Zaolzie polski Biuletyn Informacyjny



Pobieranie 59.85 Kb.
Data04.05.2016
Rozmiar59.85 Kb.


ZAOLZIE

Polski Biuletyn Informacyjny

dokumenty, artykuły, komentarze, aktualności

Numer 12/2006 (36)

CIESZYN

23 grudnia 2006

www.zaolzie.org

kontakt@zaolzie.org








Oddając Czytelnikom kolejny numer naszego serwisu w przededniu wigilii Świąt Bożego Narodzenia 2006, składamy wszystkim najserdeczniejsze życzenia Świąteczne i noworoczne.

Do życzeń dołączamy kolędę beskidzką Adolfa Fierli:
Tobie kolęduje Beskid

a rzępi głosami,

a zwóni zwónkami,

a gro organami –

Tobie, Paniejezusie, gróni beskidzkich

najlepszy wachtorzu,

Tobie, Paniejezusku, gróni beskidzkich

odwieczny gazdo i gospodorzu...”

Redakcja




Pozostając jeszcze w świątecznej atmosferze przytaczamy fragmenty gwarowego opowiadania Józefa Ondrusza.

Podarzóne Jasełka

Kónieczny się nazywoł, a Francek mu było na miano. W dziedzinie, kaj mieszkoł (nie zdradzym jak sie nazywała), mioł u wszystkich wielki mir. Bo jakby też ni! Słóżbe robił przy kolei i jako kónduktor jeździł z pociągym z Cieszyna do Frydku i nazod. Roboty tam prowie niejwiyncy nimioł, bo se jyny szpacyrowoł po wagónach i szczykoł ludzióm kartki, a kiedy już dojyżdżali do Cieszyna, to wołoł we swoich wagónach głośno, jak anioł w sóndny dziyń:

- Do Jabłónkowa, do Bogumina przesiodać!

/.../ Tyn Francek Kónieczny kiejsik za młodzioka kupa razy odgrywoł na scynie. O tym wszyscy wiedzieli /.../ Bez Francka Kóniecznego nie odbyłyby sie isto ani jasełka, kiere w godni świynta młodziyż zagrała w dziedzinie. Pachołcy z dziywczackami se to przedstawiyni umówili już kiejsik w październiku, poszli do paterka, żeby im wygónił jaki szumne jasełka a potym wio do starego Kóniecznego, żeby se też wybroł jakóm role.

Nie odmówił. Po dłógich zbywkach zgodził się na archanioła Gabryjela /.../

W drugi świynto sie odbywały ty jasełka. W Robotniczym była sala nabito ludziami /.../

Dwa zwónki już odrzympoliły /.../ a Francek Kónieczny, tyn jasełkowy archanioł Gabryjel, tyn dzisiejszy zwiastun „wesołej nowiny” siedzi w kóncie obstawióny niepotrzebnymi kulisami i chrapie, jakby drzewo rzazoł. Na przedstawiyni prziszoł prosto ze słóżby, utropióny, niewyspany, bo wczora do północy mieli prube, tóż też nic dziwnego, że go śpik zmordowoł. Ustrojóny już je, skrzydła mu już też przywiązali, „na nute” też se już doł w szynku, bo go tam Panna Maryja widziała, tóż cóż by se na chwileczke nimóg zdrzymnóć. Jyny że mu światło biło do oczy, tóż se wraził na głowe swojóm, tu z tego padołu ziymskigo pochodzóncóm kolejarskóm kape i śpi.

Jasełkorze zaczyni grać.

- Szymonie, spisz?

- Toć spiym – mówi głośno – dyć sie tak nie śpiychej mamlasie – mówi cicho, czyś zapómnioł, że nóm Kónieczny mówił, że czym dłókszy bedymy spać, tym lepszy!? Dyć jyny par, jak się ludzie nimogóm spamiyntać, czy to sóm na przedstawiyniu, czy już w samym niebie u Pónboczka.

Teraz na scyne wyparzył Kuba i zaczón przestrasznie wrzeszczeć:

- Bracia, parcie jyny, jak niebo goreje, szak sie coś dziwnego w Betlejymie dzieje!...

/.../ - Taki oblask jakisi idzie ku nóm – przidoł kierysi, bo im Kónieczny prawił na ostatni prubie, że każdy może też od siebie dodać cosik do roli, żeby to jyny miało nogi i ręce.

- Jakby ogiyń, jakby słóńce!...

- Jakby w Trzyńcu zielazo spuszczali!... – zapiszczoł zaś Wojtek /.../



  • Tyś je ale oprowdziwy pastyrz, mamlasie jedyn! – szkubnół go za potargane galaty Szymón – dzisz go, w Trzyńcu mu spuszczajóm! Tu mosz Betlejym, trómbo jedna, a nie żodyn Trzyniec. Raczy dzierż dziub, a nie odzywej sie!

  • Aniołowie! – wrzasnół Kuba – Gabryjel!... nejświyntszy idzie!...

Za scynóm zrobił się horuch /.../ Dziepro po godnej chwili naszła go Panna Maryjka za kulisami. Społ jak zabity.

- Francek, hónym już lećcie! – wrzasnół mu do ucha Świynty Jozef.

Kónieczny skoczył rownymi nogami, poprawił na głowie swojóm kolejarskóm kape i wlecioł na scyne jak wiater:

- Do Jabłónkowa, do Bogumina przesiodać!

Lokrystaboga! Pastyrze wyjóm jak nieboski stworzynia, ludzie na sali się niedziw kulajóm od śmiychu /.../ Ale Kónieczny sie zaroz spamiyntoł, ciepnół za kulisy tóm nieanielskóm kape i słodkim głosym spuścił:

„Dzisio w Betlejym, dzisio w Betlejym

wiesioło nowina –

Panna Maryja, Panna Maryja

porodziła syna...”
* * *


Tak to ongiś, zanim wszechwładnie zapanowała telewizja, dyskoteki, a potem jeszcze internet, CD, DVD itd... rzeczywiście na Zaolziu bywało. Młodzież spotykała się, bawiła. Starzy wypełniali po brzegi sale m.in. domów robotniczych wybudowanych dzięki własnej ofiarności. Bawiono się, uczono... Jakoś nie było słychać o konflikcie pokoleń, o którym dziś mówią i starzy i młodzi. Starzy nie bali się, kto zajmie ich miejsce „gdy proch odniesie”, młodzi nie czuli się wyalienowani...

W poprzednim numerze zapowiedzieliśmy omówienie tego tematu w naszym grudniowym serwisie w oparciu o dyskusję na portalu„3nec. cz”( www.trinec.cz/diskuze/id74 ). Postaram się może nie tyle mówić (pisać), ile słuchać (czytać i przytaczać), co mają do powiedzenia zaolziańscy forumowicze, młodzi, zaangażowani zaolziańscy Polacy, zresztą nie tylko na wymienionym portalu.

To dobrze, iż toczy się wśród młodych Zaolzian taka dyskusja, że – mając pewne wątpliwości – mówią o nich głośno, czując się na skutek różnych zawirowań historycznych zagubieni, próbują bronić swej tożsamości, swego polskiego rodowodu.

Zagubieni – tak właśnie zatytułowany został artykuł zaolziańskiego studenta Adama Krumnikla, zmieszczony w Głosie Ludu z 4 listopada 2006, zaczynający się pytaniem „kim jesteśmy” oraz stwierdzeniem „coraz częściej zadaję sobie to pytanie”. Autor zastanawia się w nim nad tożsamością, swoją i swoich zaolziańskich kolegów i konkluduje, iż obecne młode pokolenie zaolzian jest w takiej rozterce, jak żadne dotychczas.

Nie dziwią mnie te dylematy potomków pokolenia wychowywanego w antynarodowym duchu „internacjonalizmu socjalistycznego”. Nie wszyscy ówcześni rodzice - dziadkowie pokolenia wchodzącego dziś w dorosłe życie - potrafili się przeciwstawić wykrzywianiu przez komunistów zdrowego kręgosłupa swoich potomnych. Ba, po latach ciężkich doświadczeń i prześladowań ze strony narodowych socjalistów, często sami dawali wiarę zgubnej ideologii komunistycznej i w konsekwencji popadali w obojętność narodową. Na domiar - gdy wobec obowiązku przekazania szczytnych ideałów młodym stanęło pokolenie wychowane w komunistycznej szkole, nastąpiła zmiana ustroju. Wszyscy - niezależnie od miejsca zamieszkania - stanęliśmy przed nowym wyborem: być, czy mieć. Po latach komunistycznego zakłamania dla wielu stała się bardzo kusząca perspektywa „być by mieć”, innym z konieczności „mieć by przeżyć” zabrakło czasu na to, by „być, aby być”. Stopniała więc grupa tych, którzy żyjąc by „być”, są zdolni nie tylko przekazać swoim dzieciom wzniosłe ideały, ale choćby zapoznać je z własną tożsamością, wszczepić w nie dumę „bycia”, bycia sobą, bycia potomkami tych, co nawet za cenę wielu wyrzeczeń pozostawali sobą.

Nie są to dylematy wyłącznie zaolziańskie, choć na Zaolziu ich rezultaty są bardziej widoczne niż na terytorium narodowo spójnym, gdzie tożsamość narodowa jest czymś oczywistym, nad czym nie trzeba się zastanawiać, tak jak zrobił to autor artykułu wymienionego na wstępie pisząc m.in.: „Teraźniejsza młoda generacja jest chyba pogubiona w takim stopniu, jak jeszcze żadna przed nią. Problem w tym, że z Polską łączy nas paradoksalnie bardzo mało. Ja urodziłem się tutaj tak samo jak moi rodzice, dziadkowie i większość pradziadków. Znajomość języka polskiego zawdzięczam tylko moim rodzicom, którzy od początku zapisywali mnie do polskich szkół na Zaolziu. W domu posługuję się naszą gwarą, a do typowo polskiej mentalności dużo mi brakuje. Podobnie jest z większością młodych „Polaków” na Zaolziu. Spróbujmy sobie odpowiedzieć na kilka pytań lekko patriotycznych. Za kogo będziemy trzymać kciuki podczas meczu piłki nożnej Czechy – Polska? Nikt takiego sondażu jeszcze nie przeprowadził. Wyniki dałyby wiele do myślenia. Ilu z nas ma w domu flagę Polski? Na ilu polskich szkołach na Zaolziu powiewa polski sztandar w dniu niepodległości? Trudno więc się dziwić, że jesteśmy tak zagubieni i tak niezauważani. Większość Polaków z Polski nie ma zielonego pojęcia o swoich „rodakach” z Zaolzia, tak samo jak Czesi spoza naszego regionu nic nie wiedzą o swoich współobywatelach”.

Odpowiedź na te pytania nie jest zbyt skomplikowana, choć zastanawiają mnie nieco cudzysłowy, w które autor ujął słowa
i o . Sądząc po nazwisku, które nie jest na Zaolziu powszechne, autor tego tekstu mógłby prawdopodobnie na większość z tych pytań uzyskać odpowiedź z bliskiego sobie, wiarygodnego źródła. Na pytania: ilu z nas ma w domu polską flagę, czy na ilu polskich szkołach na Zaolziu powiewa polski sztandar w dniu niepodległości, mógłby usłyszeć: ilu(e) z nas mogło w okresie powojennym napisać w Głosie Ludu „Polska nasza Ojczyzna” i co za to groziło? Który z nauczycieli, czy dyrektorów mógłby się odważyć wywiesić polską flagę? Jak kończyli swoją karierę zawodową ci, co mieli odwagę nie tylko czuć się Polakami, ale i głośno się do tego przyznawać? Jak reagowano choćby na wymówienie słowa Katyń? Ilu nauczycielom historii z polskich szkół na Zaolziu dane było poznać najnowsze dzieje Kraju Ojczystego? Tak! Kraju Ojczystego! Tej ziemi, od której w r. 1919 oderwano zbrojnie zaolziański skrawek, który - jak autor sam napisał: „często leżał po różnych stronach granicy. My żyliśmy tutaj od dziada pradziada, niezależnie od tego, czy było to w ramach państwa czeskiego, polskiego, austriackiego, czy niemieckiego. Nie jesteśmy imigrantami z Polski i w tym właśnie paradoksalnie sęk. Niemal nikt z zewnątrz nie rozumie bowiem naszej sytuacji, co gorsza, sami jesteśmy w tym pogubieni”.

Sęk nie jest w tym, że nie jesteśmy imigrantami z Polski. Sęk jest w tym, że po r. 1948 zaaplikowano nam pojęcie nowej „ojczyzny” i zakneblowano usta, byśmy nie mogli głośno wspominać tej prawdziwej Ojczyzny, by polski nauczyciel, w polskiej szkole nie mógł mówić o Polsce jak o własnym kraju, by dziennikarzowi groziły restrykcje za napisanie „Polska, nasza Ojczyzna”, by w samej Polsce - na życzenie „Wielkiego Brata ze Wschodu” - temat Zaolzia stał się na długie dziesięciolecia tematem tabu, a konsekwencją tego stał się fakt, iż wielu młodych Polaków w kraju rzeczywiście nie ma zielonego pojęcia o swych Rodakach za Olzą. To są realia.



AUTOCHTONI KONTRA „KUFERKORZE”

Trafnie scharakteryzował je w dyskusji na portalu „3nec.cz” siwy33 27.10.2006 11.55 pisząc: „Największy problem naszej społeczności to młodzież (nie tylko 18-letnia), która już blusa nie czuje /.../ szkoła naucza w języku , lecz nie rozgrzewa serc (podkr. Red). Niewielu tylko nauczycieli(lek) jeszcze to potrafi. Nic w tym dziwnego, bo nikt ich tego nie nauczył. Największą stratę spowodował brak szkolnictwa zawodowego w naszym języku. Młodego robotnika nauczono nazw narzędzi tylko w języku oficjalnym państwa, w którym pozostawiła nas historia. Ten hutnik i górnik potrafi się lepiej wysłowić w języku obcym jego przodkom i dlatego swoje dziecko wysyła do czeskiej szkoły”.

O podsumowanie tej sytuacji - w kontekście próby wdrażania na Zaolziu Europejskiej karty języków - pokusił się też „czesil” 27.10.2006 18:14 „A kto mówił, że będzie łatwo? Wiadomo, że czasami trzeba tupnąć nogą by [ludzie] się obudzili. Przespaliśmy parę dekad, które były na rękę obcokrajowcom i „szkopyrtokom”. Przeforsować na Zaolziu coś wartościowego niełatwo, bo też łatwo nigdy nie było. Brak nam nowych, zahartowanych, kiedy „staruchy” odchodzą. Kim ich zastąpić? Brakiem pokory???!!! My na dole, przeciętni mieszkańcy musimy wdrożyć to co jest tylko na papierze. Młodzież jest rozpieszczona przez swych wychowawców, „bo to tata z mamą załatwią”. Unia daje nam dużą szansę, ale jeżeli apatia ponownie zwycięży, to szkoda się męczyć już teraz /.../ Młodzieży brak odpowiedniego zaplecza, które byłoby nacechowane moralnym i etycznym wyznacznikiem wyższości z racji świadomości bycia odwiecznymi tubylcami, a więc GOSPODARZAMI! Lecz co z tego, kiedy oni nie chcą stać u steru, bo nie posiadają odpowiedniej wiedzy na ten temat. W otwartej konfrontacji nie potrafią obronić swoich racji. W efekcie klapa i znów spływamy do rynsztoka jako grupa drugiej kategorii. Nie rozumieją, iż są nosicielami całego bogactwa, które przez wieki pielęgnowali ich przodkowie. Przecież za plecami stoi sześćdziesięciomilionowy naród, który stał się dla nich obcym. Nie dość, że zamykamy się przed Czechami, co jest do pewnego stopnia zrozumiałe, to w dodatku zamykamy się przed ojczyzną, co jest grzechem największym.

Nie znamy swego miejsca.

Nie wiemy kim jesteśmy.

Nie wiemy czego chcemy.

Nie wiemy, że nie wiemy.”

Czy tak jednak musi pozostać?

Cieszy fakt, że pomimo tak niekorzystnych uwarunkowań żyją na Zaolziu także bardzo młodzi i nieco starsi Polacy, przekonani o tym, że tak być nie musi i nie powinno i że korzystając z ustaleń międzynarodowych można zadbać o zmiany na lepsze, bo to właśnie m.in. tego – stosowania języka ojców - języka polskiego - w życiu publicznym, dotyczy dyskusja na temat próby wdrażania na Zaolziu ustaleń Europejskiej karty języków, omawiana w naszym poprzednim serwisie i wspomniana na wstępie niniejszych rozważań, tocząca się od wielu tygodni na portalu „3nec.cz”.

Dyskusja, której kanwą jest Europejska karta języków, toczy się wielowątkowo i choć portal, z którego korzystają młodzi zaolzianie jest dla nich - powiedzmy delikatnie - nie do końca przyjazny, można tu znaleźć nie tylko zagorzałe ataki, ale i wiele odważnych i szczerych wypowiedzi godnych poświęcenia im uwagi. Szowinistycznego bełkotu tym razem już nie zamierzam komentować. To nie ja wymyśliłam stare powiedzenie, że „Poturczeniec gorszy Turka”, co na portalu „3nec.cz” potwierdza się sowicie. Np. „těšínský patriot“, 16.11. 2006 23:34 napisał m.in.: „Mój pradziadek pochodził z Niepołomic spod Krakowa. Kiedy tu przyjechał, zawiesił na ścianie K.H. Borovský’ego i oświadczył: na g... taka Polska, w której nie ma chleba. Stanie się Czechem było dla niego przejściem o szczebelek wyżej w kierunku cywilizacji /.../ narodowość polska ma tu oczywiście historyczne podłoże, ale Czesi mieli pełne prawo przynajmniej tę połówkę Śląska Cieszyńskiego urwać dla siebie” (wypowiedź w języku czeskim, tłumaczenie A.S.) 17.11.2006 11:24 odpowiedział na to stwierdzenie „Jano“„Czesi spod Wieliczki /.../ przypomniała mi się moja starka (babcia), która pochodziła z dołów (czytaj z zagłębia karwińskiego – A.S.). Zawsze wspominała, że już za nieboszki Austrii najgorliwszymi czeskimi patriotami byli „Czesi spod Wieliczki“... (tekst gwarowy, spolszczyła A.S.). Iście europejską, „tolerancyjną“ elokwencją popisał się nastomiast „Adolf“ 23.11.2006 11:08 pisząc: „Czesko. Idźcie do d...y pierdziele zafajdani. Zaczynacie mnie już srać podobnie jak cyganie. Wy naprawdę jesteście pomyleńcy /.../ Język polski w urzędach – jeśli wam go brakuje, możecie sobie jeździć do urzędów za Olzę. Dwujęzyczne napisy na sklepach i nazwy miejscowości. Będę pierwszym z tych, co będą je zamazywać. Podkreślam, iż nie będę tego robił w nocy. Nie wprowadzajcie tu więc zgnilizny. Idźcie sobie do PZKO, lub prosto za Olzę“ (z czeskiego tłum. – A.S.). I jeszcze „fojta“ 27.11.2006 22:45 - /.../ jestem dumny z tego, że jestem Czechem i nie podoba mi się, kiedy w moim kraju mówi się innym językiem niż czeski, to nie ma znaczenia, że mieszkam na pograniczu z Polską /.../ Dziś każdy europejczyk może mieszkać tam, gdzie czuje się najlepiej /.../ i dlatego powinien się dostosować“ (z czeskiego tłum. A.S.).

A oto już inny wątek dyskusji, toczący się w gronie polskich i niby polskich uczestników forum:

„Podważanie dziedzictwa za rzekomą skostniałość – napisał 26.10.2006 15:05 „czesil” do „Quby” (forumowicza posługującego się również nickami „Olziak”, „Malachi”, „Jesus”) – prowadzi do pustki i zaniku dumy, jaką otrzymujemy w spadku. Na czym chcesz budować dumę młodego pokolenia, skoro bogactwo przeszłości jako martwe odrzucasz? /.../ nieświadomość [historii] czyni z nas mięczaków, obojętnych na bardziej jednoznaczne ruchy w kwestii ratowania naszego bytu. Wiadomo, jak zakończyła się petycja odnośnie omawianego tu tematu (chodzi o wcześniejszą konieczność zbierania podpisów pod petycjami w sprawie dwujęzycznych napisów – przyp. A.S). Czemu nie byliśmy w stanie uzbierać paru podpisów? No bo po jaką cholerę drażnić tego, kogo tak się boimy. Ta wypadkowa świadczy o tym, że my Polacy na lewym brzegu [Olzy] nie dość, że jesteśmy bojaźliwi, to w dodatku, poprzez nagminne zapominanie [o przeszłości] świadomie ogołoceni z atutu naszej wyższości. Ja wiem, że stare pieczki (lokalne określenie czegoś, lub kogoś starego – A.S.) nam w niczym nie pomogą, ale jaki sens ma robienie czegokolwiek bez ciągłości z przeszłością? W budynku Kongresu Polaków ma swoje siedziby kilkanaście organizacji, które nie mają protoplastów w przeszłości. Żadna z nich nie jest dostrzegana przez społeczeństwo większościowe, bo nawet my sami nie wiemy o ich istnieniu. I tu jest gigantyczna różnica w porównaniu z latami minionymi. Kiedyś polskość była widoczna, zaś dziś ... Moim zdaniem brak nam odwagi, a brakuje nam jej z powodu niewiedzy o tym, co ma w nas rodzić dumę. Inaczej mówiąc, brak echa w naszej świadomości narodowej”.



Zastanawiam się, czy do tego „braku echa w świadomości narodowej” młodych zaolzian nie przyczyniła się m.in. nagonka ze strony niektórych samozwańczych twórców nowych struktur organizacyjnych na Zaolziu na Polski Związek Kulturalno-Oświatowy z początku lat dziewięćdziesiątych, opisywana w naszym serwisie na przełomie lat 2004/05 przez Stanisława Gawlika. Autor zamieszczonych przez nas tekstów - jak wynika z ich treści – był aktywnym uczestnikiem ówczesnych wydarzeń na Zaolziu (patrz. BPI Zaolzie.org nr. 12/2004 oraz 1 i 2/2005), jednym z tych, którzy – świadomi działania komunistycznej agendy w Zarządzie Głównym Związku – bronili sensu działania jego zdrowych struktur oddolnych. Czy to przypadkiem ówczesna ingerencja samozwańczych działaczy tzw. Sekcji Polskiej Forum Obywatelskiego, z której wywodzi się dzisiejszy Kongres Polaków w RC, nie spowodowała rozbicia, głębokiej wyrwy w dotąd nieco tylko nadwątlonym organizmie życia społecznego zaolziańskich Polaków? Czy to rozbicie dobrze przedtem działających struktur i próba zastąpienia ich przez wiele nic nie znaczących organizacji, poza niektórymi reaktywowanymi, o których wspomina w powyższym cytacie „czesil”, nie leży przypadkiem u podstaw dzisiejszej – powiedziałabym nawet – indolencji organizacyjnej? Czy przypadkiem u jej podstaw nie leży luka, spowodowana wówczas wyrwaniem ze struktury organizacyjnej PZKO dzisiejszego średniego pokolenia, które winno być pomostem pomiędzy klubami emerytów wspominanymi w omawianej tu dyskusji internetowej, a najmłodszym pokoleniem zaolzian, tymi którzy - w ocenie moich starych przyjaciół, mieszkających nieprzerwanie na Zaolziu - kończąc edukację w szkołach średnich otrzymują legitymację Związku i... pozostają zawieszeni w próżni?

Podkreśliłam wyżej, że nie chodzi o moje prywatne zdanie, lecz o ocenę przyjaciół mieszkających nieprzerwanie na Zaolziu, a to pod wpływem opiniii „multinickowego” forumowicza, tym razem podpisanego ksywką „Olziak”, który 16.11.2006 11:28 napisał „Nie podoba mi się, gdy strofują nas Polacy zza Olzy, którzy sami nie mają już żadnych lokalnych tradycji, tak samo jak i niektórzy Czesi, którzy chcą nas wypędzić, chociaż tu jest nasz dom”. Młody człowieku, no chyba niezupełnie młody? Kto Ciebie upoważnił do odbierania mi prawa do mego domu Ojczystego? Choć losy rzuciły mnie w inne miejsce na ziemi, na Zaolziu zawsze był, jest i będzie mój dom, bo tu po raz pierwszy ujrzałam swoich bliskich, tu usłyszałam pierwsze słowa miłości wypowiedziane polską gwarą moich Rodziców, tu uczyłam się z polskiego elementarza pierwszych liter. Mam niezbywalne prawo do swego ojcowskiego domu „daru Ojca Niebieskiego”. Zgadzam się, choć nie do końca z opinią „horaca” 28.11.2006 22:56 , który odpowiadając „fojcie”, piszącemu po czesku, używając również czeskiego, napisał (tłum. A.S.): „Studiuję w Pradze, do domu jeżdżę co trzy tygodnie, ale chyba musiałbym tu bardzo długo mieszkać, by powiedzieć o sobie, iż jestem prażanem. Najbliższa mi zawsze będzie Wędrynia...”. Choćbym całe życie mieszkała powiedzmy w Ameryce, zawsze pozostanę zaolziańską Polką i nie ma to nic wspólnego z lansowanym przez niektórych forumowiczów „tustelanizmem” (tustela – gwarowy odpowiednik określenia stąd), czyli formą obojętności narodowej!

Oto fragment dyskusji, tym razem toczącej się już w języku polskim: „Olziak”16.11.2006 11:28 (do „czesila”). „/.../ Jeżeli tustelanizmem nazywasz próbę obiektywnego dialogu, to proszę bardzo. Zbyt często bywałem dywersantem, Kożdoniowcem, Polaczkiem i szkopyrtokiem (renegatem), aby ruszyła mnie ta terminologia”; „czesil” 16.11.2006 12:03 –„ a nie przyszło ci do głowy czemu częstują cię taką terminologią?”; „siwy33” 16.11.2006 16:31 – „Dziwne, przedziwne są poglądy Olziaka i zbliżone do nich Synka z Góralie /.../ Ja jestem Polakiem zaolziańskim i tustelanizmu nie pochwalam, bo to nasza zguba. Nigdy nie miałem problemów ze swoją tożsamością. Owszem kiedyś, w czasie mej służby wojskowej w Czechach oficer ryczał na cały głos: „Vy že jste Polák, snad nějakej Wasserpolák” (Wy jesteście Polakiem, chyba jakimś Wasserpolakiem – A.S.). Być może to wtedy zrozumiałem na dobre, że jestem Polakiem. Tej tożsamości nigdy nie utraciłem”; Olziakowi odpowiedział również „Francek”, który 21.11.2006 13:58 napisał: „Ja też nie mam problemów z kontaktami ani z Czechami, Słowakami, Cyganami, Niemcami, ani innymi cudzoziemcami. Znam kilka języków i swobodnie się nimi potrafię posługiwać. Jestem tolerancyjny. Nie toleruję jednak, gdy mi ktoś nakazuje, jak powinienem mówić w domu. Będę mówił tak, jak mi gęba urosła. Kim są cudzi, zapewne wiesz i że powinni się zachowywać przyzwoicie, to też nic dziwnego” (tekst gwarowy, spolszczyła A.S.). I jeszcze „czesil”28.11.2006 14:09 – „/.../ Ja również jestem Cieszynianinem, Zaolzianinem, Ślązakiem i Polakiem, ale uwaga, tylko jedno z tego to narodowość. Wiadomo co. Reszta to tylko koloryt kulturowy regionu”.

KTO WRESZCIE ZATRZYMA LIKWIDACJĘ

POLSKICH SZKÓŁ NA ZAOLZIU?!

24 listopada 2006 włączył się w forumową dyskusję kolejny uczestnik, podpisujący się nickiem Jo, jak wynika z jego postów, poruszony do żywego świeżą decyzją pani burmistrz miasta Trzyńca o planowanej likwidacji jednej z dwóch polskich szkół, istniejących dotąd w tym mieście, usytuowanych w dość znacznej odległości od siebie. „Jo” 24.11.2006 07:55 rozgoryczony napisał m.in.: „/.../ Nie wiem ile kto z was ma dzieci, które posyła do polskiego przedszkola, lub szkoły, ale mam wrażenie, że są tu sami polscy, bezdzietni aktywiści. Wczoraj dowiedzieliśmy się od trzynieckiej pani burmistrz, że szykuje się likwidacja polskiej szkoły „Na Tarasie”. Uważam, że jest to poważniejszy problem niż napisy. Dla mnie, człowieka który zamierzał dać dzieci do tej polskiej szkoły jest to o wiele ważniejsze. W tej sytuacji zaleciłbym różnym Szymeczkom i Suchankom (nie mam nic przeciwko nim, ale akurat oni przyszli mi do głowy), żeby zaczęli się nareszcie zajmować przyszłością (podkr. Red.)”. I ten sam autor „Zaś Jo” tego samego dnia 10:18: „/.../Chodzi o to, że organizacje uczepiły się jak rzep psiego ogona polskich napisów i nie chcą widzieć innych problemów. Jeżdżą sobie do Warszawy, to niech załatwią wsparcie finansowe dla polskich szkół. Bez tego zaginie tu cała mniejszość. Połowa ludzi, zamiast jeździć przez całe miasto, odda dzieci do czeskiej szkoły, bo to będzie najprostsze”. Na co „siwy33” 24.11.2006 11:34 odpowiedział: „jasne, że masz rację. Na pierwszym miejscu zawsze były i nadal pozostaną szkoły. Tu na tym forum, nazwanym polskie napisy, chodziło o to, by się jak najwięcej osób dowiedziało, że w każdej gminie, w której istnieje komisja dla mniejszości narodowych, mają prawo żądać wprowadzenia u siebie polskich napisów /.../ i to nie na koszt miasta, lecz za pieniądze Unii. A szkoły to zupełnie inna parafia. Jasne, że ważniejsza niż napisy. Tyle tylko, że te napisy mają ludzi zachęcić, by oddawali dzieci do szkół z polskim językiem nauczania i to nie tylko tych dzisiejszych Polaków, ale i tych , którzy jeszcze nie zapomnieli, kim byli ich dziadkowie (podkr. Red.), bo narodowość wpisana do arkusza spisowego nie jest istotna. Ważny jest język, który zostawili nam tu nasi dziadkowie, a zwłaszcza nasze babcie. Ten nasz (polski, albo po naszymu) język, w myśl europejskich zasad, mają pielęgnować wszyscy, którzy go jeszcze znają, niezależnie od zapisanej narodowości”. Natomiast „Francek”, który 24.11.2006 21:59 deklarował: „myślę, że tego nie dożyję, by do mnie moje dzieci lub wnuki mówiły jakimś obcym językiem, a jeżeli tu już za 10 lat nie będzie polskiej szkoły, to nie będzie mi za trudno wsadzić je w samochód i odwozić do szkoły na prawy brzeg Olzy. Skoro są w Republice Czeskiej, to czeskiego zawsze się jakoś nauczą. Najważniejsze jest to, by znały język ojczysty i angielski, przy pomocy którego będą się mogły domówić i z Czechami, a jeśli któryś z nich nie rozumie po angielsku, to nie warto z nim gadać”, zaś 26.11.2006 14:27 w kontekście wcześniejszej dyskusji napisał: „/.../ 20 km do polskiej szkoły będzie, jak już je polikwidują. Wtedy wszyscy będą musieli jeździć do Cieszyna. Dlatego musimy chronić polskie szkoły przed zamykaniem. Nie wszyscy mają dość pieniędzy, by zawozić dzieci tak daleko. W dodatku Czesi mają szkoły za każdym rogiem i nawet oni muszą mieć świadomość, że z polskiego dziecka, oddanego do czeskiej szkoły, powstanie wyłącznie szkopyrtok [renegat], a nie prawdziwy Czech” (gwarowe posty spolszczyła A.S.).

Tocząca się przez wiele tygodni na portalu „3.nec.cz” dyskusja na temat wdrażania polskich napisów dobiegła już chyba końca. Podsumował ją w pewnym sensie „siwy33” 28.11.2006 01:55 pisząc – tym razem po czesku, bo w odpowiedzi czeskojęzycznemu uczestnikowi forum – „polskie napisy to nie wynalazek nas, Polaków. To rozporządzenie europejskie. Do Czeska (Republiki Czeskiej) przychodzi stosunkowo późno. Pomimo tego jednak już od ok. pół roku jest ważna znowelizowana ustawa nr 128 o gminach, na podstawie której historycznie osiadłe mniejszości narodowe mają prawo do ubiegania się o wprowadzenie – obok czeskich – również napisów w języku mniejszości. Warunek: liczba mieszkańców tej konkretnej mniejszości w gminie musi być wyższa niż 10 %. W powiecie karwińskim oraz we frydecko-misteckim łącznie w 31 miejscowościach jest to język polski (na przełomie 19 i 20 wieku było na terenie obecnego Zaolzia trzy razy więcej miejscowości, w których nie 10, a 90 % ludności deklarowało narodowość polską – przyp. A.S.). W Republice Czeskiej wchodzą tu w grę tylko 4 mniejszości – obok nas, Polaków, są to Słowacy (w 47 niewielkich gminach), Niemcy (w 18 niedużych miejscowościach i Romowie (w jednej miejscowości). Żadna inna mniejszość narodowa, ani językowa nie ma prawa ubiegania się o podobne rozwiązanie. Np. Wietnamczycy nie są mniejszością narodową, tylko migrantami, których to nie dotyczy. I tak, jak już tu pisali inni – my Polacy, jesteśmy tu ludnością pierwotną, która jeszcze po roku 1945 w wielu miejscowościach stanowiła większość. Wszyscy oczywiście znamy język czeski. Napisy właściwie nie mają być przeznaczone dla nas, lecz mają służyć Wam, Czechom. Mają wam przypominać, że nie jesteście tu sami i że większość z was sprowadziła się tu po r. 1945 (inteligencja, a zwłaszcza nauczyciele, już po roku 1920). Polskie napisy mają hamować i łagodzić asymilowanie pierwotnej ludności. Europejskie doświadczania idą także w kierunku nauczania - w takich regionach jak Zaolzie - języka mniejszości w większościowych szkołach, a to po to, by ludność zdawała sobie sprawę z uwarunkowań historycznych i by nie dochodziło do wzajemnej niechęci (również i po to, by wielu Czechów z polskimi korzeniami dało radę poprawnie przeczytać swoje imię i nazwisko). Piszę to po czesku, chcąc spełnić twe życzenie. Czy zdałeś sobie kiedykolwiek sprawę z tego, że ignorowanie języka polskiego przez czeską większość jest niedemokratyczne? Dlaczego ja musiałem się – obok języka polskiego – uczyć także czeskiego, ty zaś, mieszkając na tej samej, historycznie polskiej ziemi, nawet nie rozumiesz polskiego?”.

Z dyskusją toczącą się na portalu „3.nec.cz” zapoznała się, wybrane posty przytoczyła i niektóre omówiła – Alicja Sęk







Chętnym do wsparcia Społecznego Komitetu Odbudowy funduszami na wykończenie Pomnika Legionistom Bohaterom Ziemi Cieszyńskiej i jego otoczenia podajemy numer konta w Banku Spółdzielczym w Cieszynie :


Beneficjent: Społeczny Komitet Odbudowy Pomnika


Konto: 98 8113 0007 2001 0176 2231 0001 
z dopiskiem POMNIK.  

Dane przy przelewach zza granicy Beneficiary Name: Spoleczny Komitet Odbudowy Pomnika


Beneficiary Account #: 98811300072001017622310001 
Beneficiary Bank Name: Bank Spoldzielczy w Cieszynie ABA#/Swift #: POLUPLPR
Beneficiary Bank Address: Kochanowskiego 4, Cieszyn, Poland 43400
Additional Instructions: POMNIK




Zaolzie - Polski Biuletyn Informacyjny, nr 12/2006 (36)

Redaktor wydania: Jan Leśny

www.zaolzie.org Poczta el.: kontakt@zaolzie.org





Pobieranie 59.85 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna