przypominam, jakem fundamenty łożył – ku Wam się myśl moja nawraca – Przyjaciele, Przyjaciele moi! cośmy razem w tej jednej winnicy. Kędy żeś, Bracie mój? Coś mię świtów uczył tajemnicy, coś mi piękno tej ziemi na oczy kładł, jak pasma anielskich włosów. – Kędy żeś? – Nie wiem ponoć. – Jeno to wiem, żeś w cierpieniu jest. Jeno to wiem.

Ale wierzę. Poprzez cierpienia dni. Że zaś wraz staniemy. My trzej. Jak fundamentu zwał. My trzej.


Dziś w odwieczerz wspominam moje sonety i myślę o Was.
roku wojny

Kraków, wiosną 1939

I

(LIST DO PRZYJACIELA)



Sobótkom się kłaniaj ode mnie

i świątkom starego Wowra,

post sprawującym po drogach –

ascetycznym, wychudłym świątkom.


-- Płomień sobótki się zegnie,

zakotli nad goryczkami,

na dwóch zakolebie się nogach - -

Kłaniaj się dębom, świerkom – wszystkim pamiątkom.


W tych sobótkach się serca sprzęgają

utajonych płomieni węzłami.

Poezja jest ukojeniem – sobótek córa.
Madochorze się kłaniaj ode mnie

z poszarpanemi sosnami - -

Ładnie dziś u Was, w górach!

II


(LIST DO PRZYJACIELA)
Ten list, Drogi, do Ciebie, bo z Tobą się dzielę

wschodami zórz i chlebem białych błogosławieństw,

i blaskiem, który księżyc rozsuł po popiele,

tęsknotami za Złotym Wiekiem – w śnie – na jawie…


A tu mosty, tu drogi, tu ciernie. Tak co dzień.

Ludzkość spętanym skrzydłom wciąż łoży objaty.

Lecz oto jest poeta – piastowicz-kołodziej:

niech pobuduje mosty, drogi wskroś zatraty.


Wznosić tedy poczynam młodzieńczy most Dążeń:

budowla kaskadami upiętrzona w górę.

- Na wieczór ten lipowy wspomnij, jak ja pomnę,

wspomnij: błękitny powiew przechadzał się krużgankiem –

Już wtedy, ja już wtedy ten takt słowom kułem

- Potem Afrodis z fal powstała -: ale to było rankiem.

III

(LIST DO PRZYJACIELA)



Wyjdź porą ponieszporną w karmazynowy szlak.

W błękitne wejdź omglenie, w ziemistość czarnych ścież.

Jak dziecię małe się wsłuchaj, u zielonych klęcząc młak

w tabernaculum ziemi – serce przy sercu mierz!


Korzeniem soków sięgnij! – Kroplami się sączą w konary

ukrzyżowane cierpieniem, a w każdej kropli jest ból.

Matki powiedzą ciężarne, że ból się w serca zarył…

Dzieci się pytaj… czy wiedzą?... Matczynym piersiom zwól.


Na psalmy wychodzisz wieczorne. Czemu jest w ziemi boleść?

i w grudzie każdej się kryje karmazynowy stop?

Zapytaj się matki w odwieczerz, karmazynowym znojem

gdy niwę rozchełstaną radłem rozrzuca chłop –


a dowiesz się odpowiedzi: - że wrosła nam w ciała i dusze

i ból jej z naszych jest bólów: w jedno stopiony kruszec.

IV

Czyliż nie tęskni wraz z nami tęsknotą wierchów i topól,



z bolesnych fundamentów gotykiem wyrosłych wieżyc?

- O księżycowej nocy witraże dojrzysz wśród mroków,

gdy powiew pójdzie po dębach prawdziwy, nocny i świeży,
i jaśń swoją księżyc rzuci w lipowe malowidła:

w konary, w pnie i w gałęzi splątanych mroczne marzenie.

W takim się tumie zejdziemy. Gdy witraż nad ranem przybladł,

pójdziemy na jutrznię – mnichy – modlitwą, różańcem, milczeniem.


Tęsknotą się zejdziem z ziemią – my, z niej wyrosłe topole,-

widzimy na co dzień, o matko – twój ból, nasz ból i twą wiarę.

Dusze nam uwieńcz laurem – cierniowym bólem,

- na jutrznię zejdź z nami przed ranem, na skiby pełne ziaren.


U widnokręgów nas potkaj, nad granicami błękitu –

i nad oraczem, nad siejbą, nad pokwitaniem się zlituj!

V

O rozżarz mnie, słońce wschodzące! Świtaniem wstałem z grud.



Ciepła trza ziarnom pod sercem i krwi potrzeba ciepła –

W polonez się wmieszam przedziwny: w poranny wiatru chód

- drzewami idzie – w wylotach – po zapach ze mchu depta –
Na gościńcu świtania nie przejdę przez roztęcz melodii,

takiej szerokiej jak serce Piasta, gdy chatę otwierał,

takiej wolnej, jak witraż, co noc był przemodlił,

takiej cichej… – słuchałem świtań takich nieraz.


Wtedy się myśl poczyna – powieść o duszy idącej,

o duszy upragnionej, czekanej w każdym akordzie –

Polonez przejdzie po drzewach – i pozostanę drżący

- i będę odgłosy ostatnie jak kwiaty po halach zbierał –


i u najcichszych źródeł tej duszy pieśń wymodlę:

- z najcichszych tonów mszalnych w tęsknotach idąca Era.

VI

Duszy niech będzie wolno od poloneza do hymnu!



- Polonez oto, jak symbol renesansowych wcieleń –

Hymnem uderz mnie w serce! ofiarą studymną!

stygmatem gotyckich zacisz! Najpotężniejszy Eli!
Otom ja jest, jak świątynia wśród tęsknot wyrastająca.

Ściany rozpieram ceglane pod stropy, po chóry, po szkarpy.

W organu jestem ofierze, w białych się niosę opończach,

w obsłonkach z kadzielnych dymów – Oto mi wrota rozwarli.


I jestem w człowieczeństwa psalmicznym Miserere:

wołam tęsknotą ognia, melodią pierwoidącą –

ściany rozwieram ku krzyżom stojącym na tęczach –
O spłyń anielską jaśnią nad przepastne topiele!

Czasom przybliż Twą miłość! Niechaj ciemność roztrąca!

w świątyniach wiosennych wyzwolin niechaj nie będzie udręczeń!

VII


(LIST DO PRZYJACIELA)

Wiara w idący Czas. Tęsknoty są drogą zbliżania.

Tęsknoty są dusz zjednoczeniem w oczekiwane dzieło.

Pragnienia – wolą. - Biel przywdziej na święto winobrania!

Wierzę w ziszczenie zespolonej woli: w idący przełom.
I przeto – Drogi – o sobótkach zacząłem te sonety:

W sobótkach – patrz: ogień pragnie ku meteorom.

Patrz: tam Słowianek białość, tam zapach polnych stepów:

Podleśne płomienie tęsknot wydolą Złu – wydolą!


Ja słyszę ten uderzeń serdecznych modlący chorał

i oczu widzę morza: księżycem ziskrzone fale –

po ścieżkach idą w procesji, po zgrzebnych polach

z ofiarą serc i oczu – z ofiarą całopaleń.


I sam podnoszę oczy, melodię chwytam sercem:

O Zmartwychwstania Chryste! – melodie w jedno zlejcie!

VIII

Widzę tę tęsknot budowlę, jak dusz słowiańskich gontynę.



Słowianie się prawi wywodzą z dębowych, drzewnych zadum.

Z bierwion ojcowska chata. Pługa się ino imę.

Słowiańska duszo tęskna – Idę po świętych śladach.
Słowiańska duszo moja – tyś jest wpatrzeniem w Piękno,

i jesteś żądzą raju – z wieczystych nieukojeń –

Oto sięgasz prawicą, pochodnią zbrojną ręką

w wierzeje kute – gontyny rozewrzeć podwoje.


Oto tu apostolski jest kościół, chram i zamek:

tu ludzi miodnych, piastów gościnnych i lechów.

Oto w monstrancji niosą słowiański Sakrament –

Pokój idzie przyłogiem – błogosławi strzechom…


I oto – Amen – pieśniom niech się stanie zadość:

Słowiańska pieśń Miłości – Łado – Łado – Łado!

IX

Duszo, słowiańska duszo! – Wiem, są u Twego kościoła



progi z modrzewiów i obeliski, podsienia - -

Kadzidło wonieje jałowcem… w dymach ofiarnych wołam:

Duszo, słowiańska duszo, w jakie cię wkuto kamienie?
Jest w tobie wolność i rozhasanie warchołów leśnych – świerków,

jest kasetonów chmur sklepienie, - zieloność drzewnych skłonów,

a ponad tę odwieczną wolność masz białość modlną wierchów

i zamyślenie strzeliste w harmonii ostrołuczastych tonów.


Jest w tobie z renesansu cokół, szeroko zabudowany,

jak oddech w szerokie piersi wzięty, w kariatydowe sklepy,

myślą ponad kariatyd barki ku gwiezdnym strzelasz ranom,

tęsknotą i wolą Piękna niebiański ściągasz przepych.


Słowiańska duszo moja! Marzycielko odwieczna!

Ty sobótko – podleśna – omodlna - przyrzeczna.

X

Największą Prawdę ludzką odkrywam w tobie co dnia,



najszczerszy płacz dziewczęcy, modlitw serdecznych rzewność,

których co maja słucham, gdy świat się pieśnią zapłodnia –

wtedy się w tobie, o duszo, taka roztkliwia śpiewność,
że wierzę w przemijanie najgorszych dni katorg,

w jasność wierzę idącą z twojej wawelskiej gontyny,

co nad słowiańskim ludem, jak Jowisz rzymski Stator

Sprawiedliwości miarę i miarę dzierży Czynów.


I otóż na Wawelu symbol duszy słowiańskiej kształtów:

nad kondygnacją kaplic, Zygmuntów renesansem

z cegieł się żebrowania w gotyckich okien światło

pną, ku rozetom pował, co naw zakuły pancerz.


I zgoda jest dziwna tej duszy słowiańskiej i Wawelu,

jak jednych rąk melodia, jak symfoniczny prelud.

XI

Z Wawelu po Akropole! Jednością duchy bratam –



Myśl dionizową spod gruzów wiecznego odgrześć teatrum –

- nie szukaj, przechodniu, w rozwalin nadtajgetowych utratach

myśli gotyckiej Platona, empirejskiego wiatru –
Z wolności renesansowej, z marmurów boskich Olimpu

dźwiga się Grecja Aten – Sokratów, Sofoklesów.

- Patrzaj, nad architrawem – poświata, jasność, nimbos:

Mesyjasza dowidzą – Empirejskiego Kresu!


Po wiekach dyjamentowe nad Akropolem krzyże,

wcielenie Chrystusowe w doryckie, jońskie kształty –

Duszo z wolności wyrosła, moc mesyjańską wyrzeźb

i zaklnij w psalmy Miłości – w renesansowy psałterz!


I powstań wcieleniem nowym – odwieczna Beatrycze –

Drogę nam ku Miłości słowiańskim oświeć zniczem!


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
[*] Myśl, co się urodziła nad Kefizem – i nadtajgetowa Myśl. –

Porównaj. Ja tu odkrywam ziarno prawdy. – Powiedzże mi –

Drogi Mój, czy dziś nie przejdziesz na klęczkach po zwaliskach Akropolu?

Czy tak nie przechodziły wieki?

A ze Sparty co?

Izrael miał Objawienie i Proroków. Ale oni też mieli Prometeja.

Zmagania czasów dzisiejszych czyż nie są jak zmagania Aten ze Spartą.

Bój ten sam. Tylko teraz cały glob obejmuje.

XII

Na ścieżkach Chrystusowych – popod dębami zachwytów,



o duszo czasów idących, jaśń twą ewangeliczną

ujrzałem w szlakach zórz od ziemi ku zenitom

i usłyszałem w chórach – w ogniach woń czułem żywiczną.
Wieczory idą kupalne. Weselem idą i wiosną.

Spod lip się można szczęściu ludzkiemu napatrzeć do syta.

Czerwień miłosna – kupalna… Góry w płomieniach rosną,

jak posągi lechickich władyków, jak widma lepszych świtań.


W takie noce, w takie noce kupalne – renesansowe noce

zapraszamy Cię z kwietnych kapliczek, z wowrowych świątków i z tumów

w wielki zbór dusz tęskniących, pod stropy gwiezdnych złoceń,

na święto oczekiwania bartników, świątkarzy i zdunów.


Pod dębinami przystań, Biały Gościu Upragnień –

gdy w wiatru błogosławieństwie pieśnią wezbiorą żagle.

XIII

(LIST DO PRZYJACIELA)



W czerwień się ubierz dzisiaj! Odwieczerz dziś taka wonna.

Pójdziemy w podlesie – z żagwiami pójdziemy rozżarzeń.

Wiatr w organ uderzy lasu, melodia poklękanie korna –

oto jest miłość wieczoru, co rozpłomienia nam twarze.


Czy słyszysz ten szum kaskady, co z skałą się zderza w parowie?

- Rozpalcie tu ogień wędrowcom! niech nie poginą w percicach.

Rozhymnij, wietrze, organy! Zbratanym oto w Słowie

zasypią oczy jabłonie, płatowiem spoczną na licach.


Głosy obłędne w dole – czy słyszysz wtóry Babelu?

Rozjaśnij im ciemń manowczą – rozżagwij zwiastunem!


Potem w storczykach poklęknij – i scichnij, mój Przyjacielu,

przy sobótczanym ogniu. – Języków świetlistych łuną,

organem lasu – czy słyszysz? – ponad blask błyskawicy

nad wieczernikiem świata On spłynął – Ptak Gołębicy.

XIV

O tkliwy Pelikanie! Hostio bezbrzeżnych mórz!



- Rozpęczniaj się, kłośna ero, ku łaskom chlebnych dni –

Takiej potrzeba duszy, co weźmie wina kruż

i pójdzie poić spragnione Chleba i Pańskiej Krwi.
Takiej potrzeba duszy, co czarnym krucyfiksom

rzuci do nóg bolejących męczeńskich pochodni pąk,

co wyspowiada ból świata, nieszczęścia brzemię rozwikła

i sięgnie ręką po Miłość okrzyżowanych rąk –


A drugą ręką serc sięgnie – najbiedniejszego z nędzarzy

i sercom owym objawi żar przebitego Serca,

i w obu tych serc ognisku płomieniem się rozżarzy –

Tęsknotą wystrzeli ludzkości modlitwa coraz szczersza –

Na Ducha oczekiwaniem jest Era i Codzień i Człowiek,

serca sobótek i ludzie, zbratani tęsknotą w Słowie.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
[*] Patrz na niektóre obrazy Świętego Franciszka z Asyżu.

XV


Ku tym sercom, ku tym sercom zbratanym w Słowie

rozchyliłeś – o Krzyżu – ramiona, bracie serdeczny z Alwerni,

ku duszy czasów idących – gotyckiej i renesansowej

schodzisz, ty, znamię Miłości, przy drogach się miłosiernisz.


O weźcie, weźcie z Wawelu, weźcie z Mariackiej świątnicy!

i ten, najbardziej przydrożny, najbardziej wowrowy z krzyżów!

z największych bolów ukute, bo Chrystus kuł je – Snycerz,

w sercach się objawieniem nad padołami zniżył –


z umiłowania ich wybrał: proroków i apostołów

i Dobrą zwierzył Nowinę prostakom, rybitwom, artystom –

i dał im znaki mocy: orła, człowieka, lwa, wołu –
O ty! ty z sercem płonącym! Tyś Pańskim Ewangelistą!

Podźwignij, o duszo słowiańska, tę Arkę Bożych Objawień,

jasnością przydrożnych krzyżów spragnioną erę nawiedź.

XVI


Oto jest droga Piękna: z prometeańskich błyskawic

i z ognia sobótczanego, z ogników w krzyż płonących –

wśród mrocznych dróg rozwalin: ścieżki splątane zbawić

apostolskiemi stopy i sercem źródeł bijących.


Zejdź w korab nad Genezares! Wyjdź z pieśnią miłowania

ku kamienistym perciom, krzyżami wieńczonym turniom –

obłoki będą mgławe całunem wid przesłaniać,

oczom ludzkim spragnionym darmo przezierać półmrok.


Lecz laską uderz Mojżesza, co z bólu toczona człowieka!

Wierzą w zmartwychwstawanie obłoków z pokładów mgieł,

co przesłaniają Tatr widok… Na odsłonięcie czekam

owego ścian wzniesienia i na Objawień dzień.


Bo wierzę w tęsknoty ludzkości, topolom podobne i sosnom,

kolumnom podobne Piękna – i rezurekcjom – i wiosnom.

XVII

(DO PRZYJACIÓŁ)



Wśród teatrum zniszczenia, na cezarjańskim forum

żyjemy trzy kolumny w ramionach architrawu,

z ziemi zrodzone cokołów, ku wiecznym Kapitolom

w mit zapatrzone ludzkości, w trud kamienistej uprawy.


Wpośród rozwalin teatrum, w kajdany zakutych wrót,

nad posągami Wolności, Miłości zdeptanym marmurem,

wstajemy – o Przyjaciele – trzech ognisk żar i głód,

kolumny wśród ruin forum zniszczenia zbratane bólem.


Ku Kapitolom Wolności, w oczekiwaniu wyzwolin,

na święte iszczenie się mitu – mesyjańskiego profilu,

na kondygnacjach teatrum wpatrzone w objawień Olimp –

gdy wieczór się słowiański nad rozwaliska pochylił –


z ognisk się łuną żywiczą ku świętej poniosło włości,

ponad trzech kolumn zbrataniem w ewangelicznej jasności.



Skończyłem na Święty Jan 1939
(… A GDY PRZYSZEDŁ DAWID DO ZIEMI-MACIERZY SWEJ)

(psalm)
Wyznanie ci dziś niosę, o ziemio jesienna –

Przypomnę wpierw. Tum snuł się, tum pojął zadumę

słowiańskich dębów, brzezin. Tu pieśń moja pierwsza,

jako łan obrodziła, żem poczuł się tumem,

w którym rozpalić trza, trza rozpłomienić ogień –

Wśród twoich ścieżyn kwietnych biegałem jak pasterze,

ziemio moja rodzima – i łączyłem z Bogiem

drożyny twe pagórne, i pleniłem chwasty,

i umiatałem szlaki jasne Idącemu.

Z ciebie jest wiosna tęsknot, wiosenne przeczucie

i chęć, żeby w objęcia wysokiemu Niebu

rzucić ciało swe młode – od małości uciec - -

O ziemio, moja ziemio! Tyś mi dziesięcinę

obrodziła najpierwszą pieśnią i młodością,

twoim chlebem się sycił, napawałem winem,

aż oto mi tęsknoty wiatr jesienny rozciął,

jakby jednym zamachem, jednym ciosem miecza,

poobalał posągi, widzenia pokruszył,-

i kazał mi się z pieśnią, z tęsknotą mą sprzeczać

i potargał cięciwę piętej pieśnią kuszy - -
- - Tedy ci powiem, ziemio, rodzima dziedzino –

Nie słuchaj, co ci mówią przechodnie, co ludzie –

Ja ci rzekę rzecz moją, ja wiem ją skądinąd,

a ty, o ziemio-matko, posłuchania udziel:


- - Poram się z pieśnią, matko. Ciągle mię obala

ten wicher, co od świata przychodzi, ten zalew,

co idzie jak stu końmi rozpętana fala,

a ja falę mą pragnę nad te wynieść fale.

- - Tum się nauczył, matko, odmiennej nauki,

stąd-em wysnuł tajnicę słowiańską, tum odkrył

tę prawdę, którą twoje wyszumiały buki,

tu melodią łaskawą Pan mej duszy dotknął.

I jam się też rozszumiał – buk między bukami,

tako mi święte stało pasterskie śpiewanie,

żem zamarzył – syn Piastów – izraelski Dawid,

by mi na czoło Pańskie zeszło pomazanie…


- - Widzisz, matko, trza wielkie odrzwia gdzieś wyłamać,

a okute, a mocne trza rozłamać dźwirze –

ku Jasności. Trza co dzień w dębinowych chramach

pragnąć i czuć, jak pieśń się nam na struny niże.

A chramy trza zbudować samemu. Młodością,

duszą, wiesz, matko – duszą świętą i anielską.

Z niej się buduje ten tęskniony kościół,

z niej, co jest czysta, niewinna jak dziecko –

z niej. Matko moja, oto ci wyznam

budowę mą i tęsknot ci odkrywam wieko

i co się wali na mnie, ten słowiański nawał

i ból. Wiem już, matko, wiem, ty mówisz – nie kończ –

- Nie kończę, matko moja. Ino się przytulę

do wiosennych dni trocha, do wspomnień, do wspomnień,

do twych piersi matczynych, a czule, a czule -

- i żeście znów są bliscy, bliziutcy, koło mnie.


jesień 1939

SYMPHONIE – SCALENIA

1. POEZJA (UCZTA CZARNOLESKA)

Z tęsknot poczęte ziemi, o żywiczne źródło,

nie ma dla ciebie opok, nieprzebitych grani.

Najczystszych, smreczynowych pragnień srebrna urno,

strumieni promienistych, halnych upłazami –


W tobie się świt odbija, rozżarzony Chrystus,

wstający promienistą Hostią w twej monstrancji.

Takieś, jak pośród wierchów poczęty strzelistych

złotolitych zapatrzeń niebosiężny łańcuch.


Dziś modlę się do Ciebie, o Boże Słoneczny!

- Na strzechach mych się pali obficie złotolit –

Oraczy ja kmieć jestem, Piast jestem serdeczny,

miłościwy władyka miodopszennej roli.


O ziemio ty kochana! – oborać, zaszczepić –

: latorośl-żywicielka – szczep żytni, szczep winny –

Idę bruzdą – czepigi śpiewają. Sonety

niosą się het, w zagaje, het, w zaścianek gminny.


Bo wasz jestem, wasz jestem, sercem jestem całym –

Słuchajcie moich pieśni, słuchajcie mej mowy!

Takim wam jest przelewny i takim jest wdały,

i taki sercem szczery, i – karmazynowy.


Pieśń to dziś będzie wasza, pieśń to będzie moja.

Gędźbę wam przy miodowej mam prawić wieczerzy –

Na pąsowe was proszę, dębowe pokoje –

Żeby się te świetlice zdołały poszerzyć!


Miodu wam lać, - bo serce otwarte, jak stągiew –

wam zagadać o sercu najraniej, najprościej –

Wiedzcie! Tam ono bije nieprzerwanym ciągiem,

jak smreczynowe wrótnie, otwarte na oścież,


i jako źródło. Bije. Miłość, Wolność, Piękno –

Bracia! Panowie szlachta! Ono to ci sonet,

to ci liryczny ustęp, a zdziałany ręką

artystowską. Gościnnie. Więc dalej do konew!


Goszczę was miłościwie w rozłożystym dębie,

goszczę was miłościwie, prosto, bez urazy –

Taki jestem, pieśniany władyka – i wszędzie

i zawsze nieodmienny, królewski karmazyn.


Taki jestem. Piast lniany, wyszedłem pod strzechę,

przed ciosane słońcami, dębinowe wrótnie –

zagrodą się poniosło – i szczęściem - i echem,

a potem znów przycichło – i sercem – i smutkiem –


I dopatrzyłem domu. O domu kochany!

W tobiem kadzidło palił, włódarzu najpierwszy –

i ty jesteś tak czczony pomiędzy Słowiany –

tyś poezją, wieczorem rozigranych świerszczy.


A ja – wierzajcie, bracia – z tych jestem włódarzy,

co się nosili szumnie, w żupanach, w kontuszach,

i taki płomień w domu, w świetlicy się żarzy,

jako karmazynowa w nich płonęła dusza –


I taki jestem w tańcu. Nie, żebym był z panów

lub żebym się pieczęcią szczycił antenatów –

ale – co ten ich zamach w polonezie – szanuj!

a następuj w wylotach – a skłaniaj się światu –


a taki nieś się wolny jak ten wicher mazur!

O Wolność! Tyś jest w duszy, jak zrąb pierworodny,

ty, co śmigasz w smreczynach, w sobótkach się żarzysz –

tyś jest mitem słowiańskim, szlacheckim, urodnym –


O Wolność! Tyś jest takim świętym przywiązaniem

do niebotycznej, sercem tworzonej poezji –

i tyś jako srebrna kurniawa i zamieć

i pełnią, nasyceniem – by szerzej – by szerzej!


i jesteś tym gościnnym, rozłożystym dębem,

w którym goszczę mą bracią, godnie, bez urazy.

Taki jestem – pieśniany władyka – i wszędzie

i zawsze nieodmienny, słowiański karmazyn.


Napełniam sokiem pszczelim ten władczy puchar –

o żupan go rozbryzgam – bożek polnych tęsknot.

Miodu jest w sercu dosyt, jest dosyt, jest upał!

Rozlewać w czary miody – i Piękno – i Piękno!


W ustach mi się rozpływa, buduje się ze słów –

zewrzyjmy się ramiony! bracia jednych pragnień!

jak się zwiera dębowe mych podwoi przęsło.

Zapalcie mi, paziowie, pozłoty i żagwie!


Kochajmy się! – Wiem ci ja, że żagwie jesteście

upojone mym miodem, w ustach się rozpływa,

wiem ci ja, że tęsknicie w jałowcową przestrzeń,

co jest bujna wśród lasów w omrocznych igliwiach –


Ze słów mi się buduje, bo znam treść pucharu:

Słowa, co się w budowę składają i w sonet –

i te wasze tęsknoty, ten słowiański zaród

zamknąłem w zamek jeden, zawarłem za bronę –


Kochajmy się, o bracia! Ja, i wśród was każdy –

czyli to karmazyny, czy żupany mnisze –

ha, przecie był, co miłość miał dla ptasząt gwarznych,

dla słowików – w habicie karmazyn – Franciszek.


Więc, Dionizosie – miodu, serca, komodii!

Myślicie, że to taki ci rozpustny bożek –

He – he – a kto misteriów wrota nam uchylił?

gdzie ród odwiecznych wzruszeń – tragicznych nabożeństw?


Zgadywać ludzkie serca jest dane poetom,

zakuwać słowa w Boży, w Chrystusowy łańcuch –

O Święty! Swój i bliźni ból w poezję przetop

i daj się braciom modlić na cudnym różańcu.


Otoście serca w cegłę wypalone cudną.

Rozżarza was, przetapia ta pieśń w swoim żarze.

Niech się stoły pod pieśnią, pod melodią ugną!

Z serc wytryśnie to źródło, ze słów, z gędźbnych swarzeń.


Taki jestem. Jest serce, co mi się buntuje

przeciw niewoli pieśni i czasom zniszczenia.

O ulep ze mnie, Święty, dzban natchniony ulep!

żebym mógł w strumień zebrać tęsknoty stworzenia.

Wiem, że wiekowi trzeba sprzeciwu i woli,

żeby mógł w dąb rozkwitnąć i w Miłość, i w Wolność,

że mu tych pieśni trzeba, aby ból ukoić,

i pleść wieniec bławatny – melodię ukojną –


I z was jestem, z was jestem ja – Grek i Słowianin.

Nie! Moja pieśń nie kłamie jakichś żądz i tęsknot.

Lecz jam myślą napełnił i wizją zapalił

ciebie – urno źródlana – promienista wnęko.


Chrystus. Czasy ku Niemu wyciągają ręce. –

Ja patrzę w czasy. Widzę, że ON jako symbol

i jako Prawda Istna i Jemu są wieńce,

plecione z moich myśli i z sonet, i z nimbów.


I z Nim znów jestem prawy i piast, i karmazyn. –

Dogasasz, Dionizosie, dogasasz, godzino

mięsopustu – i z pełnej, miodolitej wazy

toczy się w polonezie wino - wino - wino…


Idę zrzucić me suknie delijne, wzorzyste –

w siermięgę grzbiet okutać i w wór wielkopostny -.

Pokutować trza z Tobą, mój Krzyżowy Chryste,

O TY, ziszczenie pragnień – Wolny i Miłosny!


O TY! Renesansowy i gotycki Boże!

Zbawco w naszych ołtarzach – w baroku i w ciszy!

Jest na żupanach naszych zbawicielski wzorzec,

w sonetach naszych modli się święty Franciszek.-


Położę się w te noce, w przedświtowe jutrznie,

krzyżem Ci się położę w popielim wezgłowiu –

bom z tych jest, co świętują czas radosny hucznie,

ale postny krzyżowo, na pokutnych słowach.


Wierzę w Wolność i Miłość. Gruntuje się na nich

rozmach czasów i dzieło, Zbawienie i Chrystus –

i z nich poczęte, ludzkich nie znajduje granic,

lecz w tęcze się przemienia, w promienną wieczystość.


Więc, - żeś jest taka wolna, taka miłująca,

ciebiem najbliżej sądził w Chrystusowe czasy,

gdy przyjdą aureolą tęczową roztrącać

i na opoce twardej nowy wznosić Asyż.-


Ciebie – renesansowa moja! Anielico,

ujrzana w braci moich serdecznym kolisku,

przy sobótkach, a w krasie, a w czerstwości liców,

w delijach i w dziewczęcych belic kręgu – błyskot –


ciebie – kochanko moja! I takoże samo

rozmiłowałem serce w tej słowiańskiej duszy,

jakby mi bożek jaki miłostrzelny – Amor

bogdanką cudnolicą szranki serca kruszył.


I tako samo, jakom się niegdyś w młodzieńczej

i w jasnowłosej dziewie miłował – Słowiance,

w zorze wchodząc poezji - i warkoczem wieńczył

w rąbki; jak świętych dziewic, w pachnące różańce.


Takoże samo. O ty! O przecudna moja!

- Może to grzech jest wielki w takiem miłowaniu, -

a kiedym urzeczony przed widem w podwojach

klęczał – toć może dziewa, a nie światły anioł –


stanęła – plęsawica, cudowna bugunka –

Młodości! Tyś jako rwący polem czerwiec,

że wielką światłość widzisz w świętojańskich punktach

albo na księżycowym wspierasz głowę sierpie!


Więc mi wybaczcie grzech ten, żem zwidem słowiańskim

oczarowawszy młodość, nie spowiadał duszy,

żem nie zachodził chyłkiem do pieczar i jaskiń,

alem ogromne Tatry w oczach moich uczuł –


o wy, rozważni, wszystko biorący od podstaw!

Jam uwierzył, jam onę umiłował wiarą –

Ona, kochanka biała, taka była prosta

i zorzami w poezji wewiodła mnie parów. –


A w wieczór wielkopostny, z księżycową szybą

i z Nim Krzyżowym jestem w cienistej samotni.

Piersią mi łkanie, w piersi żalny kuje dygot,

tak, aż się uszlachetni pierś i ustokrotni.


Niech źródło tryśnie z podłóg! objawiony potok

wśród tej posadzki drogiej, tkanej w alabaster,

niech na Twych stopach krwawych potoczyste złoto

w perły zmieni się śpiewne, w rozmodlony zastęp,


jak w łzy i róże sine. I wtedy bym izbę

mą chciał poszerzyć, me gonty, me ściany –

i przez ugory Twoją ponieść Ojcowiznę,

aby ten głos był wszędy u ludu słyszany:


Kochajmy się! – i bratnia się rozrasta Miłość,

tak jako kwiat od słońca i jako to źródło,

i ogłasza manifest, opromienia siłą,

i ugorem i siłą promienieje cudną:


Słowiańska. I gościnna. Piastowska. I moja.

Jako i ta krzewina źródlistej fontanny,

owo źródło rozrosłe, jak wytrysły chojar

śpiewem pieśni Chrystusów – Poezji Zarannej.


- I taki jestem. W uczcie, com się pławił wczoraj,

dzisiaj przed Tobą święte rozmyślam „Kochajmy” –

i chcę w karmazynowy młodość utkać chorał,

i w sonety słowiańskie, i w słowiańskie psalmy.


Klęczący cień, powstałem w świtu mozaice,

by pobrać te źródlane wytryski w swe ręce

i we struny ociosać, i – natchniony snycerz –

na instrument rozmotam strun ciosanych przędzę,


na waszych i mych tęsknot napięty teorban.

Wywiedźcie mię, paziowie! podwoje otwórzcie!

i niech się ozwie z chórów wszechmogący organ

i błogosławi pieśń mą, niesioną ku uczcie.


Kochajmy się! panowie bracia! I tym słowem

was powitam: źródlanym i wonnym, i moim –

i wylotem otulę pieśń karmazynowym,

by was przy uczcie pieśnią miodolitą spoił –


bo na teorban rzucę spienione wyrazy,

te, co młodzieńczych wizji niesie zawierucha –

i tako was ugoszczę, słowiański karmazyn,

com Miłości, Wolności i Pięknu zaufał.


A uciszony, pójdę znów z ciebie naczerpać,

z tęsknot poczęta ziemi, o żywiczna wodo!

ty, która zdradzasz czary miesięcznego sierpa

i w smreczynowy wieczór otulasz mą młodość.


[…]
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

[*] Bierzmy w siebie zupełność! Dawajmy z siebie zupełność! – A na zupełność narodowej duszy, na jej pełnię i Samuel Zborowski się złoży zarówno jak Żółkiewski-Hetman i Bolesławy Śmiały a Szczodry zarówno jak Mieszko i Adam, jak i Juliusz i Stanisław Święty – i Andrzej–Męczennik. – Patrzajmyż tej duszy bogatej, nic jej nie nakładając, żadnych więzów. Ino umiejmy patrzeć.

[*] Gotyk i renesans z osobna wyłącznością są. Wespół harmonię tworzą. Gotyk ma drogę strzelistą, ale ciasną. Postawmy jaki symbol w pośrodku, niech będzie gotycka katedra. Możemy, w górę od niej idąc, dojść do świętego Franciszka, co taki-ci już strzelisty, że Zbawiciela obejma. Możemy, idąc od niej w dół, w tę niewolniczość popaść, w to ujarzmienie dusz. A tu mnie ponosi bunt. –

Patrzajmy teraz na renesans. Drogę ma raczej wszerz, drogę ma rozłożystą (- ile tam smukłości sosen, to tutaj lipy, dęby -). Połóżmy znowu jaki symbol w pośrodku: choćby sarmackie „Kochajmy się”. Idąc od niego w górę, dojdziemy Miłości wielkiej, nie mniejszej niż Franciszkowa. Idąc drogą w dół, dojdziemy do rozluźnień i zaprzeczeń Harmonii. A teraz zważmy jeszcze: Czy też ów Franciszek, Chrystusa obejmujący, gotycki jeszcze jest? Czy już nie renesansowy? – Tu uchwyciliśmy środek. Bogactwo to wielkie jest. Naprawdę, w tym zespoleniu bogactwo wielkie jest.

Do ludzi, w których bogactwo takie czuję – mówię.

Droga gotycka wzwyż, renesansowa wszerz. Drogi się przecinają. Z przecięcia kształt, Zbawienie, Krzyż.

Mówię to, żem chrześcijanin – i żem Polak.

[…]



MAGNIFICAT – HYMN

Uwielbiaj, duszo moja, chwałę Pana twego,

Ojca wielkiej Poezji – tak bardzo dobrego.
On młodość moją rytmem cudnym obwarował,

On pieśń mą na dębowym kowadle ukował.


Rozebrzmij, duszo moja, chwałą Pana twego,

Sprawcy Wiedzy anielskiej – Sprawcy łaskawego.


Oto spełniam po brzegi winogradu kielich

przy uczcie Twej niebiańskiej – rozmodlony sługa –


wdzięcznością, żeś mi młodość dziwnie rozanielił,

żeś z lipowego pniaka kształt jędrny wystrugał.


Tyś jest najcudowniejszy, wszechmogący Świątkarz –

- pełno jest brzóz na drodze mojej, pełno dębów –

Otom jest niwa wieśnia, podsłoneczna grządka,

otom jest młodociana grań tatrzańskich zrębów.


Błogosławię Twój posiew Wschodem i Zachodem –

Obsiewaj, Gospodarzu, niwę Twą sowicie,

Łanem niech będzie żytnim, smreczynowym grodem

młodość rozkolebana tęsknotą i życiem.


Niech Cię uwielbi szczęście – wielka tajemnica,

żeś mi tak pierś rozszerzył pierworodnym śpiewem,

żeś pozwolił w błękicie utonąć mym licom,

żeś na struny me zesłał melodii ulewę,

żeś w melodii tej zjawił się wizją – Chrystusem.

- Popatrz w przód, Słowianinie! – Sobótczane światła!

Nie opadł z liści święty dąb, król twój nie usechł,

ale się stał jak ludu władyka i kapłan.


Uwielbiaj Pana, duszo, za ciche przeczucie,

za wiosnę rozśpiewaną gotycką tęsknotą,

za młodość gorejącą – puchar winnych uciech,

za jesień smutnym ścierniom podobną i wrzosom.


Za poezję Go uwielb – za radość i boleść!

- Radość władania ziemią, błękitem i złotem,

że się we słowa wciela rozkosz, żar pokoleń,

że zbierasz tę dojrzałość leżącą pokotem.


Ból – to smutek wieczorny tych niewypowiedzeń,

gdy ogarnia nas Piękno falistą ekstazą,

Bóg się ku harfie skłania – lecz na skalnej miedzy

promień się łamie – mocy nie staje wyrazom,


słów nie staje. I jestem jak strącony anioł –

- posąg na kamienisku, marmurze cokołu;

aleś tęsknot tchnął w posąg i w strzelistość ramion,

że się zrywa, że pragnie. – Z tych jestem aniołów.


I jeszcze Cię uwielbię, bo w Tobie jest przystań,

nagroda za pieśń każdą – dzień świętej idei –

i radość, rozśpiewana hymnem macierzyństwa,

słowem spełnienia cichym – Najpełniejszy Eli!


Bądź błogosławion, Ojcze, za smutek anioła,

za walkę pieśni z kłamstwem, bój natchniony duszy –

- i miłość słowa wszelką zniwecz w nas i połam

i kształt, co jako człowiek głupi się napuszył.


Chodzę po Twych gościńcach – słowiański trubadur –

przy sobótkach gram dziwom, pasterzom wśród owiec,

- ale pieśń rozmodloną, pieśń wielką jak padół

rzucam przed tron dębowy Jedynemu Tobie.


Błogosławionaś, pieśni pomiędzy pieśniami!

Błogosławione siejby mej duszy i światła!

Uwielbiaj, duszo moja, Tego, co aksamit

na moje rzucił barki i władyczy atłas.


Błogosławiony Świątkarz, Słowianin i prorok –

Bądź mi miłościw – śpiewam, jak natchniony celnik –

Uwielbiaj, duszo moja, pieśnią i pokorą

Pana Twojego, hymnem: Święty, Święty, Święty!


Oto się pieśń jednoczy: Poezji – Poezji!

- ziarno tęskni, jak dusza cierpiąca niedosyt –

- by były me gościńce w cieniu dębów, brzezin,

i były bogumiłe młodzieńcze pokosy.


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Słowiańska Księgo tęsknot! U kresu się rozdzwoń,

jak chórów zmartwychwstalnych mosiężna muzyka,

pieśnią świętą, dziewiczą, poezją pokłonną

i hymnem człowieczeństwa – Bożym Magnificat.


[…]




Pobieranie 0.57 Mb.

  1   2   3   4   5   6   7




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna